4/2023
Artur Pałyga

Objawienia

 

Jednego z najbardziej niesamowitych objawień teatralnych doznałem na pogrzebie. To był skromny pogrzeb w niewielkiej miejscowości we wschodniej Polsce. Pora była wilgotna, więc staliśmy w rozdeptanym błocie. Większość uczestników pogrzebu już się rozeszła, ostatni dopalali jeszcze papierosy i kończyli lakoniczne opowieści o tym, co się z nimi działo przez ostatnie trzydzieści lat, od kiedy widzieli się po raz ostatni. Najbliższa rodzina zmarłego poprawiała wieńce. Z samochodu, którym przywieziono trumnę, dobiegały zniekształcone dźwięki pieśni pogrzebowych. Na dachu auta umieszczono megafon i z niego płynęło nagranie. Nie jakieś profesjonalne. Po prostu ktoś z firmy nagrał, jak śpiewa solo, momentami nawet całkiem czysto. Anielski orszak niech twą duszę przyjmie, uniesie z ziemi ku wyżynom nieba. Niesie się ten zniekształcony, spłaszczony przez megafon głos męski nad rozciapaną po deszczu cmentarną ziemią. Na jego tle okadzone papierosowym dymem rozbrzmiewają rytualne skróty losów ludzkich.

Urodziłam dwoje dzieci. Dorosły. Rozwiodłam się. Ciężko chorowałam, ale wyzdrowiałam i jakoś leci. A u ciebie? Skończyłem studia, znalazłem pracę, potem drugą pracę, potem wyjechałem. Miałem trochę problemów z nałogami, ale już wyszedłem na prostą. Powoli myślę o emeryturze. Niech cię przygarnie Chrystus uwielbiony. On wezwał ciebie do królestwa światła. Niech na spotkanie w progach Ojca domu po ciebie wyjdzie litościwa Matka. Samochód nie gasi silnika. Pewnie ma wyznaczony czas, który za chwilę się skończy.

Padają jak sentencje nieśmiertelne zdania, które nawet nie udają, że coś próbują tłumaczyć. Które są po to, żeby pociągnąć jakiś dialog. No i widzicie, jak to jest. Był człowiek i nie ma człowieka. Ani się obejrzysz. Najlepiej we śnie, żeby nie wiedzieć. Co zrobisz, nic nie zrobisz.

Napisy na wieńcach. Ukochanemu. Najdroższemu. Na zawsze będziesz w pamięci. Muszę już iść, obiad gotować. Ja jeszcze do pracy wracam. Wyrwałem się na dwie godziny tylko. No to do zobaczenia za następne trzydzieści. Może wcześniej gdzieś jakoś. Ciap, ciap po błocie między grobami. Uważaj, żeby nie nadepnąć! Promienny Chryste, Boski Zbawicielu. Jedyne światło, które nie zna zmierzchu. Nagranie urywa się. Samochód powoli rusza.

Nie potrafię nazwać, o czym jest to przedstawienie, w którym biorę udział, ale wiem, że o czymś strasznie ważnym. I że wszystkie te role, które odgrywamy, coś oswajają, zakrywają, pozwalają przeżyć. A jednocześnie przez to błoto, przez ten megafon, przez ten głos z megafonu nad tym błotem coś się przedostaje, przeziera nieoswojonego, co wywraca całą tę odgrywaną, rytualną powagę.

Coś, co jest tego samego rodzaju, a może naprawdę po prostu jest tym samym, widziałem w akademiach szkolnych. Akademie szkolne były moim pierwszym, fundamentalnym doświadczeniem teatralnym. Wydaje mi się, kiedy o tym myślę, że nieraz próbuję to doświadczenie odtworzyć, dotknąć i posmakować jego idiotycznej tajemnicy.

Przygotowania trwały długo. Pan dyrektor, panie nauczycielki i panowie wuefiści ustalali z grubsza zarys układanki, której spoiwem miała być postać patrona szkoły lub temat celebrowanego święta państwowego. Wyobrażałem sobie te narady, kiedy ci władcy naszego życia (bo przecież większość ówczesnego życia spędzaliśmy w szkole lub nad szkolnymi zadaniami) poświęcali całe godziny na podejmowaniu decyzji: jakie wierszyki, jakie piosenki, jaki układ choreograficzny, kto przygotuje referat, kto wytnie litery ze styropianu i pokoloruje, i jakie ma z nich powstać hasło, czy dmuchać baloniki, czy nie, a goździki tylko czerwone, czy również białe, i ile? Dyrektor się denerwował. Panowie wuefiści wygłupiali się przed paniami polonistkami, a duch patrona pęczniał i pęczniał. Następnie przydzielano indywidualne zadania każdej nauczycielce i każdemu wuefiście, którzy mieli dopracować szczegóły swoich kawałków układanki. Po ich samodzielnym opracowaniu rozchodzili się z konkretnymi zadaniami do klas. My wykonawcy nigdy nie znaliśmy całości. Pani wyznaczała, kto ma się czego nauczyć na pamięć, nie tłumacząc, jak się to wkomponuje w całość. Ci, którzy nie umieli się uczyć na pamięć, mieli czytać z kartek. Ci, którzy słabo czytali, dmuchali balony i wycinali litery ze styropianu oraz ozdoby z bibuły. Wszyscy musieliśmy opanować idiotyczne układy choreograficzne, które ćwiczyliśmy wspólnie z innymi klasami na sali gimnastycznej. Po długich przygotowaniach spędzano nas do sali gimnastycznej na występ, który nikogo nie ciekawił. Chodziło tylko o to, żeby się odbył. Jak uroczystość religijna, podczas której trzeba wypowiedzieć wszystkie modlitwy i formułki, i nie wolno się wygłupiać, kiedy pani patrzy. Wtedy, jako uczestnik tych akademii, nie widziałem tego czegoś. Objawiło mi się na pogrzebie.

Co to jest to coś, co tak nieoczekiwanie i raptownie wzrusza, co ściska za gardło i dusi, co wyciska łzy? Że to nie my. Że coś innego staje się bohaterem. Że to się robi o czymś innym, niż się wydawało. I że jesteśmy w tym bezradni. Przeraźliwie bezradni. To było objawienie teatru wielkiej bezradności. Nie tylko wobec śmierci. Wobec wszystkiego. Wszędzie. Naraz.

dramatopisarz, dziennikarz, dramaturg w Teatrze Śląskim w Katowicach. Autor m.in. Żyda Nieskończonej historii; nagrodzony Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną za W środku słońca gromadzi się popiół (2013).