3/2024
Grzegorz Kondrasiuk

Chronos i kairos

 

 

Dlaczego zapamiętałem, że w Imagine grana przez Ewę Skibińską enigmatyczna postać Marieliv, przez długie teatralne godziny razem z resztą towarzystwa przesiadująca na kanapach – trzyma w dłoniach książkę? I dlaczego jest to książka W.G. Sebalda?

Tego rodzaju reżyserskie sygnatury, tu i ówdzie poukrywane, są potrzebne aktorom, lubią je wierni widzowie śledzący nakładanie się warstw i przenikanie spektakli tworzących przecież jedno autorskie uniwersum. Lupa włączył Sebalda do podręcznej biblioteczki, w Wilnie zrobił Austerlitz, w Paryżu Emigrantów. Oczywiście, można ten sygnał zinterpretować, Imagine jest o klęsce dwudziestowiecznych utopii, oglądanej z perspektywy XXI wieku, a Austerlitz Sebalda (o ile mogłem dostrzec tytuł z piątego czy siódmego rzędu) jest wiadomo o czym. Jednego Lupie odmówić nie wolno – za każdym razem, kiedy robi adaptacje czegoś więcej niż własnych myśli, proponuje nam niezłe książki. Jego lekturowe fascynacje… Bernhard, wiadomo, ale Malaparte, Coetzee – i właśnie Sebald.

Rekwizyt, książka. Mało istotny w tym konkretnym spektaklu detal, a za nim kryje się najważniejsza różnica pomiędzy aktualnym teatrem Lupy a tonem dominującym w teatrze twórców urodzonych w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, w teatrze pokoleń na serio wchodzących właśnie do gry. Nawet kiedy wykorzystywane na scenie instrumentarium jest to samo – na przykład luźno snute epizody odklejone od tekstowych oryginałów, multimedia, zacieranie granicy pomiędzy „realnym” a „teatralnym”, między aktorem z imienia i nazwiska a postacią i rolą – to używa się go do stworzenia na scenie świata o całkowicie odmiennym rozumieniu czasu. Nawet jeśli ze sceny, i tu, i tam, padają deklaracje ideowe, pogłosy oświeceniowego projektu radykalnej przebudowy społeczeństw, rozważania o „wspólnocie, która nadchodzi”.

Lupa tworzy przestrzeń zanurzoną w zupełnie innym czasie. W tym teatrze wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło. To teatr klęsk, które są za nami, wypalonych projektów racjonalnego umysłu, skompromitowanych utopii. Teatr dokonanej już, i to wielokrotnie, apokalipsy. Stąd właśnie skłonność Lupy do wielkich melancholików literatury, pisarzy rozpamiętujących, pisarzy ruin, szczątków. W „młodym” teatrze apokalipsa w postaci „katastrofy klimatycznej” ma dopiero nadejść, a o przeszłości mówi się tu raczej prezentystycznie, wyjmując z niej i przykrawając elementy pasujące do aktualnej agendy ideologicznej. To przyszłość jest w nim głównym punktem odniesienia – stąd może kłopot z obiektywnym dostrzeganiem teraźniejszości. Zazwyczaj jest to lęk przed przyszłością, czasem próby snucia kontrfaktycznych scenariuszy, albo fascynacja biotechnologiami, człowiekiem zrośniętym z maszynami.

Mądrzy ludzie – jak Reinhart Koselleck, Paul Tillich, Frank Kermode – mówili nam o dwóch zasadniczych koncepcjach czasu, obecnych w kulturze Zachodu. Kairos i chronos ciągle pracują w umysłach i w aktualnych dziełach. O tym, co mówimy i jak mówimy, decyduje świadome lub nieuświadomione przeświadczenie o naturze naszego czasu. Kairos to czas „ostatecznego momentu”, spełnienia, odkupienia, przełomu, ale i katastrofy; chronos – to nieskończony, linearny czas porządku, narracji historycznej, racjonalności i postępu.

Jak czytam, Lupa w wileńskim spektaklu Austerlitz spróbował otworzyć prozę Sebalda za pomocą obrazu Anioł Historii Paula Klee i jego niezwykłej historiograficznej interpretacji w najsłynniejszym cytacie z Waltera Benjamina, z tez O pojęciu historii. Występuje w nim ów ukryty pod stolikiem do gry w szachy brzydki, garbaty karzeł, który symbolizuje teologię w niezauważalny dla wielu sposób sterującą historią. Dlaczego tak? Bo teologia – odpowiada dowcipnie mesjanista-marksista Benjamin – „jak wiadomo, jest karłowata, brzydka i lepiej, by jej nie było widać”. Stąd niespodzianki, kiedy artysta nie dostrzega karła i jest przekonany, że działa zgodnie z chronos, a jednocześnie ulega kairos. Lubię te momenty, kiedy wojujący ateiści, z hasłami racjonalizmu na sztandarach (więc nie chodzi tu bynajmniej o Lupę), bezwiednie ulegają wyobraźni religijnej. Mniej ciekawsze, i chyba rzadsze, są odwrotne przypadki – pragmatycznych zarządców udających filozofów albo mesjanistów.

Kairos albo chronos. Wciąż jest to istotne rozstrzygnięcie, od którego zaczyna się prawdziwą pracę. Kiedy już artysta przejdzie okres dojrzewania i zauważy, że robienie teatru to nie tylko proste komunikowanie bliźnim na widowni, z kim się lubi sypiać, albo o tym, że nasz świat nie jest zbyt przyjaznym miejscem do życia.

 

Playlista: Scenariusze końca. Zmierzch, kres, apokalipsa, wybór, redakcja i wstęp Dariusz Czaja, Wołowiec 2015; Claude Debussy, Peleas i Melisanda, Płytowy Trybunał Dwójki, 13.02.2022; Steven Isserlis, Connie Shih, The Cello in Wartime, BIS, 2017.

teatrolog, dramaturg, krytyk teatralny. Redaktor i współautor książek Scena Lublin (2017) i Cyrk w świecie widowisk (2017). Pracuje na UMCS, współpracuje z Instytutem Teatralnym w Warszawie.