10/2021
Artur Pałyga

Ludzie spotkani w górach

 

I od razu problem. Czy można opisywać ludzi, których się spotkało, rozmowy z nimi, wrażenia z tych rozmów? W większości pewnie nigdy więcej ich nie spotkam, a szansa, że to przeczytają, jest nikła. Nie spotkałem w górach prawie nikogo, kto chadzałby do teatru. Czy to znaczy, że można? Skoro i tak się nie dowiedzą? Nie chcę o nich plotkować, czyli opowiadać sensacyjnych rzeczy, których ujawnienie naraziłoby ich na śmieszność czy wstyd. Ale skąd wiem, że nie poczują się z tym ośmieszeni, zawstydzeni, zdradzeni? Przecież rozmawialiśmy w cztery oczy. Dlaczego daję sobie prawo do tego, żeby czynić choćby fragmenty tych rozmów publicznymi? A może przesadzam? Może ulegam histerii prywatności, która wzmaga się wraz z obezwładniającym powszechnym dostępem do przerozmaitych prywatnych żyć niefrasobliwie rozsypanych w sieci?

Przecież to uświęcona praktyka: czerpanie z innych, z przypadkowych spotkań, z przeprowadzonych lub podsłuchanych rozmów, z obserwowanych zachowań, z losów ludzkich. Pisarze, dziennikarze, których czytałem, zawsze przyznawali sobie to prawo. Bardziej dyskretnie, jeśli chodziło o znajomych z tak zwanego naszego kręgu, a z mniejszą dbałością o czyjeś uczucia, jeśli ten ktoś był obcy. Czy w ogóle jest możliwa literatura, która w trosce o cudzą prywatność nie korzysta z cudzych słów, doświadczeń, prywatnych rozmów, obserwacji. Literatura, w której nikt nie odnajdzie zanotowanych bądź zapamiętanych przez pisarza własnych prywatności. No ale czy to jest w porządku? Czy jest w porządku, że ktoś mnie zobaczył w sytuacji, w której być może nie chciałbym, żeby ktoś mnie widział, że ktoś ze mną porozmawiał, zaobserwował fragment mojego prywatnego życia, wyciągnął sobie jakieś wnioski i zrobił z tego publiczny użytek? Czy powinien mnie spytać? Czy powinienem wszystkie swoje sztuki wysłać do autoryzacji ludziom, na których podobieństwo kształtowałem postaci? Gdzie jest granica? Czy jeśli zapisuję rozmowę z Martą i umieszczam ją w tekście sztuki, to wystarczy, że zmienię imię i poprzestawiam trochę sensy i już będzie OK? A może właśnie miałaby pretensje, że zmieniłem? Że sens wypaczyłem? A może jeśli postać jest ulepiona z dwóch lub więcej prawdziwych ludzi, to już nie trzeba? No ale jeśli ten zlepek właśnie krzywdzi każdego z nich?

Wydaje mi się, że w świecie całkowicie bezpiecznym i niekrzywdzącym nikogo, w którym prawo do prywatności i prawo do autorstwa swoich myśli i słów jest w pełni respektowane, powinienem możliwie najbardziej precyzyjnie określić, z kogo konkretnie ulepiłem daną postać i wszystkim osobom źródłowym wysłać do autoryzacji fragmenty z ich udziałem, w kontekście, oraz pytanie o zgodę na zlepienie ich z innymi osobami źródłowymi w jedną postać. Musiałbym określić w miarę dokładnie, o jakie inne osoby źródłowe mi chodzi, a wcześniej zapytać tych innych, czy zgadzają się, abym ujawnił przed inną osobą źródłową ich cechy i słowa. Rzecz doprowadziła mi się do absurdu, a nie chciałem tego. Chciałem napisać o osobach, które spotykam w górach, opisać trochę rozmowy z nimi, to, co mówili o sobie, o tym, dlaczego chodzą i do czego wracają. Wydawało mi się to ciekawe. Już miałem to z grubsza ułożone w głowie, już wiedziałem, o kim i co. A wtedy pomyślałem, że przecież jedna z nich znalazła mnie na Fejsie, a więc dość łatwo może natknąć się na ten tekst i będzie mi głupio, bo się polubiliśmy, a ja tak bez pytania używam jej historii. Więc druga myśl: zapytam, czy mogę, a potem prześlę do akceptacji. No bo jednak pojawi się tam coś o jej dziecku, o życiu prywatnym, o pracy. Wprawdzie bez żadnych nazwisk, no ale przecież pozna. Albo pozna ktoś, kto zna kogoś, kto ją zna. Wprawdzie nic złego ani krytycznego, ani ośmieszającego w tym by nie było, ale czy nie wystarczy, że zawstydzające, bo upublicznione? No dobrze, to o niej nie – pomyślałem. A inni? A skąd wiem, czy nie natkną się przez znajomych znajomych znajomych na ten tekst i będzie im przykro, i poczują się skrzywdzeni, i bardzo źle o mnie pomyślą, a będą bezradni, no bo przecież prawa nie łamię. A nawet jeśli się nigdy nie natkną, to tylko znaczy, że nie są uprzywilejowani, bo nie są z mojej bańki, i co? Dobrze mi będzie z tym? Dobrze mi będzie z tym, że nie opisałem kobiety z dzieckiem, z którymi oglądałem Perseidy i z którymi przegadałem pół nocy i potem poranek na Boraczej, bo jesteśmy już znajomymi na Fejsie, a opiszę górnika-kibica, który na Stożku tłumaczył mi w nocy, dlaczego musi głosować na PiS? Oraz dwójkę studentów, z którymi do późna w schronisku na Rycerzowej rozmawialiśmy m.in. o ich pracy, perspektywach, o tym, jak chcą kupić mieszkanie i jakie z tym się wiążą perypetie? Oraz starszą, zgarbioną wpół panią spotkaną na Lipowskiej, która śmiga po szczytach w ulewnym deszczu? Oraz, nieco złośliwie i karykaturalnie, tego nieustannie gadającego o sobie gościa, który na mój widok się głośno zmartwił, że nie będzie spał sam w schronisku?

No nie. A co z wszystkimi innymi, których fragmenty umieszczam w tekstach? W sumie teraz nie wiem.

dramatopisarz, dziennikarz, dramaturg w Teatrze Śląskim w Katowicach. Autor m.in. Żyda Nieskończonej historii; nagrodzony Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną za W środku słońca gromadzi się popiół (2013).