9/2021

Życie jest pierwsze

Pamiętacie Króliczka Rafała Wojasińskiego? W poprzednim odcinku ten zacny drobiazg dramatyczny posłużył nam za studium oraz egzemplum natury ludzkiej.

Obrazek ilustrujący tekst Życie jest pierwsze

rys. Bogna Podbielska

 

Skonstatowaliśmy podówczas, że grzechem pierworodnym drapieżnego w swojej istocie człowieka było zabicie z pobudek innych niż głód, a mianowicie dla zysku. Oczywiście w przewodzie naszym nie rozchodziło się nam o tamtą niekonieczną śmierć. Martwej kurze jest wszystko jedno, czy zabito ją z głodu, czy też na handel. Sam akt przemocy też nam, rzecz jasna, był obojętny, bo cóż drapieżnik winien, że musi zabijać, by przeżyć? Skupiliśmy się na ambiwalentnej naturze tego zysku.

Otóż okazał się on tak kłopotliwy, bo, prócz stricte materialnej korzyści, obudził w człowieku świadomość: tego, co już osiągnął, i jak wiele mógłby osiągnąć. To jednak koniec dobrych wieści, bo wraz z tą świadomością pojawił się w nim także silny dyskomfort: poczucie winy i wstydu, pragnienie ucieczki od tych przykrych uczuć, pragnienie ulgi, pocieszenia i rozgrzeszenia, i wreszcie – paląca potrzeba uniknięcia dalszych kar i odpowiedzialności, a także znalezienia dlań usprawiedliwienia. Racjonalnego czy nie – byle skutecznego. Wszystkie te doznania musiały w tamtym niefortunnym momencie spaść jak grom z jasnego nieba na tego nieszczęśnika, który zabił dla zysku. Tak właśnie wyobrażam sobie tę scenę, bo jak inaczej miałabym racjonalizować sobie powody, dla których od tamtej pory ta biedna istota uważała swoją kondycję za „upadek” i tyle energii życiowej bezustannie poświęcała na wzniesienie się ponad ten stan?

Tak na zielonej planecie powstała „cywilizacja” i zaczęła kolonizować życie: dotąd bezkrytyczne i bezwzględne; nieprzejęte niczym poza samym sobą; boskie; wolne od wątpliwości na własny temat i samoograniczeń zwanych prawem; nieznające lęków, frustracji i nerwic wynikających z niespełnienia; nieświadome wstydu, obsesji, paniki oraz depresji; obywające się bez sankcji, granic, alibi, poręczeń, gwarancji… Bo przecież do tej pory życie nie potrzebowało niczyjego uznania, bycia w prawie, prawa do odwołania czy wreszcie – prawa łaski. A przynajmniej taki jego obraz zapisał się w naszej podświadomości i nieświadomości. Do takiego jego kształtu po dziś dzień bezprzykładnie tęsknimy, nazywając go zresztą najwyższą formą wolności, miłości, sprawiedliwości.

Wszystko zmieniło się z chwilą, kiedy człowiek poświęcił swoje dzikie i nieświadome istnienie na rzecz zysków, których rewersem okazały się wina i kara – no i rzecz jasna ten kompleks, który jedna z drugą współtworzą, łapiąc weń całą jaźń i kolonizując ją bezpowrotnie. Życie – dotąd tak naturalne i bezinteresowne – z nagła rozpadło się na „walkę dobra ze złem” i krok po kroku wynaturzyło w cywilizację owładniętą obsesją śmierci. I w takim stanie trwa zresztą do tej pory. Kto czytał święte księgi, ten wie. Kto słucha mądrych ludzi – rozumie.

Zna się na tym na przykład Rafał Wojasiński, dlatego tytułowy bohater jego Króliczka powiada: „Musiałem stworzyć ustawę i zostać królem. Tajemnica historii i świata, ludzkości. Każdy musi zostać tym, kim musi. Jeden kimś pierwszorzędnym, inny drugorzędnym, a jeszcze inny trzeciorzędnym. To jest takie obezwładniające, moja droga, że nie mogło być inaczej. To za trudne dla rozumu”. I tak dokładnie jest. Musem dla tych, którzy pragną być „pierwszorzędni” – znacznie więc lepsi od „upadłej” reszty – jest uporczywe działanie na przekór bezinteresownemu i bezwzględnemu życiu. Ich permanentna walka z naturalnym porządkiem rzeczy. Toczona zresztą pod pretekstem „wyższych wartości” i „zdobyczy cywilizacyjnych”. Tymczasem życie, jak już wspomniałam, istnieje samo w sobie i świetnie obywa się bez „cywilizacji” i każdej innej (od)ludzkiej protezy/gwarancji.

Tu chciałabym jedną rzecz dodać: ten nieszczęśnik, który jako pierwszy w historii świata zabił nie z głodu, ale dla zysku, choć wkręcił nas w niezłą jazdę – bez trzymanki i nie do zatrzymania – w gruncie rzeczy był pierwszym w dziejach ekologiem, a więc istotą dogłębnie, boleśnie wręcz (nad)świadomą nieracjonalnego i niezrównoważonego wykorzystywania przez siebie zasobów naturalnych. Kogo dziś byłoby stać na taką (ad hoc) autokrytykę?

Wynikałoby z powyższego, że ekologia jest stara jak świat. Starsza niż starożytność. Archaiczna. A może i nawet – przedświatowa. Jest z nami od zarania, choć nawet dziś, w dobie kryzysu klimatycznego, traktujemy ją wciąż jak projekt (w najlepszym razie) przyszłościowy. Skąd bierze się w nas ta ignorancja? Unde malum? Jasne jak słońce – z wyparcia. A skąd to wyparcie? Ano właśnie – z oporu wobec „życia jako takiego”. Tak sądzę.

„Życie jako takie” zastąpiliśmy pracą, bo wydawało nam się, że dzięki pracy życie stanie się jakieś lepsze, pełniejsze i sensowniejsze. Nic bardziej mylnego. Praca nie rozwiązuje problemów. Ile byśmy nie pracowali, gdzie byśmy za tą pracą nie pojechali, narracje o naszych życiach i tak oscylują zasadniczo wokół pełnych bądź pustych garnków. Kto nie wierzy, niech przeskroluje Facebooka lub Instagrama. Nawiasem mówiąc, to właśnie na tych napięciach – między (nie)koniecznością pracy i zbytkownym charakterem „cywilizacji” a przymusem i przyjemnością jedzenia, bardzo ciekawie zresztą rozgrywanymi – zasadza się ludowe pisarstwo, w tym również dramatopisarstwo, Rafała Wojasińskiego. Jego perspektywa jest zupełnie nie do przyjęcia dla nieodmiennie miejsko- i wielkomiejsko zorientowanych „ludzi logosu” – filozofów, filologów, teologów czy teatrologów. Ale ja mu wierzę. Zwłaszcza wtedy, kiedy zaprzecza logocentrycznym dogmatom – od św. Jana począwszy, na ponowoczesnych lingwistach, narratywistach i filozofach języka kończąc. „Najpierw było życie, które walczyło o siebie. Samo życie walczyło o siebie. A na tej podstawie powstawały dopiero wzory. […] na początku nie było słowo, tylko życie. To życie było pierwsze” – powiedział Wojasiński niedawno do publiczności zgromadzonej w świetlicy Krytyki Politycznej. Oczywiście, nikt z nim nie polemizował. Sądzę nawet, że nikt go nie zrozumiał. No ale tak to już jest z ludźmi o nieantropocentrycznej wrażliwości. W najlepszym razie widzi się w nich nieszkudnych wariatów[1].

Nieco innym przypadkiem, choć także traktującym o tej otchłannej zależności między „pracą” a „jedzeniem” (dla Wojasińskiego też ludzkim wynalazkiem), jest jednoaktówka Pradziadek mojej wolności Mateusza Pakuły, stanowiąca piąty rozdział właśnie przygotowanej przez niego do druku książki Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję[2]. Bohaterka tego drobiazgu dramatycznego, BABCIA HALINA, bezustannie karmiąc swojego wnuka, a to zupką, a to herbatką, a to „ciastem ze świąt”, opowiada mu swoje wojenne dzieciństwo, które spędziła w Niemczech, gdzie jej rodzice udali się (dobrowolnie!) do pracy. Co ciekawe, dopiero teraz, po tylu dekadach, nachodzą ją niewczesne, ale „właściwe” pytania o ich decyzje:

 

Teraz se zadaję dopiero, a tak to nigdy mamie nie zadałam, a bo tak to nie było czasu i nie myślał człowiek o tym. Ale tera, jak tak mam czas, siądę, myślę o wszystkim, czy mama wiedziała, czy nie, tego nie wiem. Bo jak wiedziała, że musi iść do pracy, no to jak mogła pojechać z takimi dzieciami małymi, no? Ale nigdy mamie nie zadałam tego pytania i do tej pory nie wiem.

 

W opowieści BABCI HALINY druga wojna światowa toczy się przede wszystkim o jedzenie, a jej ofiarami są w pierwszym rzędzie dzieci („nikogo nic nie obchodziło”). Nikt w jej historii nie ginie i, mimo wszystko, nikt tu nie chodzi głodny. A jednak BABCI HALINIE stracone dzieciństwo wydaje się teraz sprawą wprost nie do wyobrażenia:

 

No to, no nie, wiesz co, jak teraz se tak pomyśle to, to ja se po prostu siebie nie widzę. Nie wyobrażam sobie, po prostu.

 

No właśnie. Dzięki tej opowieści orientujemy się, że BABCIA HALINA całe swoje życie spędziła w cieniu niewyobrażalnego. Z niewyobrażalnym w sercu, w rozumie i w duszy. W jej przypadku tak wyglądały skutki tego tąpnięcia – „upadku”. Pierwotnego oddzielenia się od natury. Wyabstrahowania. Otchłanności, jaką naznaczony jest cały „logos”, a więc wszystko to, co „wymyśleliśmy” i „stworzyliśmy”, czyniąc w ten sposób występek przeciwko porządkowi naturalnemu.

Bohaterką prezentowanego obok prapremierowo drobiazgu dramatycznego Złe biodro Justyny Bargielskiej jest PANI SISKI – kobieta „zastrachana do granic”, projektująca własne lęki na przyrodę: zajączki, sarny i dziki. Jej strach, uważany zresztą przez nią samą za „racjonalny i altruistyczny”, nijak się ma do autentycznej uważności na naturę czy troski o „życie jako takie”. Przeciwnie – jego funkcją jest zagadywanie własnych problemów i odwlekanie ważnych decyzji. Na przykład tej o usunięciu chorego biodra. Pewnego dnia nad utykającą po lesie miejskim PANIĄ SISKI zbiera się samozwańcze konsylium. Rada ta zna się na ortopedii mniej więcej tak, jak PANI SISKI na naturze. Dość, w każdym razie, żeby wydać opinię. PAN SIDA jest zdecydowanie „na tak”, PAN GRISZY VEL BORYSA nie ma zdania, PANI ROKSI chciałaby tylko popatrzeć. W końcu jednak przewagę zdobywa frakcja dążąca do operacji. „Złe” biodro zostaje usunięte, a pełna wdzięczności PANI SISKI czołga się w stronę domu. Absurdalne? Niekoniecznie. Im dłużej o tym myślę, tym realniej widzę realność tego „upadku” w niewyobrażalne, która czyni z nas, ludzi odciętych od „życia jako takiego”, li tylko fantomy życia, nienaturalne widma, cienie nietożsame z tym, co jest, figury zbytków oraz takich czy innych korzyści. Tym, proszę państwa, i niczym więcej jesteśmy my – samozwańczy „właściciele” psów, ziemi i jej owoców, oraz w ogóle wszelkiego, bogu ducha winnego, istnienia.

 

[1] Vel świętych. Gwoli sprawiedliwości, redakcja warszawskiej „Twórczości” i Teatr Polskiego Radia dotąd stanowiły miejsca niezwykle otwarte na ten cokolwiek ekscentryczny dyskurs.

[2] Wydawnictwo Nisza zapowiada premierę na październik 2021 roku.

badaczka literatury, krytyczka i edytorka, członkini Zespołu Badań nad Literaturą i Kulturą Późnej Nowoczesności przy IBL PAN. Autorka książki „Melancholia i ekstaza” Projekt totalny w twórczości Andrzeja Sosnowskiego (2009), edytorka Dzienników Agnieszki Osieckiej.