7-8/2015

Dobroczynny cień

Że należy czytać Jerzego Stempowskiego, wiedziałem. Metodycznie zabrałem się do lektury, gdy dotarło do mnie, jak wiele uwagi poświęcił mu Jerzy Timoszewicz.

 

1.

Koniec roku 2014 był prawdziwym festiwalem Jerzego Stempowskiego.

W ciągu kilku miesięcy, w krótkich odstępach, nakładem Biblioteki „Więzi” ukazały się: drugie wydanie dwutomowego Notatnika niespiesznego przechodnia, W dolinie Dniestru. Pisma o Ukrainie, „Bez tytułu” oraz inne publikacje nieznane i zapomniane 1925–1939. Natomiast Instytut Książki w pęczniejącej serii „W kręgu paryskiej »Kultury«” wydał tom Po powodzi. Eseje i dzienniki podróży w wyborze i opracowaniu Magdaleny Chabiery. Jeśli do tego dodać, że w roku 2012, gdy ukazało się pierwsze pełne wydanie Notatnika…, „Zeszyty Literackie” wznowiły Ziemię berneńską w tłumaczeniu Andrzeja Stanisława Kowalczyka, a na początku dekady, w 2010 roku, ukazały się trzy tomy korespondencji z Marią Dąbrowską – to mamy całkiem imponujący zestaw tylko za ostatnich pięć lat.

Przez wiele lat narzekano na złą obecność Stempowskiego w gospodarstwie polskiej literatury. To się zmieniło. Wreszcie polski czytelnik ma wybór, tylko sięgnąć ręką na półkę. Lata nieobecności (z powodów cenzuralnych) jego pisarstwa spowodowały, że polscy czytelnicy częściej mieli do czynienia z uczniami „szkoły Stempowskiego”, adeptami sztuki eseju. Dziś tamte teksty tracą nieco smak, nawet jeśli wyszły spod pióra kandydatów do Nagrody Nobla. Lektura esejów Stempowskiego jest jak podróż w górę rzeki, do źródeł. Znakomitym przewodnikiem w tych wyprawach okazał się Jerzy Timoszewicz.

 

2.

Jerzy Timoszewicz większość swoich prac edytorskich w ciągu ostatniego ćwierćwiecza poświęcił twórczości Jerzego Stempowskiego. Pracowitości redaktora zawdzięczamy dwa tomy Szkiców literackich – wydanych najpierw w 1988 (jeszcze z ingerencjami cenzury) – wznowione w 2001 roku. Następnie Felietony dla Radia Wolna Europa (1995). Przyjemnością dla miłośników teatru był tom Pamiętnik teatralny trzeciej klasy (1999), zbierający rozmaite teatralia. W ostatnich latach Notatnik niespiesznego przechodnia i – dość niespodziewanie – tom tekstów „Bez tytułu”…

Książki przygotowywane przez Timoszewicza mają pewne charakterystyczne cechy wspólne. Zazwyczaj są to tomy wydane w wygodnym formacie, nienadmiernie obszerne. Jeśli materiał tego wymagał, lepiej było wydać dwa tomy, niż publikować jedną cegłę (nie bez kozery J.T. ważył Teatralia kaliskie). Układ treści jest w nich klarowny i prosty, na ogół chronologiczny. Działy wprowadzane są powściągliwie, ze względu na typ wypowiedzi lub jej temat. Na edytorskie ego miejsca nie ma.

Jako edytor Timoszewicz był znany z niechęci do przypisów. W książkach przez niego redagowanych pojawiają się właściwie tylko wtedy, gdy są niezbędne dla wygodnego czytania. Na ogół, gdy trzeba przetłumaczyć obcojęzyczną frazę. Bardzo rzadko dotyczą osób, a jeśli już, to z daleko posuniętą oszczędnością – tylko informacje niezbędne do zrozumienia sytuacji w danej chwili. Z wdzięcznością pomyśli o takim redaktorze każdy czytelnik jakiegoś wydania krytycznego, gdzie w przypisie do wzmiankowanego nazwiska zawarto całą skomplikowaną biografię danej osoby, ale bez informacji, dlaczego akurat teraz pojawia się w tekście.

Zamiast przypisów są noty. Po lekturze not widać, jaka drobiazgowa, mrówcza praca towarzyszyła przygotowaniu tomu tekstów na pozór nieobciążonego aparatem naukowym. Noty są jednocześnie lapidarne i wyczerpujące. „Spróbuj, koteczku”.

 

3.

Swoim zwyczajem Jerzy Timoszewicz mógł kogoś namówić do pisania biografii autora Pełnomocnictw recenzenta. Stempowskiego. Sam się tego nie podjął, natomiast złożył portret wielokrotny. Pan Jerzy. Śladami niespiesznego przechodnia to zbiór wspomnień i artykułów. Niektóre wspomnienia przyjmuję z ulgą – jak te, że dla niezbyt dużej liczby osób Stempowski miał dobre słowo. Jednak ten tom przede wszystkim dowodzi złożoności losów pisarza.

Utarło się, że przy okazji Stempowskiego rozprawia się o jego wszechwiedzy, o niechęci do czernienia papieru, o skromnym życiu na stare lata. W pierwszej kolejności lektura tekstów Pawła Hostowca – bo trzeba przypomnieć słynny pseudonim Stempowskiego, którego używał, publikując w „Kulturze” – oraz jego przyjaciół daje portret człowieka, który wciąż był ciekawy innych, wciąż dążył do spotkania (był na przykład gotów wybrać się na festyn pośród blokowiska). Nie żyłam samotnie brzmi tytuł wspomnień jego bliskiej przyjaciółki, Miry Zimińskiej. I Stempowski mógłby się pod tymi słowami podpisać. Choć w jego przypadku możliwym tytułem (pewnie sformułowanym zbyt wprost) byłoby: Nie żyłem łatwo.

Uderza – wbrew stereotypowi – osadzenie autora w sprawach życia. Jego rozległą wiedzę – wciąż mu ją ktoś wypominał – uzupełniało doświadczenie życiowe, zbierane na Ukrainie, na zagranicznych uczelniach, wreszcie w pracy dziennikarza, urzędnika rządowego czy pracownika banku. Próbował i rozpoznawał różne ścieżki. Jeśli z pewnych możliwości zawodowych rezygnował, to robił to raczej z własnej woli.

Ten wolny duch, niespieszny przechodzień znał od podszewki choćby sprawy polityki. Co więcej, znajdywał dla tej wiedzy praktyczne zastosowanie. Niekiedy rzecz dotyczyła drobiazgów – gdy u współpasażerów dostrzega buty typowe dla pracowników francuskiego MSZ, co skłania go do sformułowania kilku geopolitycznych uwag. Niekiedy sprawy były bardzo istotne – ślady tego znajdujemy we wspomnieniach jego przyjaciół: pomoc dla pań Micińskich, którym dał kontakt do wysoko postawionych osób, mających w razie czego na pewno im pomóc. I pomogły, w stalinowskiej Polsce! Stempowski pracował wówczas przy wyrabianiu szczotek.

Jest w tych opisanych wyżej sytuacjach pewna aura tajemniczości. Funkcjonowanie w sprawach niedostępnych zwykłemu śmiertelnikowi. Ten rodzaj tajemnicy czyni z osoby Stempowskiego figurę na podobieństwo bohaterów literackich, takich jak – proszę wybaczyć – Sherlocka Holmesa czy Le Carré’owskiego George’a Smileya. A nawet Jamesa Bonda, tylko bez pomocy Q i bez Astona Martina.

 

4.

„W moich oczach systematyka Szweykowskiego jest dziełem mistrza, którego w humanistyce po tym poznać, że ani praw logiki nie narusza, ani praw życia (które bynajmniej prawami logiki nie są). A jej sukces na tym polega, że zdołał jedno z drugim pogodzić. A więc spełnił postulat Stempowskiego”. Nie pamiętałem, że jeden z moich ulubionych cytatów z Raptularza Raszewskiego, osobliwie dotyczący systematyki gatunków literackich autorstwa profesora Zygmunta Szweykowskiego, powiązany jest z osobą Jerzego Stempowskiego. A szukałem tego fragmentu, bo miałem nieodparte wrażenie, że powyższa charakterystyka odnosić się może również do pisarstwa Hostowca, bo właśnie ani praw logiki, ani praw życia…

Niektórzy widzą w Stempowskim projekt nieskończony, niedopełniony, w którym zabrakło dzieła ów żywot zwieńczającego. Gdy teraz mamy szansę czytać teksty z tomu „Bez tytułu”…, a zaraz potem Notatnik niespiesznego przechodnia, dostrzegamy ważne wątki, tematy, do których autor będzie wracał przez całe życie. To Rafał Węgrzyniak zwrócił uwagę, że Stempowski jest rówieśnikiem Waltera Benjamina. Przy ogromnych różnicach, dostrzec można pewne podobieństwa. Po pierwsze rozproszony, rozwichrzony dorobek. Po drugie wspólny temat – analiza mechanizmów współczesnej kultury. Nie przedawniło się znaczenie Pełnomocnictw recenzenta, Kłopotów awangardy czy uwag o polskiej inteligencji. Choć pewnie jasny, wolny od manier prądów intelektualnych język tekstów Stempowskiego stanowi przeszkodę w akademickim uszlachceniu jego twórczości.

 

5.

Pośród różnych dokonań Jerzego Timoszewicza, które zasługują na swoje pomniki czy tylko tablice pamiątkowe – oddzielny pomnik, najlepiej Łuk Triumfalny, należy mu się za prace nad dorobkiem Stempowskiego.

Ostatni przygotowany przez Timoszewicza (wraz z Pawłem Kądzielą) tom „Bez tytułu” oraz inne publikacje nieznane i zapomniane 1925–1939 to swoista niespodzianka. Sam edytor deklarował, że Notatnik niespiesznego przechodnia w pełnej edycji z 2012 roku to ostatnia zredagowana przez niego książka. Niespodzianką są przede wszystkim teksty „nieznane i zapomniane”, rozproszone po przedwojennych czasopismach, opatrywane kryptonimami. Efekt cierpliwego wertowania roczników pism oraz rozległej znajomości życia i twórczości Stempowskiego, co pozwalało identyfikować autorstwo skryte pod licznymi pseudonimami. Niespodzianką są wątki, które w tekstach przedwojennych Stempowski – teraz to wiemy – sygnalizuje, wstępnie opracowuje, by potem jeszcze do nich wrócić.

Jeśli „Bez tytułu”… to niespodzianka, to Notatnik niespiesznego przechodnia – zbiór esejów publikowanych pod tą nazwą w paryskiej „Kulturze” – jest olśnieniem, jakie zdarzają się rzadko. Jedna z tych ksiąg, w której jest wszystko. Nie napiszę, że Notatnik… przywraca miarę rzeczy. To nie tak. Pisanie Stempowskiego może dopomóc w formowaniu własnej miary rzeczy.

 

6.

Gustaw Herling-Grudziński w 1987 roku, po śmierci Konstantego Jeleńskiego, zapisał w Dzienniku pisanym nocą: „W roku 1961, po ogłoszeniu w »Kulturze« naszego wielogłosu o Hostowcu, pisał do mnie Jerzy Stempowski: »Czuję się tym wszystkim bardzo wzruszony i zarazem zakłopotany, bo ambicją moją było raczej pozostanie w cieniu jak pan Chlewaski, co słusznie zauważył Jeleński«. Może Kot »słusznie to zauważył«, bo i jemu bliski był pan Chlewaski, tajemniczy korespondent Couriera, którego »ambicją było przejść przez życie jak życzliwy i dobroczynny cień«”. (Opowieść o Monsieur Chlewaskim można przeczytać w Esejach dla Kassandry czy tomie Po powodzi).

Jerzy Timoszewicz za cel postawił sobie bycie szarą eminencją. Liczne i rozproszone są świadectwa, że zamiar osiągnął. Wpływał, inspirował, pilnował, egzekwował – za co wiele osób jest mu dozgonnie wdzięcznych. Czy zatem uwaga Stempowskiego o Chlewaskim, Jeleńskiego o Stempowskim, wreszcie Herlinga o Jeleńskim – nie odnosi się także do Timoszewicza?