7-8/2022

Zbynio naprawiacz

 

Andrzej Muszyński (ur. 1984) to człowiek późnego antropocenu. Jest jednocześnie podróżnikiem, reporterem i prawnikiem, pisarzem oraz rolnikiem. Łączy aktywność kulturalną z agrokulturą – zbiera zatem w sobie obszary i aktywności, które w łonie naszej cywilizacji odwiecznie starano się rozdzielać, przeciwstawiać sobie oraz hierarchizować.

Wychował się we wsi Krzykawa niedaleko Olkusza, której nowe miano („stara wieś”) dał w Domie ojców – opublikowanym kilka tygodni temu nakładem Wydawnictwa Czarne eseju o historii naturalnej Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Przeniósł się do Krakowa, by studiować prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Podróżował po całym świecie, czego pokłosiem jest zbiór reportaży Południe (2013) oraz Cyklon (2015). Myślami wracał jednak do swoich początków i bezustannie pisał książki podszyte żywiołem wiejskim oraz prowincjonalnym. Do tego nurtu należą: Miedza (2013), Podkrzywdzie (2015), Fajrant (2017), Bez. Ballada o Joannie i Władku z jurajskiej doliny (2020) oraz Dom ojców (2022).

Kilka lat temu osiadł w Podskalu pod Powroźnikową Skałą – w miejscowości oddalonej raptem o trzydzieści kilometrów od jego rodzinnej wioski, gdzie kupił nietknięty pługiem od trzech dekad odłóg, który zaczął uprawiać, a także postawił tam dom. Całoroczny. W ziemi bowiem rozpoznał żywioł, który chciałby obrabiać, odkrywać, omawiać. „Nie widziałem sensu w pracy poza sztuką i uprawą roli, dlatego chciałem zarabiać na pisanie ziemią. Liczyłem, że uchroni mnie to przed biurkiem i garniturem. Że pod darnią czeka prawdziwa wolność” – wyznał w niedawnej książce (A. Muszyński, Dom ojców, Wołowiec 2022, s. 13–14).

W uprawie ziemi pisarz dostrzegł zresztą coś więcej niż tylko przyszłość – strategię na przetrwanie. Wyczytał z niej także i przeszłość – historię naturalną rodzaju ludzkiego. Ziemia stała się dla niego prawdziwą realnością, a w dodatku realnością rozmaitych trybów i (nie)porządków: dziejowego i pradziejowego, doczesnego i zaświatowego, naturalnego i kulturowego, dzikości i udomowienia, wędrowania i osiadania. Koniec końców, by rzeczywiście (z)wrócić (się) do ziemi przodków, Muszyński musiał dokonać co najmniej trzech zwrotów: literacko-eseistycznego, wiejsko-rolniczego oraz archeologiczno-antropologicznego. Ten ostatni wykonał jako eksplorator jaskiń – adept geologii i nauk o (pra)dziejach rodzaju ludzkiego oraz badacz tajemnic ziemi (gleby i skał) Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

Bohaterowie i narratorzy Andrzeja Muszyńskiego akceptują własny strach – nie boją się lęku, z którego są utkani. Wbrew zasadniczej zasadzie antropocenu, która bezustannie zagrzewa i mobilizuje człowieka do walki z wszelkimi ogranicznikami (śmiertelnością, biologią, losem), jego ludzie akceptują swoją naturę i wynikające zeń konsekwencje. Są bowiem ludźmi ziemi – istotami powstałymi z ciemności i strachu, trwale skontaktowanymi z mrokiem. Pędzą życie, wpatrując się w tę ciemność – nie zaprzeczając jej, nie wypierając jej. Więcej nawet, oscylując wokół niej. Rodzą się z niej i do niej po śmierci wracają. Ziemia jest im bowiem kolebką i grobem – nie próbują się odeń oderwać. Nie wyrywają się do gwiazd. Potrzebują jednakowoż nawiedzeń – ot, choćby dla mentalnej higieny życia li tylko na tej ziemi.

Bohaterami prezentowanej obok prapremierowo miniatury dramatycznej Zbynio są wędrowcy ze Wschodu. To stamtąd przychodziły do nas od zarania wszelkie „dobre nowiny” – na przykład ta, że ziemię można brać w posiadanie, uprawiać ją i czerpać zeń zyski, a wszystkie te trudy i afekty „ku ziemi” rozwinąć z czasem w ideę „domu”.

W Domu ojców Muszyński opisał liczne nawiedzenia. Jedno z nich miało miejsce pięćdziesiąt tysięcy lat temu, kiedy należący do gatunku Homo sapiens wędrowcy z Bliskiego Wschodu przybyli do Jury Krakowsko-Częstochowskiej, zamieszkiwanej wtenczas od co najmniej pięćdziesięciu tysięcy lat przez neandertalczyków. Po kolejnych dwudziestu tysiącach lat europejska populacja neandertalczyków wymarła, choć przedtem długo koegzystowała z Homo sapiens, a nawet mieszała z nim krew oraz geny (zgadnijcie po kim Germanie oraz Słowianie odziedziczyli niebieskie oczy). Kilkanaście tysięcy lat temu ludzie nauczyli się uprawiać rolę, a najwprawniej czynili to w pasie Żyznego Półksiężyca – zatem na Bliskim Wschodzie. Około pięciu tysięcy lat temu rolnicy z południa nawiedzili dolinę Wisły. Spotkali tu łowców – ludy kompletnie niezainteresowane mozolnym karczowaniem lasu oraz żmudną pracą w polu. I znów, napływowi rolnicy dość długo koegzystowali z tubylczymi łowcami, aż w końcu natchnęli ich przyniesionymi ze sobą ideami. W ostatecznym rozrachunku to właśnie im, wędrowcom ze Wschodu, zawdzięczamy pszenicę, dom, emocjonalną więź z ziemią, a nawet i monoteistycznego Boga. To dzięki nim staliśmy się ludźmi (tej) ziemi.

Od wielu, wielu miesięcy ponownie nawiedzają nas wędrowcy z Bliskiego Wschodu. Emigranci próbujący przedostać się przez polsko-białoruską granicę. „Ludzie – kłosy. Czarne kłosy. Zrośnięci z ziemią, próbują wyrwać się, z korzeniami” – jak mówią o sobie w Zbyniu. „Kiedy stajesz – zaczynasz się bać. Kiedy idziesz – to inni się boją” – powiada Przewodnik do Córki, wespół z którą szukają znajdującej się już „po tamtej stronie” matki.

Boimy się tych, którzy nas nawiedzają. Demonizujemy ich. Nie umiemy ich przyjąć. Zapominamy, że schadzki z nimi to najdonioślejsze momenty naturalnej historii człowieka – to one obrosły w najpiękniejsze mity, baśnie, teksty święte, podania…

Kogo się boimy? Siebie samych – najprawdopodobniej. Wzbraniamy się przed wędrowcami ze Wschodu, bo oni nigdy nie przychodzą z pustymi rękami. Zawsze przynoszą ze sobą epokowe wynalazki i słowa pełne niezwykłej potęgi, (wszech)mocy, a nierzadko – świętości.

Boimy się ich siły, bo sami czujemy się słabi. Nie posiadamy niczego, czym moglibyśmy ich natchnąć. Taka jest o nas prawda. Takie źródła ma ten nasz strach…

badaczka literatury, krytyczka i edytorka, członkini Zespołu Badań nad Literaturą i Kulturą Późnej Nowoczesności przy IBL PAN. Autorka książki „Melancholia i ekstaza” Projekt totalny w twórczości Andrzeja Sosnowskiego (2009), edytorka Dzienników Agnieszki Osieckiej.