4/2016

Gra pozorów

Konstantin Bogomołow, czołowy rosyjski reżyser średniego pokolenia, podjął w Polsce kolejną próbę stworzenia swojego „antyteatru”.

Obrazek ilustrujący tekst Gra pozorów

fot. Magda Hueckel

Po Lodzie, który szybko zszedł z afisza Narodowego, wyreżyserował w Starym Teatrze Płatonowa. Aktorzy grają kobiety, zaś aktorki mężczyzn. Tytułową postać kreuje Anna Radwan-Gancarczyk.

Bogomołow zwany jest rosyjskim Warlikowskim. W Rosji zasłynął wystawieniem Idealnego męża wg Oscara Wilde’a. Jego bohaterem był kremlowski lider o mafijnych korzeniach, uzależniony od żony biznesmenki i kochanka, byłego ochroniarza, wykreowanego na gwiazdę pop. Bogomołow bezwględnie rozprawił się z hipokryzją i blichtrem noworuskich. Z kolei w Learze. Komedii, pokazywanym m.in. na gdańskim Festiwalu Szekspirowskim, dotknął rosyjskiego tabu, czyli Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Groteskowe political fiction pokazywało scenę tortur na Łubiance i umierającego na raka Leara-Stalina. Odzyskiwał on władzę dzięki córce wracającej do ojczyzny na czele hitlerowskich wojsk!

Spektakle Rosjanina były ozdobą warszawskiego festiwalu teatru rosyjskiego „Da! Da! Da!”. Emocje podgrzewał fakt, że w parze szły cenzuralne (oczywiście po stronie rosyjskiej) problemy z pokazaniem Idealnego męża. Aktorów do Warszawy nie puszczono i odbyła się bezpośrednia transmisja spektaklu z Moskwy. Z kolei premiera Lodu według Sorokina opóźniła się. Niedługo potem spektakl zszedł z afisza, ponieważ nie było widzów. Trzeba dodać, że powstało świetne przedstawienie zrealizowane minimalistycznymi środkami aktorskimi. Było jednym wielkim szyderstwem z mesjanizmu rosyjskiej władzy, którą zdobywa się przemocą, a utrzymuje brutalnie. W spektaklu znakomitą rolę stworzyła Danuta Stenka.

Jednak rosyjski reżyser wyjechał z naszego kraju mocno niezadowolony, o czym poinformował rok temu w wywiadzie dla rosyjskiego „Tieatru”. Krytykował polskich artystów za to, że tkwią po uszy w paradygmacie współczesnych konwencji i nie są przygotowani na czar jego nowej anachroniki. Podkreślił też, że polskich artystów zniewala konieczność wychodzenia na scenę z konkretną misją. Uznał, że wynika to ze skrywanej za maską ironii tragedii, która rozdziera polskie dusze. Nie bez znaczenia jest też kompleks winy, od którego podobno nie możemy się uwolnić. Lód oceniałem bardzo wysoko, jednak diagnozy Bogołomowa są przesadzone. Zawiedziony przyjęciem spektaklu nie rozumiał, że dla zwykłych widzów był po prostu za chłodny i za nudny.

Krakowski Płatonow wywołuje mieszane uczucia, co dobrze ilustruje reakcja widowni. Spora jej część opuściła oglądany przeze mnie trzygodzinny spektakl w czasie pierwszej przerwy, słysząc, że to przerwa jedyna. Jednak część tych, którzy pozostali – nagrodziła aktorów owacją na stojaco.

U Bogomołowa kobiety grają mężczyzn, zaś młodzi starych i na odwrót. Ale reżyser rozbija iluzję niekonsekwetnie. Nie stać go już na tak radykalne środki, jakie zastosował w Narodowym, gdzie aktorzy przez cały spektakl deklamowali tekst z premedytacją cicho, by wybić widownię z rutyny i zmusić do uważnego słuchania. W Krakowie zwyciężyła metoda półśródków.

Tylko pierwsze części aktorskich kwestii wypowiadane są przez aktorów z prowokacyjną nonszalancją wobec realizmu. Na przykład Adam Nawojczyk (Anna Wojnicew) gra znudzenie grą psychologiczną. Mówi w odpychający sposób, byśmy byli pewni, że reżyser zabronił mu się wdzięczyć do widzów. Małgorzata Gałkowska ośmiesza z kolei wyrafinowany ton swojego bohatera Porfirego. Najbardziej radykalna jest Jaśmina Polak. Z całkiem współczesnym akcentem kaleczy nobliwość postaci starego generała Iwana Tryleckiego. Powiedzmy jednak szczerze: albo Bogołomow bał się nudy swojej nowej anachroniki, albo zaprotestowali przeciw niej krakowscy aktorzy. Reżyser nie utrzymuje przez trzy godziny konwencji gry z dystansem i mamy momenty teatru psychologicznego, szczególnie w sekwencjach z udziałem samego Płatonowa oraz Sergieja (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), pasierba Anny Wojnicew. I są to momenty spektaklu znakomite. Szczególnie cieszy radość gry Hajewskiej-Krzysztofik. Wybitna aktorka świetnie parodiuje cechy szczęśliwego małżonka, brylującego w towarzystwie ze swadą i humorem. Niezły z Hajewskiej zalotnik i dusza towarzystwa!

Warto się zastanowić, co przyniosło obsadzenie aktorek w roli mężczyzn i na odwrót. Ważne jest na pewno to, że zrodziła się na scenie Starego nowa refleksja na temat tego, co stanowi kanon kobiecości i męskości.

Bogomołow wyeksponował coraz częstsze u mężczyzn niezdecydowanie i rozdarcie. Chciałoby się powiedzieć, absolutnie anachronicznie, „babskie”. Otóż największą „babą” na scenie jest sam Płatonow. Choć nazywają go Don Juanem, wcale nie czerpie satysfakcji ze swoich podbojów, czyli romansu z generałową Wojnicew i jej synową Sofią. Zamiast odczuwać diabelską radość powiatowego hulaki – jest coraz bardziej rozdarty i niezdecydowany. Nie wie, czego chce. Kaprysi. Anna Radwan-Gancarczyk, pewnie za zgodą reżysera, nie wyzwoliła się ze swoich warunków fizycznych. Dzięki temu pokazała fizyczne piękno mężczyzny, bardziej atrakcyjnego od swoich kochanek. Znając meandry męskiej pychy i interesowności, można powiedzieć, że Płatonow nie zdecydował się na życie z nimi, bo nie były wystarczająco powabne. A już na pewno na tle żony Saszy, granej przez Bartosza Bielenię z włosami spiętymi w mały koczek. Bo czy Wojnicewa Nawojczyka jest piękna? No nie jest! Na marginiesie: oglądamy twardego faceta z brodą i dumnie wyeksponowaną łysiną, który choćby stanął na głowie, pięknisia Płatonowa nie zauroczy!

Podobnie jest z Sofią Zbigniewa W. Kalety. Znakomity aktor stanął na wysokości zadania i zagrał kobietę skrywającą przed mężem i światem tajemnicę miłości do pięknego mężczyzny z najbliższego towarzystwa. Kaleta gra zarówno smutek miłości pozbawionej szans na spełnienie, depresję, której nie może zaradzić czuły mąż, jak i „buzię w ciup”, czyli skromność. Jest w tej roli znacząca przemiana. Kaleta wykorzystuje w niej prywatną, posthipisowską fryzurę. Na początku głaszcze spięte gumką włosy niepewnie. Z czasem jednak zapomina o męskiej brodzie i jako sceniczna Sofia pisze do Płatonowa list, żadający od kochanka ucieczki w nieznane oraz rozpoczęcia nowego życia. Otrzymujemy mocny sygnał, że to kobiety są bardziej zdecydowane od mężczyzn. Długo ważą „za i przeciw”, ale podejmując decyzję – są gotowe na związane z nią konsekwencje. Kobiety, chciałoby się powiedzieć, z męską godnością znoszą razy losu, nie przejmując się jego zmiennościami. Znakomicie widać to w roli Bartosza Bieleni: przecież żona Płatonowa wie o romansach męża, ale cierpliwie czeka, aż jej Misza zmądrzeje, wydorośleje i dojrzeje do ojcostwa. Dodajmy, że nie tylko Płatonow jest w sobie zakochany. Abraham Wiengierowicz Ewy Kaim też pyszni się elegancką fryzurą i snobuje na żydowskiego eleganta. Chociaż brakuje mu inteligencji.

Narzeka się na Płatonowa, a przecież nie do końca słusznie. U Bogomołowa niewiele robi, by „poderwać” kobiety z wiejskiego otoczenia. Jest dla swoich partnerek „mrocznym przedmiotem pożądania”, faktycznym Don Juanem, z którym warto być choć przez chwilę, by zabić nudę prowincji i codzienności. Jednocześnie Płatonow jak diabeł ujawnia słabości innych, ich grzechy bądź grzeszne marzenia, za które trzeba potem słono płacić. Głównie miłosnym zawodem.

W swoim antyteatrze Bogomołow nie rozdziera nad tym szat. Pokazuje ludzką komedię i mydlaną operę, do której amatorzy i statyści pchają się, by poprzebywać choć chwilę w towarzystwie gwiazdy i przeżyć kolorowy zawrót głowy. Ta ludzka komedia jest powtarzana w każdym pokoleniu. Świat bohaterów Czechowa przedstawiony jest przez Bogomołowa jako zamknięta kapsuła lewitująca we własnej czasoprzestrzeni – osobna planeta, z której nie sposób się wyrwać. Bogomołow pokazuje to z przymrużeniem oka. Przez cały spektakl jarzą się w tle sceny żarówki przypominające gwiazdy w ogromie kosmosu. Przelatuje też nad domem Płatonowa papierowy sputnik w prowokacyjnie antyrealistycznej, satyrycznej postaci. Klimat niedającego się pojąć emocjonalnego science fiction podkreśla też śmietnik w pokoju Płatonowa. Mruga żarówkowymi oczami jak żaba-robot, podnosi klapę i każe wyjąć głównemu bohaterowi list od Sofii. Publiczność się śmieje, a trywialność dowcipu ma z pewnością nakłuć melodramatyczny balon, jaki nadmuchały postaci Czechowa.

Reżyser rozgrywa finał jako farsę. To, co wcześniej rozpisane było na festiwal par szepczących po kątach, zbiega się w pokoju Płatonowa w formie wielkiego zlotu jego ofiar. Były flirty i wielkie miłości, a robi się trywialnie. Wszystko w zgodzie z mieszczańską manierą scenografii Larisy Łomakinej, w której obok pięknego kredensu stoją pralka, kuchenka i lodówka. Strzeliste są akty miłości, a kończy się jak zwykle prozaicznie.

Zgodnie z tą logiką zdrowy rozsądek prezentuje od początku Nikołaj Trylecki grany przez Annę Dymną. Aktorka stworzyła jedną ze swoich najlepszych ról w ostatnim czasie. Jej bohater to człowiek, który wie, że nie można przejmować się miłosnymi uniesieniami, bo przecież przeminą. Siostra Sasza krytykowała Nikołaja za cynizm, a on po prostu wiedział, że nie można się angażować w grę pozorów.

 

Narodowy Stary Teatr w Krakowie
Płatonow Antoniego Czechowa
tłumaczenie Agnieszka Lubomira Piotrowska
adaptacja i reżyseria Konstantin Bogomołow
scenografia i kostiumy Larisa Łomakina
premiera 19 grudnia 2015

krytyk teatralny i dziennikarz „Rzeczpospolitej”, redaktor „Teatru”.