7-8/2021

Marazm nieodległy

Kennedy wypreparowuje z Trzech sióstr zasadniczą kategorię – marazm narastający w obliczu upływu czasu. Rozważania „sióstr” zostają zredukowane do fatycznych strzępów wypowiedzi, służących zdawkowemu podtrzymaniu i tak kalekiej komunikacji.

Obrazek ilustrujący tekst Marazm nieodległy

fot. Judith Buss

 

Scenę wypełnia ekran, na ekranie zaś rysuje się rama, odseparowana przestrzeń gry. Całość przenika obraz chmur – skłębionych, ciężkich, mieniących się nierealnymi kolorami. Zupełnie jakby niebo miało za chwilę zapaść się pod swoim ciężarem.

Susanne Kennedy, twórczyni badająca takie zagadnienia, jak desubiektywizacja jednostki, awataryzacja czy wpływ nowych mediów na recepcję sztuki, pochylająca się nad warunkami brzegowymi zaistnienia widowiska teatralnego, bierze na warsztat dramat Czechowa – przy czym odziera go całkowicie z psychologicznej podbudowy. Reżyserka wypreparowuje z Trzech sióstr zasadniczą kategorię – marazm narastający w obliczu upływu czasu. Rozważania „sióstr” – postaci o tożsamości nie tyle mglistej, co zupełnie płynnej – zostają zredukowane do fatycznych strzępów wypowiedzi, służących zdawkowemu podtrzymaniu i tak kalekiej komunikacji. Na Trzy siostry składa się seria krótkich scenicznych sekwencji wyświetlanych na ekranie. Odziane w karykaturalne krynoliny kobiety, o twarzach bądź to ukrytych pod realistycznymi maskami, bądź osłoniętych kawałkiem czarnej tkaniny, ulegają rozpikselowaniu albo przeradzają się w paradoksalnie jeszcze bardziej odrealnione figury – bierne kukły odziane w kontrastujące kolorystycznie uniformy. Towarzyszący im w większości scen mężczyźni zawsze noszą maski, charakterystyczne dla twórczości reżyserki. Głos wszystkich postaci jest z reguły cyfrowo przetworzony. Trudno przyszpilić migotliwe przejścia między „żywotnością” performerów a ich całkowicie zmediatyzowanymi powidokami. Owe przejścia dokonują się w mgnieniu oka.

W transmitowanej online rozmowie prowadzonej przez Piotra Gruszczyńskiego (źródło: https://www.facebook.com/MCKNowyTeatr/videos/324399969087417, dostęp: 16.06.2021) Kennedy podkreśla swoją inspirację teorią wiecznego powrotu, ugruntowaną w świadomości przez pisma Friedricha Nietzschego. Świat podlega ciągłej replikacji, a wszystkie wydarzenia powtarzają się w niezmienionym kształcie. Ta teoria poniekąd rezonuje z filozoficznym prezentyzmem – realne są tylko te zdarzenia, które zachodzą w teraźniejszości. Fizyk Julian Barbour w publikacji Koniec czasu. Nowa rewolucja w fizyce nawiązuje do teorii wszechświata blokowego – odrzuca linearną koncepcję czasu, przyrównując wszelkie wydarzenia do punktów rozlokowanych równolegle w czasoprzestrzeni. Niezależnie od tego, jaką optykę przyjmiemy – czy równoległości i równorzędności przedstawianych epizodów, czy ich piekielnej, nieprzerwanej powtarzalności – trzy siostry i ich towarzysze zdają się funkcjonować w limbo. Jeden z performerów powie słowami Wierszynina (to zresztą jeden z niewielu cytatów wykorzystanych w widowisku): „Nieraz myślę: a gdyby tak zacząć życie na nowo? I to z całą świadomością? Gdyby jedno życie można było przeżyć, jak to mówią, na brudno, a drugie na czysto?”. Każda scena stanowi jednak wariację pewnej puli gestów, słów czy scenograficznych ustawień. Nie tylko abstrakcyjna kategoria czasu okazuje się iluzją, iluzją jest jakakolwiek namacalna sprawczość. W tym momencie warto zanalizować metateatralny aspekt projektu Kennedy.

Reżyserka w przywołanej rozmowie wspomina o fascynacji reinterpretacjami tekstów należących do klasyki dramatu: co sprawia, że widz, od stu lat z górką, chadza do teatru „na Czechowa” i tropi drobne przesunięcia w odczytaniu jego dzieł? Proces interpretacji nigdy nie jest aprioryczny; odbiorca zostaje uwięziony w pętli. W jednej z finałowych scen głos z offu komentuje naturę widowiska teatralnego w kontekście relacji widz – odbiorca: „Powtarzać słowa oznacza wymawiać je tak, jakby mówił je ktoś inny. […] Nawet gdybym ja był tym, który powtarza moje własne słowa, to byłoby tak, jakbym był innym człowiekiem w innym czasie i w innym miejscu […] nie oczekuję, że ty, jako geniusz, którym jesteś, mi odpowiesz”. Sytuacja teatralna jest zawsze sytuacją z natury sztuczną, w końcu „działania są tylko demonstrowaniem działań”. Akt komunikacji podlega seriom zapośredniczeń. Reżyserka idzie o krok dalej – każdy akt mowy, również ten dokonywany w sytuacji prywatnej, zaciera granice „ja”, jawi się jako fałszywy. Dlatego gdybaniom sióstr niedaleko do egzaltowanych dialogów rodem z tandetnego sitcomu, wysłuchiwanych z tabletu trzymanego przez jedną z kobiet (zaś do sitcomowych „heroin”, z wystudiowanym gestem odtwarzających swoje miłosne podboje, docierają dalekie pogłosy z Czechowowskiego świata).

W widowisku przewijają się dwie ważne dla jego odczytania figury geometryczne. Pierwsza z nich to prostokątna rama, wyznaczająca po pierwsze architektoniczną przestrzeń sceny, po drugie przestrzeń faktycznej gry, czyli krawędzie ekranu, na którym rozgrywa się spektakl („Niechaj spojrzy, jaką ramkę do portretu podarował mi dziś Andrzej” – powie jedna z postaci; to ciekawe, że właśnie ten cytat, jako jeden z nielicznych, złożył się na scenariusz). Kennedy wyraźnie eksponuje wspomnianą ramę ekranu. Czasem ma ona jaskrawy kolor, niekiedy, w momentach przejścia między poszczególnymi sekwencjami rozgrywającymi się w prawie zupełnej ciemności, widać tylko czarne (!) kontury. Co jakiś czas w obrębie ramy wyświetlają się statyczne lub zapętlone napisy (przykładowo „JUTRO”, „RZECZYWISTOŚĆ”, „JESTEM DZIWNĄ PĘTLĄ” – ten ostatni pojawia się w kontekście dywagacji nad statusem twórcy w widowisku teatralnym). Zdarza się, że obraz wyświetlany na ekranie stopniowo zanika, równolegle pojawiają się na nim kontury kolejnej i jeszcze jednej ramy, co tworzy sceniczny efekt Droste.

O ile kształt prostokąta nawiązuje do konwencjonalnej przestrzeni gry, o tyle figura koła (czy też pętli) odnosi się do tematyki czasu i powtarzalności wydarzeń. Powracające w Trzech siostrach zagadnienie: „Życie, tak jak je przeżywałeś i przeżywasz, będziesz musiał przeżyć jeszcze wiele razy. Pytanie nad pytaniami: czy chcesz to przeżywać niezliczoną ilość razy?”, zostaje zawieszone w próżni. Siostry i partnerujące im postaci zdają się nie mieć wielkiego wyboru lub zwyczajnie nie są go świadome. Sceniczne awatary są uwięzione w kołowrotku fasadowych gestów i pustych słów. Czasem tylko zadzwoni telefon – sygnał z równoległego świata – rozmówca jednak albo milczy, albo sufluje enigmatyczne frazy. Być może ucieczkę uniemożliwia autorytarny twórczy gest. Momenty, w których siostry odnajdują indywidualny sposób pozawerbalnej ekspresji, czyli krótkie sekwencje choreograficzne, są naraz przerywane przez autorytarny głos z offu: „CUT” – „CIĘCIE”. W pewnej scenie jedna z „sióstr” dostaje od „Fiedotika” kredki. Performerka jednym gestem rysuje kształt koła, które wypełnia ekran. Koło jest jednak niedomknięte. Tak, „wszystkie chwile są jedną chwilą” – ale niewielkie zmiany, ów anegdotyczny trzepot skrzydeł motyla, może niosą jakąś nadzieję na wyjście z piekielnej pętli repetycji.

„Za dwieście, może za trzysta lat życie na ziemi będzie zdumiewająco piękne”. Ta kwestia Wierszynina padnie w spektaklu kilkukrotnie. Może brzmi ona nieco naiwnie – wszak uwięzione w pętli, pogrążone w banale jednostki nie wyrażają chęci odmiany swojego losu – ale momentami słowa te nabierają charakteru ironicznego komentarza dotyczącego przyszłości ludzkości. W jednej z dramaturgicznych sekwencji wspomniany cytat, wygłaszany przez odcieleśniony, cyborgiczny głos, rozbrzmiewa ze słuchawki telefonu. Pokój jest jednak pusty, pozbawiony nawet mebli, a słuchawka zwisa na kablu. To – hipotetycznie – wizja świata po kresie antropocenu. W mniej więcej połowie widowiska pojawia się dość osobliwa scena, w której postaci-awatary klęczą przed figurą ubraną w kostium rogatego bożka. Rozlegają się przetworzone elektronicznie rytualne śpiewy. „JUTRO” – głosi napis umieszczony w ramie; niektóre litery mrugają, gasną. Jutra nie będzie i sytuacji nie uzdrowi żadna forma myślenia magicznego – zdaje się mówić Kennedy. Słowa „koniec nigdy nie jest końcem” – tworzące w finale zapętlony napis okalający ekran, recytowane dodatkowo przez beznamiętny głos z offu – to żałosna inkantacja powtarzana w obliczu nieuchronnej katastrofy. „Życie was stłamsi, ale mimo to nie znikniecie bez zostawienia wpływu. Po was pojawi się sześć takich jak wy” – rzuca jedna z androidalnych postaci. Zaczerpnięta z dramatu wypowiedź idealistycznie nastawionego Wierszynina zyskuje tutaj wymiar katastroficzny. Dzisiejsze cierpienia nie zmienią się w żadną radość. Niedomknięte koło przestaje być obietnicą nadziei – to zapowiedź prawie przypieczętowanej apokalipsy.

Jesteśmy dokładnie tu, gdzie zawsze będziemy – te słowa można odnieść zarówno do stagnacji, jakiej doświadczają Czechowowskie siostry, jak i do pętli wytwarzania i dekodowania znaczeń, w którą wprzęgnięci są widzowie skonfrontowani z kolejną inscenizacją danego tekstu. Być może ten oparty na symulacji świat, zbudowany na wątłej granicy dzielącej prawdę i jej zaprzeczenie, prognozuje nieuchronną klęskę. Jak na razie możemy kompulsywnie odtwarzać historie, które zdarzyły nam się kiedyś – i zdarzają nieustannie do tej pory. Niebo się zapada.

Münchner Kammerspiele

Trzy siostry

reżyseria Susanne Kennedy

spektakl gościnny Nowego Teatru w Warszawie

pokazy 24 i 25 kwietnia 2021

na vod.nowyteatr.org

w ramach Festiwalu Nowa Europa. Zbliżenia

premiera 27 kwietnia 2019

krytyczka teatralna, od 2019 w redakcji „Teatru”.