2/2022

Typowa polska kuchnia

W Wyszedł z domu. Tak zwanej komedii Marek Fiedor nie zamierza ani z Różewiczem polemizować, ani specjalnie go uwspółcześniać. Powtarza właściwie te same rozwiązania, których użył, wystawiając sztukę w Teatrze Polskim w Poznaniu piętnaście lat temu.

Obrazek ilustrujący tekst Typowa polska kuchnia

fot. Filip Wierzbicki / Wrocławski Teatr Współczesny

 

„Twórca zaangażowany to twórca zaangażowany w walkę o nową formę” – podkreślał Tadeusz Różewicz w liście napisanym z okazji sześćdziesięciolecia Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Miejsca, gdzie o „nową formę” – wystawiając, nieraz prapremierowo, jego dramaty – walczyli tacy reżyserzy jak Jerzy Jarocki, Helmut Kajzar czy Kazimierz Braun. W 2006 roku, w którym obchodzono wspomniany jubileusz, swoją wersję Różewiczowskiej Kartoteki na deskach Współczesnego przedstawił Michał Zadara. Spektakl ten, pełen twórczego bałaganu i sztubackiej zabawy, zacierający podział na scenę i widownię, przez lata cieszył się powodzeniem u publiczności. Reakcja krytyki natomiast była mieszana. Najczęściej chodziło o formę właśnie. Wszystko wskazuje na to, że kontrowersje wokół najnowszej premiery Wyszedł z domu. Tak zwanej komedii Marka Fiedora również będą jej dotyczyć. Wątpię natomiast, by dzieło to mogło przyciągać widzów do Sceny na Strychu z równym powodzeniem co Kartoteka.

Fiedor, znany z wierności wystawianym autorom, zaczyna w tym samym punkcie co i Różewicz. Przenosi jedynie akcję sztuki z dużego pokoju do kuchni. Żadnych więc wygodnych foteli, kolekcji zepsutych zegarów i palmy w rogu. Zamiast tego zwarta ściana kuchennych mebli i sprzętów: szafki, zlewozmywak, lodówka, piekarnik i górujący nad całością wyciąg. Na osobną uwagę zasługuje żyjący własnym życiem radioodbiornik. Włącza się, kiedy mu się żywnie podoba, wtóruje bohaterom i komentuje wydarzenia sceniczne. Scenografia Niki Jaworowskiej jest więc minimalistyczna i schludna, lecz nieco nudna i bezbarwna w swej umowności. Chociaż, jak w przypadku wielu innych elementów tego przedstawienia, nie do końca wiadomo, czy taką dokładnie nie miała być. Ot, typowa polska kuchnia w mieszkaniu typowej polskiej rodziny.

Czas na podobne refleksje przychodzi ciut później, ponieważ rozpoczynający spektakl monolog Ewy brzmi naprawdę przejmująco. A to dzięki Zinie Kerste, wielce utalentowanej aktorce, której szczególnie dobrze udają się medytacje nad stanem bliskim rozpaczy, jednocześnie kwestionujące sens tego dotkliwego niepokoju („co ja wygaduję”, „idiotka”). Kerste siedzi przy stole. Ze dwa razy podczas swoich zwierzeń sięga po kieliszek i schowaną w jednej z szafek butelkę wódki. Podaje tekst małymi porcjami, powoli i konsekwentnie, uważnie rozstawiając pauzy. Dzięki temu możemy delektować się Różewiczowską frazą oraz uważnie śledzić uprawianą przez poetę od pierwszego zdania stylistyczną i semantyczną żonglerkę.

Utyskiwania Ewy da się streścić w westchnieniu tytułowej bohaterki Witkiewiczowskiej Matki: „Miałam kiedyś duszę, a nawet ciało”. Ewa ani jednego, ani drugiego nie potrafi bowiem pomyśleć w oderwaniu od swego męża Henryka. To on nadaje im sens i głębię, widzi ich „wewnętrzną stronę”. Co ma więc począć, kiedy małżonek zniknął? Wyszedł i nie wrócił, zostawiając ją z dwójką dzieci – nieco wycofaną i szorstką nastoletnią Gizelą (Dominika Probachta) oraz małym Beniaminem (Tomasz Taranta), rozczarowanym światem dorosłych, zafiksowanych na czystości jego rąk.

Chociaż z tym zniknięciem nieco przesadzono. Podczas relacjonowania całej sprawy przybyłemu do mieszkania policjantowi (Maciej Kowalczyk) wyjaśnia się, że Henryk spóźnia się jedynie o jakąś godzinę. Ale zegar tejże duszy i tegoż ciała – tłumaczy Ewa – rządzi się własnymi prawami. Do tego złe przeczucia domowników, niepotrafiących jednakże sporządzić rysopisu zaginionego, okażą się niebezpodstawne. Głowa rodziny wkrótce się odnajdzie, tylko że pośliznąwszy się na skórce od banana, własną głowę zdąży porządnie uszkodzić. Do domu wjedzie na wózku i nie bez pomocy Sanitariusza (kolejna i nie ostatnia postać grana przez Kowalczyka). Kończyny ma sprawne, ale kompletnie stracił pamięć. Nie wie, kim jest, co to jest „Boże, Boże”, a do żony zwraca się per pani.

O wiele rzeczy w Wyszedł z domu… można by się sprzeczać, jest jednak w przedstawieniu szereg scen i obrazów ewidentnie słabych i niedopracowanych. Jak choćby ta, którą Różewicz opisywał jako „taniec samców” w wykonaniu stada „zalotników”. Miała ona skontrapunktować wyznania Ewy, stając się przebłyskiem istnej fantasmagorii, z przebieraniem w skóry psów i pawianów, defiladą „jakichś dystyngowanych urzędników, żołnierzy, atletów, kleryków oraz prowincjalnych drobnych urzędników w sakpaltach z teczkami w rękach”. Tu Fiedor mógłby puścić wodze wyobraźni i wzbogacić dość ubogi wizualnie i ruchowo spektakl o mocną scenę plastyczną. Zamiast tego zadowolił się krótkim, dziwacznym i niezbyt przekonującym układem choreograficznym. Niewyraźną szarpaniną w ciemnościach, wykonaną przez grupę ubranych na czarno osób, która znika równie szybko, co się pojawia.

Podobne poczucie zmarnowanego potencjału, powierzchowności i pójścia na skróty wywołuje scena z grabarzami. Ich cięte, prześmiewcze, pełne czarnego humoru dialogi o „pożywnych prawdach prostych ciemnych ludzi” zredukowano do serii nagrań mających imitować wypowiedzi widzów. Wygląda to tak. Ubrany w długi brązowy płaszcz Maciej Kowalczyk jako Obcy zadaje publiczności pytania i szybko, nie czekając, aż ktoś ujawni chęć zabrania głosu, wyciąga mikrofon do wybranej przez siebie osoby. Wtedy właśnie leci tekst z offu. Ta niezbyt udana zabawa w zakłóconą interakcję powoduje, że w mało sensownym działaniu roztapia się ważny i wyjątkowo aktualny wątek naszej skłonności do nieustannej rewizji historii i jej (anty)bohaterów.

Nadmiernie wyeksponowana zostaje natomiast akcja reedukacji ojca w sferze „spraw społeczno-politycznych”. Misję tę powierzono córce, która, nie zastanawiając się długo, wyciąga stos gazet i zaczyna cytować rodzicowi co najsoczystsze urywki. O tym, że „najważniejsze, żeby Polska była katolicka”, bo poza Kościołem „jest nihilizm i my ten nihilizm odrzucamy”. Gorzej nawet, poza Kościołem czai się gender, który podobno gorszy jest od komunizmu. Gizela raz za razem zapytuje rodzica, czy przypomina sobie, kto jest autorem tych jaskrawych wypowiedzi. Ten bezskutecznie przetrząsa pamięć, która na tyle oczyściła się z zawiłości wojny polsko-polskiej, że nawet podrzucaną mu podpowiedź „Kaczy…” Henryk kończy niewinnie „…dziub”. Publiczność, która jest pod tym względem znacznie mniej niewinna, parska śmiechem. Ale podobna, rodem z niezbyt wyrafinowanego kabaretu, satyra kompromituje raczej samego satyryka, który zadowolił się tak powierzchownym przedstawieniem racji drugiej strony. Poza tym, cóż nowego czy odkrywczego znajdziemy w tej wzajemnej nawalance?

Całkiem nieźle Wyszedł z domu… wypada jedynie jako nieco absurdalny dramat psychologiczny. W tych sekwencjach, gdy Ewa uświadamia Henrykowi, że nie może tak sobie „zrzucić skóry” i „zacząć od początku”. Przypomina mu, że „okres godowy już ma za sobą”, że założył rodzinę, tę „podstawową komórkę społeczeństwa”, że jest nieszczęśliwy. Że szczęśliwym być nie może, bo przecież „jest dorosłym człowiekiem, a nie jakimś matołkiem czy poetą” i ma przygotować referat. Dlatego Henryka Mariusza Kiljana najbardziej żal nie wtedy, gdy siedząc na wózku, całkowicie zagubiony, mamrocze coś niepewnie pod nosem, lecz w chwili, gdy po odzyskaniu sił i w przypływie entuzjazmu dla nowego początku próbuje podnieść lodówkę. Bezskutecznie. Biedakowi pozostało przyswoić kolejną ważną naukę, że o pełni uzdrowienia decyduje nie pacjent, tylko społeczeństwo, do którego ten ma powrócić.

Pod tym względem Różewicz wciąż pozostaje aktualny w swoich diagnozach i przemyśleniach. Pytanie tylko, czy aktualnymi są zapisane w jego utworach sposoby oddziaływania na wrażliwość współczesnego widza. Tego, którego codziennie bombarduje się różnymi tematycznie i stylistycznie przekazami wizualnymi, tekstowymi i audialnymi. Żyjącego tyleż w przestrzeni miejskiej, co wirtualnej, z których każda dawno już stała się kolażem nieraz nie mniej absurdalnym niż te, które układał Różewicz. Fiedor jednakże wydaje się tym nie przejmować. Nie zamierza ani z Różewiczem polemizować, ani nawet jakoś go specjalnie uwspółcześniać. Rezygnuje z miana „twórcy zaangażowanego” i walki o nową formę nawet nie wszczyna. Powtarza właściwie te same rozwiązania, których użył, wystawiając Wyszedł z domu… w Teatrze Polskim w Poznaniu piętnaście lat temu. Również ze scenografią Niki Jaworowskiej i z Ziną Kerste w roli Ewy.

Trudno więc dziwić się, że spektakl, któremu brakuje surrealistycznej grozy, mocnych kontrapunktów, efektu obcości oraz prób dekonstruowania form dramatycznych, pozostawia wrażenie obcowania z czymś, co nadgryzł już ząb czasu. Co stało się częścią historii teatru i należy raczej do „wtedy” niż „teraz”.

Nieprzypadkowo też w pamięć zapada jedynie finał. Podczas wspólnej kolacji, co i rusz przerywanej na – dosłowne i przenośne – „rzyganie” konwenansem, pustką i jałowością rodzinnych rytuałów, z zatkanego zlewu nagle zaczyna wylewać się brązowa ciecz. Ścieka obficie po białej szafce wprost na podłogę, gdzie robi się coraz większa obrzydliwa kałuża. Domownicy wydają się tego w ogóle nie zauważać. Później złapałem się na myśli, że ja z kolei nie zwracałem wówczas uwagi na nich. Z większą ciekawością przyglądałem się temu niepozornemu procesowi, niż wsłuchiwałem się w toczący się przy stole dialog. Ten zupełnie nie był w stanie mnie zaangażować. Przegrał z kretesem z wtargnięciem bezkształtnej materii, która w tym przypadku, paradoksalnie, stała się jedyną godną tego miana manifestacją formy. Może nienowej, ale potrafiącej wybudzić widza z drzemki.

 

Wrocławski Teatr Współczesny

Wyszedł z domu. Tak zwana komedia na podstawie sztuki Tadeusza Różewicza

reżyseria Marek Fiedor

scenografia Nika Jaworowska

światło Jan Sławkowski

muzyka Tomasz Hynek

premiera 8 stycznia 2022

doktorant Wydziału Nauk Społecznych UWr, absolwent filozofii oraz dziennikarstwa i komunikacji tej uczelni. Współpracuje z czasopismem naukowym „Znaczenia” oraz portalem „teatralny.pl”.