1/2024
Artur Pałyga

Apostazja

 

Do pani J. wiadomości o teatrze docierają poprzez główne media. Interesuje się nimi. Wyłapuje je. To nie jest tak, że pani J. nie wie, co jest grane w teatrze. Chodzi regularnie kilka razy w roku, więc zdecydowanie więcej niż przeciętna. Pośród swoich znajomych uchodzi za zagorzałą teatralną widzkę. Zdarzało się, że dzwoniła do mnie z pytaniem, na co warto pojechać. Raz w roku wyjeżdżała gdzieś dalej, do jakiegoś odległego teatru na coś naprawdę dobrego, czasem z noclegiem, więc cała wyprawa. I tu były potrzebne zaufane konsultacje. Ostatnio chodzi rzadziej, bo trochę ją to wszystko przeraża. I dzieli się swoim przerażeniem. Jedni odchodzą z Kościoła, a pani J. zastanawia się nad definitywnym odejściem z grona teatralnej publiczności. Tak, pytałem, czy mogę o tym napisać. – Możesz, niech wiedzą.

Pani J. nigdy nie interesowały teatralne mody. Chętnie wypytywała, ale od razu zapominała i przy następnym spotkaniu dziwiła się od nowa: – To co to jest ten teatr polityczny?

Ale nie jest też z tych, którzy chodzą na znanych aktorów. Po prostu lubi spektakle, które są dobre. Przeżywa je, chce o nich rozmawiać. Żyją długo w jej opowieściach i rozchodzą się w szerokich kręgach pośród znajomych oraz znajomych znajomych. Widziała dwie Lupy. Jedna się jej spodobała, druga wcale. O obu do niedawna dość chętnie lubiła pogadać. Widziała jedną Klatę i mówi, że to wariackie, ale szanuje. Widziała dwa Cieplaki i wspomina czule. Oraz jest w miarę na bieżąco z repertuarem lokalnym. Raz wybrała się na mój spektakl na drugi koniec Polski i stwierdziła, że było warto, bo po drodze po latach znowu zwiedziła Biskupin.

Pani J. nie czyta branżowych pism teatralnych, bo uważa, że nie są dla niej. Za to chętnie słucha, co mówią o teatrze w telewizjach, radiu, bo ciągle jest czujna na informacje, na co w tym roku pojechać daleko. Wcześniej tak było. Przed Klątwą. Jeżeli coś mówili, to właśnie to. Na co warto. Na Klątwie nie była, bo jak grali, to nie mogła, a jak mogła, to nie grali. Ale się solidaryzowała. Dzwoniła do mnie, żeby mi przekazać, że się solidaryzuje w sprawie #chybanieja w Rzeszowie. To był krótki czas solidarności. Nie było to dla niej wygodne, ale odbierała to jako osobistą opresję, choć lokalnie w żaden sposób się nie przekładała. Teatr wciąż był ważny, a pani J. była jego apostołką w swoim kręgu przyjaźni oraz znajomości. I nagle się zaczęło psuć. Zupełnie jak z Kościołem. Nagle jedyne informacje, które się do niej przebijały przez TVN, Onet i inne, zaczęły dotyczyć przemocy, skandalu i innego zła, jakie się dzieje w teatrze. Dwa razy dłużej rozmawialiśmy i zadawała pytania. Kiedy niedługo po aferze z Lupą TVN puścił materiał o Teatrze Dramatycznym, zadzwoniła już w zasadzie dla formalności.

– Wyjaśnisz mi, o co tam chodzi?

Starałem się. Ale czułem sceptycyzm. Dla kręgu przyjaciół i znajomych, którzy też oglądają TVN, jej chodzenie do teatru przestało być czymś imponującym, intrygującym, ciekawym, a zaczęło być rzeczą wstydliwą, nieco żenującą. Opowiadanie o tym, że się było w teatrze, zaczęło oznaczać konieczność tłumaczenia się, że się o niczym nie wiedziało oraz odpowiadania na żarty. Ale nie to jest najważniejsze. Pani J. nie tak łatwo poddaje się presji znajomych. Najważniejsze jest, że ona sama zaczęła widzieć, że nie widziała wcześniej. Że coś, co było dla niej ważne oraz dużo warte, zdemaskowało się. Każdy spektakl stał się podejrzany. Każdy ruch, gest aktora stał się nieczysty, ponieważ może stać za nim przemoc, upokorzenie i w ogóle zło. Pani J. nie pamięta nazwisk przemocowców dłużej niż dwa tygodnie. Nie pamięta dłużej niż przez dwa tygodnie, gdzie i co się stało. Ma ogólne wrażenie, że teatr okazał się czymś takim samym jak Kościół. Że rozlało się zdemaskowanie jego wewnętrznej ohydy.

Próbowałem. Próbowałem ze wszystkich sił jej opowiedzieć. O wspaniałych spektaklach Strzępki, które widziałem, o niej samej, na ile zdążyłem ją poznać, o aktorach, o technicznych, o administracji, o tym, jak to jest wszystko ze sobą splecione, o całym kosmosie tej pracy, o jej dramaturgii, o jej wszystkich napięciach, które często występują w podobnych momentach, o regułach, które się przeważnie sprawdzają, i o tym, jak niestety zgodnie z nimi na próbach generalnych jest się jak bez skóry, o całym procesie, od pomysłu, pierwszych rozmów, gadania, pisania, przez pierwsze próby czytane, entuzjazm, obawy, niepewność, rodzenie się postaci, rodzenie się świata spektaklu, o rozkminianiu, męce i przyjemności, o zawsze braku jednego tygodnia więcej, o potwornym stresie przedpremierowym i dołującej melancholii po, o tym, co się robi między ludźmi podczas tej pracy, o wszystkim, co straszne, i o wszystkim, co fascynujące, o tym, co właśnie najbardziej przyciąga, ale też o tym, co odpycha, ale nie odpycha na tyle skutecznie, żeby przeważyć to, co przyciąga, o tym, że jak się trafi do środka teatru, to nawet gdy się utyskuje, trudno znaleźć sobie inne miejsce gdzieś indziej, o tym, jak wkurza gadanie o tajemnicy i magii, Boże, jak wkurza, a jednocześnie o tych momentach, kiedy się je czuje bardzo mocno. Starałem się opowiedzieć to w miarę chłodno, spokojnie, z lekkością, żeby nie atakować. Z wyrażeniem własnych wątpliwości.

– Aha – powiedziała. – Aha.

Poczułem się jak ksiądz, który ma tylko przyjąć apostazję.

dramatopisarz, dziennikarz, dramaturg w Teatrze Śląskim w Katowicach. Autor m.in. Żyda Nieskończonej historii; nagrodzony Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną za W środku słońca gromadzi się popiół (2013).