3/2015
Obrazek ilustrujący tekst Teatr gestów

Teatr gestów

 

Lubię, jak Marcin Kościelniak jest złośliwy. Nie mogę się doczekać, kiedy, wyprowadzony z równowagi swoim ulubionym teatrem „młodych niezdolnych”, ponakłuwa w nim parę balonów, tak jak to zrobił ze starszymi reżyserami – Krzysztofem Warlikowskim czy Janem Klatą. Jego uwagi na „nie” są zwykle w punkt i wiele zawdzięczają sarkastycznej nucie – mówią często więcej o teatrze, który uprawia dany artysta, niż pochwały; to nie jest czepianie się szczegółów, zawsze chodzi mu o generalia. Nie nadużywa złośliwości, podobnie zresztą jak nie wychwala ponad miarę, nie gani, nie szydzi. O tym, że Sen nocy letniej Mai Kleczewskiej czy Sprawę Dantona Jana Klaty ma za świetne przedstawienia, dowiadujemy się z recenzji kolejnych premier twórców, bo w relacji z danego spektaklu skupia się na niezbywalnej mu konieczności zrozumienia reżysera, a nie na mnożeniu przymiotników.

To, co pisze, jest wyważone, wynika z głębszego namysłu i szerokiej perspektywy, jaką daje mu wytrwałe oglądanie i pisanie o teatrze. Nie przyszedł z mediów, w których, by się utrzymać przy pracy, trzeba co rusz ogłaszać, że coś jest „naj”, że właśnie dokonała się rewolucja czy byliśmy świadkami niesłychanego skandalu, albo opowiadać anegdoty i silić się na dowcip. Przyszedł z uniwersytetu (krakowskiego), gdzie obowiązuje jednak dyscyplina umysłowa, i z czasopism, które choć mają swoją hierarchię wartości, to ich celem nie jest uprawianie środowiskowej polityki. Jest zastępcą redaktora naczelnego „Didaskaliów” i recenzentem „Tygodnika Powszechnego” – i stąd głównie pochodzą teksty zebrane w tomie Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Może też dlatego ogłoszenie przez niego kolejnego pokolenia reżyserów w polskim teatrze, którzy tworzą określoną formację światopoglądową i estetyczną, i ustawienie ich w roli następców „młodych zdolnych”, „młodszych zdolniejszych”, nie nabrało na razie takiego rozgłosu jak niegdysiejsze „chrzciny” Jerzego Koeniga czy Piotra Gruszczyńskiego. Ale czas pracuje na jego korzyść, jego „podopieczni” wciąż dużo reżyserują, jest o nich głośno, tworzą nurt główny. Marcin Kościelniak jest jednym z nich w sensie pokoleniowym, wygląda też na to, że po drodze mu z nimi nie tylko ze względu na wspólnotę doświadczeń, ale i gusty; z pewnością jest po ich stronie – bardziej jak Gruszczyński niż jak Koenig w stosunku do przez siebie kreowanych generacji.

Zresztą te dystanse (krytyk – artysta, twórca – widz czy społeczeństwo) dawno się już poskracały. Obiektywizm Marcina Kościelniaka – moim zdaniem – wynika z czego innego niż dystans do artysty, którym się zajmuje, czy ukrywanie własnego „ja”. Interesują go długie procesy, konteksty szeroko rozumianej kultury i życia społecznego. W takich ramach umieszcza twórców, o których pisze. Tak było z Helmutem Kajzarem, któremu poświęcił rozprawę doktorską i wydał jako monografię Prawie ludzkie, prawie moje. Teatr Helmuta Kajzara (Korporacja Ha!art, Kraków 2012), tak jest i w „Młodych niezdolnych” i innych tekstach o twórcach współczesnego teatru. Dlatego tych artystów uznał za ciekawych, że coś znamionują, a nie że stworzyli kilka błyskotliwych spektakli. Najnowsza książka to nie jest zbiór przedruków recenzji ułożonych chronologicznie od 2006 do 2014 roku. Kronikarstwo teatralne nie interesuje Kościelniaka, on nam ze swoich tekstów nie układa panoramy współczesnego polskiego teatru (choć mogą służyć „rozpoznaniu [jego] złożonego krajobrazu”), ale stawia diagnozę zjawisk, które dostrzega w kulturze i społeczeństwie, chodząc do teatru. Tam, gdzie brakuje mu materii, dopisuje na użytek książki obszerniejsze teksty (Mała i wielka narracja, Widz zgwałcony i widz wyemancypowany) czy nieco przeredagowuje recenzje, by wzmocnić syntetyczny zamysł tomu, dać wyraz temu, co się wydarza w teatrze na przykład w stosunku do ciała, historii, klasyki literackiej, a co może być symptomatyczne nie tylko dla teatru. Partnerami Kościelniaka w debacie o teatrze są reżyserzy – nie pisarze, nie aktorzy, nie inni jego twórcy. Choć zwraca uwagę na silną w tym pokoleniu pozycję dramaturga u boku reżysera, ludzi klawiatury wzywa do tablicy rzadziej. Utrwala obraz polskiego teatru jako teatru reżyserskiego. Niby taki on i jest… Ale czy nie warto uruchomić innych perspektyw w pisaniu o teatrze? Nie myślę o teoriach kultury, które Marcin Kościelniak chętnie przywołuje, popadając w naukowy żargon, ale o perspektywie aktora, zespołu aktorskiego (to zupełnie inna kategoria, na którą zresztą autor się powołuje, pisząc o sile Starego Teatru czy Teatru Polskiego we Wrocławiu, a słabości danej reżyserii), scenografa, muzyki, mediów… wreszcie widza. Rozumiem, że w krótkim, pisanym tuż po premierze tekście trudno to pomieścić, ale skoro komponuje się tom, można by te perspektywy (zaznaczone w recenzjach!) rozbudować, krzyżować.

W dobie wszechobecnego obrazu, także ruchomego, czytelnik czy widz być może w mniejszym stopniu oczekuje od krytyka utrwalenia w opisie tego, co na scenie. W każdej chwili można kliknąć kilka razy i znaleźć fotografie ze spektaklu, zapisy filmowe, materiały reklamowe. To ogólnie dostępna wyprawka każdej już premiery. Ale to chyba nie z tego powodu w recenzjach Marcina Kościelniaka nie znajdziemy zbyt wielu opisów ról, elementów inscenizacji czy poczciwego streszczenia akcji (a umie to robić!). On nie pisze dla czytelnika, który nie widział spektaklu (na zachętę czy dla przestrogi), nawet nie dla widza, który był w teatrze i szuka konfrontacji wrażeń, ale wdaje się w dyskusję z reżyserem. Ma rozpoznanie nie tyle spektaklu, ile gestów reżyserskich – i chce o nich mówić. To go tak naprawdę zajmuje! „Gest” to bodaj jego (także innych z tej generacji) ulubiony termin i wcale nie przynależy już sztuce aktorskiej. To może być pułapka komunikatywności z czytelnikiem, co mu wypunktował tyleż metodycznie, ile dowcipnie Henryk Markiewicz, odnosząc się do recenzji z Pocztu Królów Polskich Krzysztofa Garbaczewskiego i Marcina Cecki w Starym Teatrze. Polemika toczyła się w „Tygodniku Powszechnym”.

Czas napisać, kto to są „młodzi niezdolni”, co zbiera książka Marcina Kościelniaka, dlaczego firmuje ją biało-czerwona okładka, z fotografią w centrum, na której dziewczyna rozrywa czerwony kostium. Czy w ręku trzyma białą kartkę, czy biały strzęp stroju? Jej usta są rozchylone w krzyku, śpiewie czy w uniesieniu?

„Młodzi niezdolni” to reżyserzy urodzeni na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, dla których punktem odniesienia, pomagającym w formacji, najczęściej przez negację, był teatr Krzysztofa Warlikowskiego (rocznik ’62). Tak jak pokolenie Warlikowskiego było „ojcobójcze” w stosunku do Krystiana Lupy czy generacja Jerzego Grzegorzewskiego i Izabelli Cywińskiej w stosunku do ich mistrzów. Dynamikę sztafety pokoleń Marcin Kościelniak przedstawia jako wciąż żywe zjawisko na każdej zmianie, stąd po rozdziale poświęconym Michałowi Borczuchowi, Michałowi Zadarze, Monice Strzępce i Pawłowi Demirskiemu, Krzysztofowi Garbaczewskiemu i Marcinowi Cecce, Wiktorowi Rubinowi i Jolancie Janiczak następuje część z nieco starszymi Kleczewską i Klatą w roli głównej („Nie rozstrzygam, czy można mówić tutaj o nowym pokoleniu, jednak te kilka lat […] ma być może swoje znaczenie”). W poszukiwaniach bliżej im do „dziadka” Lupy niż do „ojca” Warlikowskiego. Podobnie jak Krystianowi Lupie, bliskie im są sfery kryzysu, kompromitacji, nawet bełkotu, brudzenia formy teatru, złej reżyserii, niepodobania się, nudy, strategii przeciw historii i obok decorum, wszelkich zakłóceń i pęknięć przekazu, wreszcie transgresji, dzikości. Każdy robi to swoim językiem i to jest przedmiotem analizy Marcina Kościelniaka. Choć wbrew swemu pokoleniu kreator „młodych niezdolnych” formuje hierarchię w grupie. Układ portretów w galerii nie podlega alfabetowi czy innemu obiektywnemu porządkowi. To, kto następuje po kim, odzwierciedla upodobania autora. „Nikt dziś nie robi teatru tak nieprzebojowego, misternego i uwrażliwionego jak Michał Borczuch. Dobrze, że we wrocławskim Teatrze Polskim odnalazł dla siebie zespół i schronienie”. To wyznanie i retoryczny wyraz troski pointuje pierwszy portret.

Coraz szybciej odbywa się następowanie pokoleń, jeśli wierzyć teatrologom, ale też teatr przyspieszył. Oglądani dziś Oczyszczeni Warlikowskiego (premiera w 2002 roku) to wciąż dobrze zrobiony teatr, ale poczciwy, niemal rozrywkowy. Podobnie było z aktorstwem granego równie długo Bzika tropikalnego Grzegorza Jarzyny – kosmos estetyk w stosunku do tego, co aktorzy robią teraz w TR Warszawa czy w Nowym Teatrze.

A ta dziewczyna na okładce to Justyna Wasilewska, Balladyna w spektaklu Garbaczewskiego i Cecki. Zjawiskowa aktorka, jedna z emblematycznych twarzy „młodych niezdolnych”. Choć piękna i zdolna, nie po to jest na scenie, by się podobać. I to zdjęcie doskonale to chwyta (nawet trudno ją rozpoznać). Jej ciało wydaje się po przejściach, choć nie jest obnażone w seksistowski sposób, ale jednak uprzedmiotowione, poddane opresji, ale i wyzwolone. Ma moc. Spod jej stóp bije blask. Mogłaby krzyczeć: „Ogniu, krocz za mną!”. Marcinie, dlaczego piszesz o niej takim językiem?! „Wulgaryzmy są tu na miejscu: są feministycznym, ostrym i brutalnym narzędziem demontażu patriarchalnej matrycy kolonizującej kobiecość. Balladyna wszak […] w drugiej części spektaklu staje się kołem zamachowym dla retoryki przeciwpatriarchalnej i, co za tym idzie, antynarodowej”.

autor / Marcin Kościelniak
tytuł / „Młodzi niezdolni” i inne teksty o twórcach współczesnego teatru
wydawca / Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
miejsce i rok / Kraków 2014

krytyk teatralna, wykładowczyni UKSW, kierowniczka literacka Wrocławskiego Teatru Współczesnego (2012-2015), znawczyni twórczości Jerzego Grzegorzewskiego.