3/2015

Niedźwiedzia przysługa

Szalbierz Györgya Spiró, wystawiony przez Gábora Máté, robi wrażenie satyry na zespół Teatru Dramatycznego, który, z wyjątkami, gra jak na zapadłej prowincji. Węgierski reżyser też cudów nie dokonał.

Obrazek ilustrujący tekst Niedźwiedzia przysługa

fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Szalbierz to legenda polskiego teatru, ujawniająca jego cienie i blaski. Sztukę napisał w 1983 roku jeden z największych znawców polskiej kultury za granicą – György Spiró, węgierski pisarz i dramaturg, autor Iksów i Mesjaszy. Niestereotypowe i naruszające tabu powieści o meandrach polskiego teatru czasów Królestwa Kongresowego oraz o Mickiewiczu, towiańczykach i Wielkiej Emigracji powinny znaleźć się na liście lektur obowiązkowych. Szalbierz jest rozwinięciem jednego z epizodów Iksów – sztuką z Wojciechem Bogusławskim w roli tytułowej.

Węgierskiemu autorowi należy się za to wieczna chwała, ponieważ po dwutomowej biograficznej książce profesora Zbigniewa Raszewskiego nawet w Polsce mało kto interesował się dotarciem z historią twórcy polskiego Teatru Narodowego do szerokiego odbiorcy. Tymczasem teatralny portret Bogusławskiego intryguje złożonością jego życiorysu, który odbija dramatyczną historię upadku I Rzeczpospolitej – zaborów, czasów napoleońskich i Królestwa Kongresowego. Spiró najbardziej interesował się zwłaszcza tym ostatnim okresem. Niebanalna była jego motywacja. Ostra cenzura „gulaszowego komunizmu” uniemożliwiała jakiekolwiek próby pokazania degrengolady węgierskiej inteligencji pod rządami towarzysza Janosza Kadara i kontrolą Moskwy. Tymczasem życie w kraju, gdzie sklepy były pełne salami i tokaju, nie należało do przyjemności. Dla wyrobionych odbiorców użycie polskiego kostiumu historycznego było czytelne, ponieważ zarówno Węgry Kadara, jak i PRL Jaruzelskiego kojarzyły się z Królestwem Kongresowym zależnym od Moskwy i okupowanym przez Rosję. Wraz z książką, zarówno w Budapeszcie, jak i Warszawie, powróciły pytania o niepodległość i autonomię, a także moralną ocenę elit. Spiró wyręczył naszych pisarzy, którzy zgodnie z duchem obowiązującego mitu romantycznego – może poza Marianem Brandysem, autorem Końca świata szwoleżerów – niechętnie podejmowali temat kolaboracji czołowych polskich postaci z rosyjskim okupantem. Obowiązywał wszak schemat z Mickiewiczowskich Dziadów, gdzie tylko nieliczni wyłamywali się z romantycznego paradygmatu antyrosyjskiego spiskowania.

Ironią losu było to, że przeciwko publikacji sztuki Spiró i w obronie „szkalowanej polskości” występował hungarysta Jerzy Robert Nowak – w czasach rządów generała Jaruzelskiego żyjący blisko z komunistycznym reżimem, dziś zaś związany z toruńskim radiem ojca Rydzyka. Był w swoich działaniach tak skuteczny, że chociaż do premiery Szalbierza doszło w 1987 roku, jej twórca nie mógł przyjechać do warszawskiego Ateneum.

Sztuka miała znakomite przyjęcie. W Ateneum Bogusławskiego zagrał Jerzy Kamas. Jednak do historii przeszła kreacja Tadeusza Łomnickiego, który wystąpił w telewizyjnej realizacji Tomasza Wiszniewskiego (1991). Łomnicki, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów XX wieku, wyrzucony przez swoich byłych partyjnych przyjaciół z „robotniczego” Teatru Na Woli, odkupujący swoje polityczne winy – poczynając od gestu oddania legitymacji PZPR, tułający się od teatru do teatru, idealnie odnalazł się w historii Bogusławskiego u schyłku kariery. Bogusławskiego niewolnego od negatywnych skutków życiowych kompromisów, ale wciąż wiedzącego o teatrze wszystko.

Zarabianie na chałturze

Ponieważ Szalbierz został w Teatrze Dramatycznym wystawiony na jubileusz 250-lecia teatru publicznego w Polsce, trzeba dodać, że wydarzenia opisane przez Spiró są fikcyjne i zaczerpnięte z biografii innego aktora. Jednocześnie dobrze odbrązawiają historię polskiego teatru pod zaborami. Tym razem, na przykładzie polskiej sceny w Wilnie, gdzie grany przez Witolda Dębickiego Bogusławski przybywa bynajmniej nie po to, by krzewić narodowego ducha, tylko po to, by zarobić na chałturze i spłacić długi. Jego kontrpartnerem jest dyrektor Każyński (Sławomir Grzymkowski), któremu również zależy na kasie. To oportunista w każdym calu, który kocha władzę, sławę i pieniądze. Nie ma cienia wątpliwości, by zabiegać o dotację u rosyjskiego Gubernatora. Właśnie z myślą o tym zaprosił na uroczysty wieczór Wojciecha Bogusławskiego. Jego gwiazdorski występ ma zatuszować żenujący poziom aktorskiego zespołu.

Trudno podejrzewać, że Gábor Máté – którego Tadeusz Słobodzianek zaprosił do Warszawy również dlatego, że obecny szef artystyczny Katona József Shínház w Budapeszcie wystawił jego Naszą klasę – chciał zrobić szefowi Dramatycznego krzywdę. Ale na pewno mu nie pomógł, zwłaszcza w kontekście burzliwej debaty na temat poziomu sceny kierowanej przez Słobodzianka. Potwierdziło się, że literatura, którą tak bardzo, bo ponad reżyserów i reżyserię – z wyjątkiem własnej – ceni sobie szef warszawskiej sceny, na scenie żyje własnym życiem. Oglądając stołecznego Szalbierza, trudno nie połączyć ukrytego celu Bogusławskiego ze sztuki Spiró – z efektem pracy Máté. Założyciel Teatru Narodowego, widząc niski poziom wileńskiego zespołu oraz serwilizm dyrektora, postanowił zrobić kiepskim komediantom psikusa i od razu po spektaklu wyjechać z Wilna. Máté wyjechał do Budapesztu, zostawiając Teatr Dramatyczny ze spektaklem anachronicznym pod względem gry aktorskiej, z prowincjonalnym kostiumami – pokazującym, że aktorzy dla pieniędzy, pracy w stolicy oraz świętego spokoju zrobią wiele więcej, niż warto.

Warszawski jubileusz

Wracając po dłuższej przerwie na widownię Dramatycznego – do częstszego bywania tam zniechęciły mnie spektakle Operetka oraz Młody Stalin – poczułem się jak na początku lat osiemdziesiątych, gdy Dramatyczny dogorywał po usunięciu z dyrekcji Gustawa Holoubka, zaś zespół został mocno przetrzebiony. Było przygnębiająco i smutno. Są teraz oczywiście w zespole Dramatycznego aktorzy, których nie pogrąży nawet najgorszy reżyser, gdy dobrzy funkcjonują wyłącznie na konkursowej liście dyrektora Słobodzianka, konsultowanej przez niego wyłącznie z samym sobą.

Wśród aktorów trzeba wymienić Małgorzatę Rożniatowską, Agnieszkę Warchulską czy Sławomira Grzymkowskiego. Generalnie jednak nie ma co zazdrościć im aktorskiego zadania, bo Máté proponuje satyrę z brodą – balet przerysowanych minasów i chichotów, godnych prowincjonalnych wystawień Gogolowskiego Rewizora.

W tej, pożal się Boże, zbiorowej kreacji zagrywają się zwłaszcza Mariusz Drężek i Piotr Siwkiewicz, ale, niestety, również Andrzej Blumenfeld. Żałość ogarnia, gdy patrzy się na spadającego z krzesła Siwkiewicza albo Grzymkowskiego, gdy musi bawić widzów w stylu pana Czesia z Właśnie leci kabarecik Olgi Lipińskiej. Kamil Siegmund w roli Rybaka, romantycznego, spiskującego poety, wylewa na scenę wiadra taniego sentymentalizmu. Drugi plan, zwłaszcza robotnicy teatralni, grani są w stylu socrealistycznych typów ze sztuk Tadeusza Słobodzianka.

Witold Dębicki nie stworzył kreacji. Ale na tle kolegów prześcigających się w tanich efektach wystarczy zachować się i zagrać porządnie. To właśnie dzięki Dębickiemu oglądamy najciekawsze fragmenty przedstawienia, w których Bogusławski drwi z dyrektora Każyńskiego i tłumaczy, jak zafałszowana jest jego wizja pracy w teatrze.

Pierwszy akt rozgrywany jest praktycznie na nagiej scenie, bo scenografia ograniczona została do stołu, krzeseł, sofy i wieszaków na kostiumy. W drugim akcie oglądamy rozmowę Każyńskiego z Gubernatorem, wystylizowanym na współczesnego technokratę, a także aktorski balet z błazeńskimi makijażami. Gwoli ścisłości, trzeba dodać, że publiczność – nie robiąca wrażenie hipsterskiej, środowiskowej – choć nie wypełniła sali Dramatycznego, robiła wrażenie zadowolonej, czemu dała wyraz również brawami. Już na zawsze pozostanie tajemnicą, czy nie lepiej przyjęłaby lepsze aktorstwo. Czy nie lepszy efekt przyniósłby spektakl lepiej wyreżyserowany i niewymuszający śmiechu żartami na temat polskiego zamiłowania do wódeczki?

Pouczający jest finał. Chociaż Bogusławski starał się zrobić w wileńskim teatrze małą rewolucję, efekt jego działań okazał się odwrotny. Zblatowany z władzą dyrektor Każyński nie tylko uratował stołek, ale i dostał za swój serwilizm zwiększoną dotację. I to on, a nie Bogusławski, wyrasta na tytułową postać sztuki, czyli szalbierza. Smutna to szkoła obłudy, ale godna Molierowskiego Świętoszka i 250-lecia teatru publicznego w stolicy.

Teatr Dramatyczny w Warszawie
Szalbierz Györgya Spiró
tłumaczenie Jolanta Jarmołowicz
reżyseria Gábor Máté
scenografia Balázs Cziegler
kostiumy Anni Füzér
premiera 10 stycznia 2015

krytyk teatralny i dziennikarz „Rzeczpospolitej”, redaktor „Teatru”.