10/2023

Wycięta biografia

Smutny paralelizm studenckich losów Dwornik i Wajdy otwiera drogę do refleksji o nierozwiązywalnym dylemacie moralnym i ludzkim, przed którym oboje stanęli – i oboje mieli rację: jedno wybierając nonkonformizm prawdy, drugie niezależność i wolę pracy, tworzenia.

Obrazek ilustrujący tekst Wycięta biografia

rys. Bogna Podbielska

 

Choć tytuł słuchowiska Mikołaja Szczęsnego i Sebastiana Adamkiewicza brzmi Post mortem. Historia Zofii Dwornik, nie do końca można je uznać za udramatyzowany portret specjalistki od montażu, przez której ręce przeszły największe filmy, z Ziemią obiecaną włącznie. Nie jest to także rzecz o zbrodni katyńskiej, choć zaczyna się od odgłosów sowieckiej egzekucji, strzałów przerywających modlitwę jeńca. Tak naprawdę głównym tematem radiowego przedstawienia pozostaje zagadka splotu biografii dwojga studentów łódzkiej szkoły filmowej w epoce stalinizmu: Andrzeja Wajdy i Zofii Dwornik. W ich na pozór zbieżnym losie (oboje stracili ojców, oficerów Wojska Polskiego, w Katyniu) rozpoznanie straty, wspomnienie o niej (lub jej przemilczenie) determinuje dalszą karierę i życie. Dwornik, w czasie wojny uczestniczka podziemnej konspiracji, po wojnie obiecująca adeptka łódzkiej Filmówki (źródła podają tytuły dwóch jej etiud szkolnych: Pielęgniarki i Wiejski talent), w towarzyskich okolicznościach nieostrożnie wypowiedziała się o Katyniu jako zbrodni sowieckiej. Została zadenuncjowana, skazana na rok więzienia i zapłatę kosztów sądowych, w konsekwencji pozbawiono ją także możliwości pracy w zawodzie reżysera. Utrzymała się w branży jako montażystka, chyba najbardziej niewidoczna osoba w kreacji artystycznej tkanki filmu. Andrzej Wajda przyjął inną strategię: nie mówił o Katyniu, chciał żyć, uczyć się na zachodnich arcydziełach, robić własne filmy i sięgnąć nimi po laury. Niezgodny, rozchwiany, smutny paralelizm tych dwóch studenckich losów otwiera drogę do refleksji o nierozwiązywalnym dylemacie moralnym i ludzkim, przed którym oboje stanęli – i oboje mieli rację: jedno wybierając nonkonformizm prawdy, drugie niezależność i wolę pracy, tworzenia.

A może jednak sekret tkwi nie w równoległości obu losów, lecz w następstwie zdarzeń? Twórcy słuchowiska dyskretnie przesuwają trajektorię opowieści. Gdyby nie Dwornik, Wajda mógłby popełnić tę samą nieostrożność, dociekać, gdzie jest jego ojciec, głośno mówić o Katyniu. Jak misternie ustawiony ciąg kostek domina, poruszony w określonym punkcie, wieść o koleżance ze starszego rocznika (której nazwiska wtedy nie znał, a i potem chyba także słabo) wpłynęła na powściągliwość Wajdy w najbardziej osobistej i rodzinnej sprawie. Dopiero u schyłku twórczości, kiedy już wolno było mówić, powstał Katyń. Gdyby nie ta odważna (czy po prostu nieostrożna) dziewczyna, która nigdy nie została reżyserką ani scenarzystką, droga Andrzeja Wajdy mogłaby się okazać znacznie bardziej skomplikowana.

W centrum Post mortem. Historii Zofii Dwornik stoi właśnie Wajda. To jego głos, odciśnięty w notatkach do Katynia i w autobiografii Powtórka z całości, snuje opowieść o przeszłości z charakterystycznym Wajdowskim tembrem, stylem komunikowania się nie do podrobienia, choć właśnie podrabia go do złudzenia (może nawet aż za bardzo) Adam Woronowicz. Gawędziarsko, pomrukując, wynurza się z notatek, materializuje w epizodycznych rozmowach ze współpracownikami, także na wyimaginowanym spotkaniu z Dwornik. Słyszymy fragmenty Ziemi obiecanej, w oczach układają się też powidoki z Popiołu i diamentu, wyobrażamy sobie reżysera – swobodnie perorującego zarówno nad kartką papieru, jak i za kamerą, w trakcie pracy. Jego twórczy zapał realizuje się w żywiole mowy, przemienia sytuacje w obrazy, obrazy w konkrety odbijające nagłe spięcia prawdy i życia. Ustawia oko kamery i tajemnym sposobem nakłania ludzi, by zachowali przed obiektywem coś, co widzi i rozumie tylko on, kreator obrazu. Z mówienia, postrzępionego, chrapliwego, wsobnego opowiadania – powstaje portret filmowca i portret sztuki robienia filmu. A montażystka? Jest niewidoczna. Zawodową ścieżkę i dokonania Dwornik otacza niejasna mgła, choć składała filmy ponad dwie dekady, do końca lat siedemdziesiątych.

Truizmem byłoby powtarzać, że praca w postprodukcji, w tym cięcia i sklejanie taśmy, to fundament dobrego obrazu filmowego, a zarazem najbardziej niedowartościowana i przemilczana dziedzina w kręgu kinematograficznych rzemiosł. Nie zmienia to faktu, że w słuchowisku dosłownie nic nie wskazuje na to, jak pracowała Dwornik. Bohaterka milczy o swojej profesji, bo jest to fach „nie do przedstawienia”, niereprezentacyjny, albo może dlatego, że twórcom zależało, by wobec mocy twórczej i nadobecności Wajdy jeszcze silniej zaznaczyć jej nieobecną, zdawkowo ujętą figurę, gdy chodzi o zawodowe, artystyczne i ludzkie szczegóły. W porównaniu ze sposobem „odgrywania” Wajdy, który przypomina aktorskie performanse imitacji kolegów z branży (zawsze udatne i dowcipne, zawsze balansujące na granicy wierności i przerysowania), postać tytułowa wydaje się tworem wyobraźni. Dwornik jest symbolem, zagadką, zacierającym się śladem między dwoma granicznymi skupieniami biografii: młodością i starością.

Młodą i starą bohaterkę kreują dwie świetne aktorki. I właśnie ich kunszt sprawia, że ta enigmatycznie potraktowana w scenariuszu postać nabiera jednak żywych, przejmujących rysów. Sandra Korzeniak gra Zofię z lat czterdziestych/pięćdziesiątych, studentkę, nieco zbyt poważną na tle reszty rówieśniczego towarzystwa. Mówi dojrzałym głosem, przecinanym nieśmiałością lub namysłem – przecięcia w pół zdania, zawahania, przestanki, dobitne domknięcia słów, wreszcie ów dźwięczny i myślący głos czynią Zofię nieodparcie samotną i osobną. Jadwiga Jankowska-Cieślak to Zofia stara, może nawet dawno umarła i przychodząca w 2006 roku jako duch do Wajdy, by porozmawiać o jego najnowszym filmie. Różnica w interpretacji roli w stosunku do „młodej” Zofii polega na tym, że bohaterka już się nie waha, nie szuka odpowiedzi. W ciepłym, kruchym, a zarazem szorstkim i stanowczym, fascynującym głosie kobiety kryje się świadomość, że tym razem wszystko już wie i rozumie, ba, wie znacznie więcej niż pogrążony w twórczym entuzjazmie i zarazem nostalgii reżyser Katynia.

W nagraniu pojawiają się także inne, nie tylko aktorskie, głosy: historyczne i współczesne głosowe autentyki z reportaży (Hanna Krall w rozmowie z Michałem Nogasiem, Gombrowicz z nagrania Dziennika). Dodać do tego trzeba odczytywane przez aktorów autentyczne akta procesowe Dwornik i oczywiście materiały z archiwum Wajdy. Praca dokumentacyjna i baza materiałowa słuchowiska są imponujące. Powstało z tego przedstawienie dwoiste w formie. Z jednej strony rządzi nim szkatułkowa konstrukcja opowieści o tworzeniu w materii najboleśniejszych tematów: o tym, jak Andrzej Wajda próbował zmierzyć się z tematem Katynia, i o tym, jak Hanna Krall na pewnym etapie starała się mu pomóc (wtedy pojawił się trop Dwornik), i wreszcie o tym, jak Mikołaj Szczęsny i Sebastian Adamkiewicz przez te dwie narracje próbują rozwikłać biograficzny splot losów Dwornik i Wajdy. Autotematyzm i autorefleksyjność odsłaniają tu poniekąd trudność w ujęciu nieznanej prawdy o tym, kim była Dwornik.

Drugą cechą tego słuchowiska jest jego stylizacja na dokument, a nawet realistyczną rekonstrukcję historyczną. Słyszymy echa zebrania członków ZMP, przemówienia, podsłuchujemy rozmowy i flirty studentów filmówki toczone przy piwie na sławnych schodach w budynku szkoły. Dyskusja o Rashōmonie Kurosawy przechodzi w obronę wizji niejednoznacznego świata, w którym wszyscy mogą być uwikłani w zło. Surowość japońskiego arcydzieła nie wytrąca bohaterów słuchowiska z entuzjazmu dla życia, młodości, brzmiącego jakoś tak współcześnie. Dziewczyny szczebioczą, zamawiając lody (zakres smaków do wyboru: śmietankowe), podczas gdy chłopcy ustawiają je do kamery i kręcą pierwsze etiudy. Młodzi przyszli filmowcy układają w marzeniach scenariusze filmów, które przypominają fabułę Matrixa i Titanica. Czym innym jest zaglądanie w przeszłość w formie jednoosobowej narracji świadka, a czym innym historia w formie praesens – performowanie przeszłości zaraża się naszym „teraz”. Choć w tle słychać dźwięki autentycznych nagrań radiowych (Gombrowicz) i filmowych (radzieckich i polskich), trudno mi do końca w ten świat uwierzyć, jest zbyt niefrasobliwy, upodobniony do naszego, a z drugiej strony – jakby odgrywany.

Przychodzi mi na myśl niedawne spotkanie z osobą, która w latach stalinowskich studiowała historię sztuki (dziedzinę cieszącą się wtedy względną swobodą, podobnie jak sztuka filmowa). Nie mogłam się oprzeć pytaniu, co wiedzieli – ona i jej koledzy, koleżanki – o szykanach i procesach politycznych toczących się w tamtym czasie, o wsadzaniu ludzi do więzień, wyrokach śmierci, zakłamywaniu świata. Czy możliwe, że nie wiedzieli? Dlaczego nie reagowali? Odpowiedź brzmiała: baliśmy się mówić, nie rozmawiało się ani w domu, ani w pracy o wielu sprawach. Wiedziało się o pewnych sprawach, ale o nich nie mówiło, nie komentowało. Istniał ocean rzeczy, których nie wolno było powiedzieć, nawet samemu sobie do poduszki. I cały krąg zjawisk, które, choć dziwne i niepokojące, akceptowano bez słowa. Ziemiańskie dziewczyny, które przyszły na studia do Krakowa – i wyglądały, jakby żyły w skrajnej nędzy, dosłownie nie mając co na siebie włożyć – przyjmowano milczeniem. Rudowłosy student, który zjawił się nie wiadomo skąd, którego nazwiska nikt nie pamiętał, i zniknął pewnego dnia – nikt nie pytał, dlaczego i w jakich okolicznościach (aresztowany, zdemaskowany jako akowiec, a może udało mu się przedrzeć na Zachód?). Ciężar milczenia był najdotkliwszą i upiorną rzeczą, którą zapamiętała moja rozmówczyni. Każdy akt, nawet niewinnej słownej reakcji, mógł być zadenuncjowany jako zdrada, uruchamiając machinę oskarżeń, absurdalnych, ale perfekcyjnie skutecznych. To świadectwo, nawet jeśli subiektywne i przerysowane po tylu latach, sprawiło, że dialogowa rekonstrukcja stalinowskiej epoki w Post mortem wydała mi się zbyt prosta. Nie możemy się wczuć ani odegrać tej epoki i jej terroru codziennego milczenia, bo tamto milczenie było ciężkie i ołowiane, ale też nie do wyrażenia. Z drugiej strony tym wyraźniej wyłania się z tego tła: złamana, zmarnowana, odważna postać Zofii Dwornik. Kilka zdań kosztowało ją dwanaście miesięcy więzienia, a potem wiele lat półanonimowej pracy w ciemni kinematograficznej montażowni. Dziwnie Los montuje nasze dzieje.

 

Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi

Post mortem. Historia Zofii Dwornik

scenariusz, reżyseria Mikołaj Szczęsny

współpraca scenariuszowa, konsultacja historyczna Sebastian Adamkiewicz

muzyka Marcin Nenko

premiera 16 września 2022

historyk teatru, pracuje w Katedrze Teatru i Dramatu Wydziału Polonistyki UJ, ostatnio wydała (wraz z Barbarą Maresz) Archiwum teatru XIX wieku. Ludzie, dokumenty, historie (2019).