9/2014

Sztafaż demokracji

Bielski spektakl Pawła Wodzińskiego opowiada o próbach kwestionowania demokratycznego porządku na wschodnich i południowych rubieżach Europy.

Obrazek ilustrujący tekst Sztafaż demokracji

Monika Stolarska

 

Do premiery przygotowywano się starannie. Przebudowano małą scenę teatru, pole gry umieszczając w środku. Pod białymi, laminowanymi ścianami z czterech stron ustawiono po trzy rzędy krzeseł, mocno ograniczając widownię. Pozostały prostokąt niemal wypełnił konferencyjny stół z rzędami monitorów, plątaniną kabli, lasem pełnych i opróżnionych butelek, plastikowych kubków. Plastik, chrom, biel, srebro. Piloty, mikrofony, biurowe lampki. Sztafaż demokratycznych procedur.

W trakcie przedstawienia na monitorach wyświetlane są nagrania wideo z partyjnych debat, zebrań i zamieszek z czasu niedawnego kryzysu w Grecji. Co pewien czas, jak memento, pojawia się symbol nacjonalistycznego Złotego Świtu – opleciony laurowym wieńcem fragment meandra – wyraźnie stylizowany na swastykę. Co się stało z tą cywilizacją, której Grecja jest kolebką, jeśli lider greckiej partii narodowej nazwanej mianem różanopalcej Eos mówi, że republika (to słowo po grecku jest tożsame ze słowem demokracja) jest do niczego i trzeba ją zlikwidować? A lud wiwatuje? Mikrofony łączące centrum konferencyjne ze światem zewnętrznym zostają użyte tylko dwa razy. Nie pomogą media, esemesy, e-maile ani gliniane tabliczki kontrastujące z nowoczesnym wystrojem – komunikacja i tak szwankuje. Władza boi się tłumu, który politykę faktów dokonanych robi na ulicy.

Oglądając Ifigenię Pawła Wodzińskiego wystawioną w bielskim teatrze, trudno nie wspomnieć o krakowskiej Ifigenii. Nowej tragedii sprzed sześciu lat. Michał Zadara z Pawłem Demirskim „przepisali” motyw ofiarowania dziewicy w zamian za powodzenie militarnej kampanii z wersji Racine’a. Paweł Wodziński sięga wprost do Eurypidesa, w znakomitym przekładzie Jerzego Łanowskiego, brzmiącym zadziwiająco współcześnie. Sucho, ostro, zwięźle, bez ozdobników. Reżyser zrezygnował z partii chóru, co na dobre wyszło psychologii postaci. W obu spektaklach osadzono akcję we współczesnych realiach. Tam – w bliskowschodniej bazie wojskowej, tu – w centrum politycznego dowodzenia, czy raczej siedzibie rządowego sztabu kryzysowego. W obu ważną rolę przypisano nowoczesnej technologii komunikacji: tam mieliśmy teksty wyświetlane na telebimach, tu dostaliśmy wideo na monitorach. W uproszczeniu te paralele sprowadzają się do szeroko rozumianej pacyfistycznej wymowy. Co więcej, do rezygnacji z kategorii tragizmu, definiowanego najprościej – jako konflikt równorzędnych wartości moralnych. Konflikt? Jaki? Gdzie te idee i czyste dążenia bohatera, gdzie te siły wyższe (są raczej siły rządzące się najniższymi instynktami!), gdzie klęska szlachetnej jednostki, jakie moralne racje?

W bielskim przedstawieniu ciasną przestrzeń gry dodatkowo ograniczają widzowie. Co właściwie robią w tym centrum dowodzenia? Na razie tylko patrzą. Wodziński mówi – kończy się era pośredniego uczestnictwa w polityce – pochłonie was szał, ulica, mord. Jest jak prorok przepowiadający zagładę bezpiecznego, poukładanego świata, w którym mieliśmy udział przez medialne relacje. W odróżnieniu od Kalchasa nie ma propozycji, jak odwrócić los. W eseju zamieszczonym w programie, przypominając niedawne wypadki w Rosji i na Krymie, Paweł Wodziński pisze: „Ze zdumieniem obserwowaliśmy, jak ideologia konserwatywna została uznana za ideologię państwową […]. Tym, co szczególnie zaskoczyło obserwatorów […], była powszechna nieomal akceptacja działań władz przez rosyjskie społeczeństwo. Mityngi i wiece […] przypominały najczarniejszy okres w historii Europy”. Nie wie, co mogłoby być naszą przebłagalną łanią, za to każe nam uważnie obserwować: „[…] ludzi władzy, polityków, których decyzje wpływają na losy obywateli i którzy są odpowiedzialni za zmianę języka w debacie publicznej na przednowoczesny, barbarzyński bełkot”.

Jacy więc oni są? W gruncie rzeczy nieciekawi: niezdecydowani – szybko zmieniają decyzje, zapalczywi – brak argumentów pokrywają nadekspresją i krzykiem, skorzy do rękoczynów – tarmoszą się i kilkakrotnie wzniecają bójki, niszczą sprzęty i demolują siedzibę wodza.

Agamemnona (Piotr Gajos) nie interesuje ani Grecja, ani bogini Artemida – on jest niewierzący w każdym sensie tego słowa. Dobrze zaczyna, spokojnym, zmęczonym tonem mówi, że chciałby przejść życie bez klęsk i sławy. Wygoda i dostatek to jego cele, które polityka miała mu pomóc osiągnąć. Przeliczył się jednak. Musi się wygadać, w trakcie monologu powstają decyzje – jedna sprzeczna z drugą – najwyraźniej nie do końca przemyślane, bo przecieki na ich temat doprowadzają ostatecznie do zaostrzenia sytuacji. Słuchający go Starzec (Kuba Abrahamowicz, grający także rolę Gońca) to raczej stale obecny, obserwujący i wyciągający wnioski doradca, czy też spin doktor. Jego spokój i opanowanie stanowią przeciwwagę dla gwałtownych, miotających się w wąskiej przestrzeni konferencyjnego pokoju Menelaosa (Tomasz Lorek) i Achillesa (Sławomir Miska). Poluzowane lub zdjęte krawaty, koszule wypuszczone na spodnie, rozpięte marynarki – jest nerwowo. Widać, że nie czują się tu u siebie, krzykiem pokrywają niepewność. Ten krzyk staje się w końcu zbyt monotonny, a wypowiadane słowa niezrozumiałe. Nie pomaga miażdżenie plastikowych butelek po wodzie czy rozbijanie glinianych tabliczek z wiadomościami do Klitajmestry. Za dużo tego i widz w pewnym momencie obojętnieje.

Ciekawym pomysłem jest natomiast wzmocnienie „rozmowy” przez miarowe uderzanie dłońmi w stół w rytm wykrzykiwanej frazy. Pierwotne, plemienne emocje ogarniają też Ifigenię. Ręcznie imitowane tam-tamy brzmią coraz szybciej, podgrzewając atmosferę, coraz mniej znaczą słowa, coraz więcej wspólne działanie. Z tych emocji wyłamuje się Klitajmestra (Anna Guzik-Tylka), która podnosi głos w ostateczności. Nie potrzebuje krzyczeć nawet w scenie gwałtu, którego dopuszcza się na niej Achilles. Jest damą – w wysokich szpilkach i Ray-Banach – nawet ze zdartą do połowy czarną suknią z odważnym dekoltem na plecach i potarganymi przez agresora rajstopami. To część „politycznej” gry, którą kobiety zmuszone są uprawiać od wieków. Aby osiągnąć ochronę dla siebie i najbliższych, nie tylko wyraża się dyplomatycznie, jest gotowa na wiele kompromisów. W interesujący wątek układają się sceny pomiędzy nią a Agamemnonem. Znakomita, zimna i wyrazista jest jej „mowa rozwodowa”. Opanowany wódz w starciu z żoną chowa się w skorupę komunałów. Najpierw burczy na przywitanie, potem wytrąca jej z rąk kieliszek szampana, bo nie chce pić za przyszłe szczęście córki, czym zdradza się ostatecznie. Już wiemy, że kryzys władzy dotknął go zasłużenie – jest za miękki i za mało przebiegły.

Achilles, prosty żołnierz, daje się owinąć wokół palca kolejnym rozmówcom. Zaskakuje go rozwój wydarzeń – cudem uniknął zamachu. Gdy zbroczony krwią wchodzi do centrum dowodzenia, zdziwiony, że Ifigenii nie da się uratować, mimo wszystko nadal jest pewny siebie. Wtedy ona podejmuje grę. Szermując słowem „Grecja”, uwodzi go ostatecznie. Ifigenia (Daria Polasik) zjawia się w czarnej, rozkloszowanej sukience. Krótko obcięte włosy zdobi opaska z kokardą. Towarzyszy jej kilkuletni Orestes, cierpliwy i skupiony nad swoimi rysunkami, co kontrastuje z agresywnym światem dorosłych. Początkowo i ona próbuje znanych dziecięcych sztuczek, przymilnego tonu, siadania ojcu na kolanach. Te jednak zawodzą. Zmienia więc taktykę i stopniowo wchodzi w ramy rodzącej się w Aulidzie ideologii, która czeka już niemal gotowa w umysłach wojowników żądających jej śmierci. Ifigenia przyjmuje ich reguły. Wychowała ją przecież silna Klitajmestra, której styl naśladuje. Czy początkowo chce jedynie prześcignąć matkę, która „rządzi tylko w domu”?

Kwestia równościowa zajmuje reżysera tylko w takim stopniu, w jakim ideologię przemocy i nienawiści ostatecznie formułuje kobieta – pragnąc dorównać, a nawet przewyższyć ojca, wuja, niedoszłego męża – żeby jej życie, a zwłaszcza śmierć, nabrały samoistnego znaczenia. Monolog Ifigenii to bezlitosna wizja odrodzenia się nacjonalizmu. Patrzymy z przerażeniem, jak rodzi się ona w jej psychice. Najpierw nieśmiało, potem z coraz większą pewnością w głosie, przekonuje do „jedynie słusznej sprawy”. Nie dzieje się to bez oporów, co pewien czas zadrży jej głos, plecami wstrząśnie dreszcz, ale wreszcie jej postawa się zmienia, sylwetka dostojnieje – widać już, że liczy się tylko ojczyzna. Bardzo wiarygodna przemiana udała się młodej aktorce. Patrząc, odczuwamy ten sam zimny pot i gęsią skórkę, jak oglądając Kabaret Boba Fosse’a, gdy śliczny blondynek na wiejskim pikniku śpiewa romantyczną piosenkę, a poczciwi zdawałoby się obywatele dostrzegają w tym moc i siłę odwiecznej Germanii, unosząc ręce w hitlerowskim pozdrowieniu.

Gdy w finale spektaklu spin doktor rzeczowo przedstawia narodziny politycznego mitu, obrazy agresji tłumu nie słabną, choć sytuacja powinna być opanowana. Patrzmy więc, obserwujmy polityków, a może wytropimy ofiarną łanię? Nie tylko w rodzinnym mieście posła Stanisława Pięty warto stawiać pytanie o granicę, do której można się posunąć, wypełniając wolę ludu.

Teatr Polski w Bielsku-Białej
Ifigenia wg Ifigenii w Aulidzie Eurypidesa
tłumaczenie Jerzy Łanowski
reżyseria i scenografia Paweł Wodziński
kostiumy Agata Skwarczyńska
muzyka Stefan Węgłowski
multimedia Bartłomiej Kubica
premiera 31 maja 2014