4/2016

Może polecimy z tajfunem nad chmury

„Zawsze chodzi o poszerzenie pola widzenia, myślenia, pola walki. To jest laboratorium. I jak to w laboratorium – czasem dokonuje się odkrycia, a czasem robi się błąd. Zdarzają się niepowodzenia. Zresztą: co to znaczy w sztuce niepowodzenie?” – mówi Justyna Wasilewska w rozmowie z Jackiem Cieślakiem.

Obrazek ilustrujący tekst Może polecimy z tajfunem nad chmury

fot. Kuba Dąbrowski

JACEK CIEŚLAK Jak się Pani czuje jako aktorka, która albo przyciągała, albo była przyciągana przez spektakle przełomowe, zawsze głośne, ze względu na skandale i kontrowersje, jakie wywoływały? Jest Pani przecież aktorką z oka cyklonu!

JUSTYNA WASILEWSKA W oku cyklonu panuje kompletna cisza, podczas gdy naokoło szaleje huragan. Nie wiem. Na pewno jestem osobą, która nie boi się ryzykownych działań, może dlatego przyciągam takie sytuacje oraz ludzi dobrze się w nich czujących.

CIEŚLAK Reżyseruje je Pani?

WASILEWSKA Nie. Ale balansowanie na granicy tego, co normalne a co ekstremalne, mądre a idiotyczne, piękne a brzydkie, jest mi bliskie. Czasem nie wiem już, które jest które, bo to się zmienia, dlatego bycie na tej granicy jest ciekawe.

CIEŚLAK A skąd się to wzięło?

WASILEWSKA Oczywiście każdy spektakl ma inną historię, ale to jest chyba forma dziwnego ekshibicjonizmu.

CIEŚLAK A co Panią pchnęło do aktorstwa, do tej sytuacji, w której wywołuje Pani tajfuny?

WASILEWSKA Moje wewnętrzne tajfuny potrzebowały ujścia. Myślę, że teatr jest dla ludzi świetną okazją do badania siebie i własnych granic. Jest to też forma terapii: wyrzucania z siebie na zewnątrz różnych rzeczy, które w naszym wnętrzu są nie do końca nazwane, sprecyzowane, czasami utajone. We mnie jest dużo ciepłej wody, są częste i głębokie niże z wirową cyrkulacją, a w takich właśnie warunkach powstaje tajfun. Poprzez aktorstwo wychodzi na jaw. Znajduje na scenie dziwne ujście. Na scenie aktor sam dla siebie jest obiektem badań. Tak na to patrzę i z perspektywy czasu widzę, że wszystkie role, jakie zagrałam, posunęły mnie o krok do przodu, niezależnie od tego, jaki był ich artystyczny aspekt. W ten sposób zyskuję więcej świadomości na własny temat. To się też bierze z bycia w innej rzeczywistości. Widocznie na pewnym etapie życia potrzebowałam nie być sobą lub znaleźć przestrzeń do wypowiedzenia się w innej postaci. Przede wszystkim chodziło o emocje. Chciałam znaleźć ujście dla własnych emocji.

CIEŚLAK Czy jak wiele niekonwencjonalnie pięknych kobiet nie akceptowała się Pani?

WASILEWSKA W jakimś sensie tak było. Długo już nad tym myślę i długo walczę o to, żeby się zaakceptować. To wcale nie jest łatwe. W moim przypadku to długi i żmudny proces. Trzeba przestać uciekać przed sobą, a ja od zawsze miałam tendencje do ucieczki albo do tworzenia sytuacji, które wysyłały mnie w inny wymiar, w miejsce inne od tego, gdzie się aktualnie znajdowałam. Moje dzieciństwo to było także budowanie schronów, opowiadanie samej sobie bajek przy fortepianie albo uciekanie na strych. Aranżowałam sobie własne światy, czyli scenografie do jednoosobowych sztuk, które odgrywałam sama przed sobą. Moje marzenia o przyszłości koncentrowały się raczej wokół tego, by stać się kimś innym niż wokół robienia czegoś konkretnego. Z tego też brała się moja wielka fascynacja postacią Camille Claudel. Teraz już wiem, że nie chodziło o to, żeby zostać tak jak ona rzeźbiarką, tylko o to, że za nią stały wielkie emocje, dramaty i euforie: życie między wielkim smutkiem a wielką rozkoszą.

CIEŚLAK Czyli aktorstwo nie było pierwszym wyborem?

WASILEWSKA Kiedy byłam dziewczynką, chodziłam na zajęcia teatralne do Młodzieżowego Domu Kultury. Były ferie zimowe, chciałam zapisać się na garncarstwo, ale w grupie garncarskiej nie było już miejsc. A w teatralnej były. Okazało się, że tam też coś mogę ulepić – nie z gliny, tylko z siebie. Jak tam przyszłam, tak już zostałam i mocno zaczęła we mnie kiełkować myśl, że moją drogą może być teatr. I stał się dla mnie przestrzenią wymarzoną. Za pierwszym razem nie udało mi się dostać na studia nigdzie, ale wiedziałam, że będę próbować do skutku. Za drugim razem udało mi się dostać na filmówkę w Łodzi.

CIEŚLAK A fascynacja Camille Claudel skąd się wzięła?

WASILEWSKA Natrafiłam na książkę o niej i mam ją wciąż. Kobieta Anne Delbée zafascynowała mnie. A kiedy ją czytam teraz, jestem w szoku. Jej język jest taki, że Paulo Coelho to wzór emocjonalnej wstrzemięźliwości. Były tam zdania o tym, że nie uległa nicości, że skały przemawiały do niej, a każde drżenie jej powiek sprawiało, że ziemia wydawała z siebie tchnienie. Padały rekordy emfazy, ale gdzieś mnie ta opowieść ze sobą zabrała. Myślałam, że to książka o mnie!

CIEŚLAK Lidka, którą Pani gra w Męczennikach Grzegorza Jarzyny, też czyta wprost mocne wersy Biblii. Co ciekawe, ten spektakl wywołał różne interpretacje jeszcze przed premierą. Zastanawiano się, czy jest krytyką fanatyzmu, czy też zwraca uwagę na manowce liberalnej demokracji, wskazując na to, że w przestrzeni, gdzie wolno wszystko – rodzi się tęsknota do szukania wiary, Boga i wierności zasadom. Jak Pani odbierała tę sytuację, bo znalazła się Pani, przepraszam za powtórzenie, właśnie w oku cyklonu, bodaj najważniejszego sporu ideowego, jaki obecnie trwa?

WASILEWSKA To już wiem, jak będę się przedstawiać. Justyna Wasilewska – aktorka w oku cyklonu! A mówiąc serio: Grzegorz Jarzyna skonstruował sceniczny świat, zmieniając oryginał sztuki Mariusa von Mayenburga, co przejawia się w charakterze głównej postaci, granej przeze mnie. W sztuce Mayenburga bohaterem jest chłopak, który dorasta, buntuje się. Do tego jest bezczelny, bo przecież z wyrachowaniem wykorzystuje Boga i Biblię jako pretekst do walki ze światem, który m.in. zabrał mu ojca. Grzesiek chciał stworzyć bohaterkę, w którą widzowie mogliby uwierzyć. Chciał nadać jej wierze i oddaniu się Bogu ten rodzaj naiwności i szczerości, który dopiero na pewnym etapie rozwoju postaci staje się fanatyczny, niebezpieczny, a nawet obiektywnie zły. To dobrze, że odnośnie do spektaklu pojawiły się skrajnie różne opinie, bo naszym zamierzeniem nie było dawanie ostatecznej, jednoznacznej wykładni. Bardziej zależało nam na postawieniu pytań.

CIEŚLAK Grzegorz Jarzyna wielokrotnie drążył tematy związane z metafizyką i wiarą, na marginesie religii. Ale jeśli chodzi o publiczny dyskurs na ten temat, pracując nad Męczennikami, zachował się wbrew poprawności politycznej, z którą rzadko kojarzy się przecież marzenie o religijnym ładzie.

WASILEWSKA Nie ma sensu robić rzeczy łatwych. Wydaje mi się, że Grzesiek chciał zrobić spektakl o religijnej charyzmie i o wierze pełnej pasji, a także o szczerej chęci naprawy świata, a jednocześnie o tym, jak niewinnie rodzi się fanatyzm. Granica jest bardzo cienka i łatwa do przeoczenia. Moja bohaterka jest niedojrzała i nie ma narzędzi intelektualnych do przeanalizowania kwestii religijnych, dlatego pomimo dobrych intencji wszystko wymyka się jej z rąk, traci panowanie nad sobą i staje się fanatyczką. Przechodzi na złą stronę. Zrywa dialog, a wtedy zaczyna się opresja. Terror. Wojna.

CIEŚLAK Wcześniej jednak ujawnia problem, który polega na tym, że w naszym liberalnym społeczeństwie nawet zainteresowanie dla spraw wiary jest traktowane z mniej lub bardziej okazywanym lekceważeniem.

WASILEWSKA Mówi Pan o wierze w Boga?

CIEŚLAK Tak. Nawet jak ktoś wierzy, to z wyjątkami, z subiektywną dyspensą od niektórych zasad i rytuałów.

WASILEWSKA Tak. A pewnie w bezkompromisowej postawie jest siła. Postawie wolnej od dzisiejszej płynności wszystkiego. Na pewno konsekwencja w działaniu Lidki jest imponująca. Wyznaje zasady serio, do końca. Pewnie wszystko ułożyłoby się lepiej, gdyby bohaterka nie była tak młoda. Gdyby była dojrzalsza. W naszym przypadku jest pozostawiona sama sobie. Targają nią nieuświadomione emocje dojrzewania, istne tajfuny. Interpretuje je jako siłę wyższą, która wybrała ją do wielkich zadań, ale w najbliższym otoczeniu spotyka ją ostracyzm. Tymczasem do takich osób trzeba podejść w bardzo umiejętny sposób. Nie atakować ich, ale też wyznaczać granice. Próbować zrozumieć i szukać szansy na dialog. Tego dialogu brakuje.

CIEŚLAK Czy to nie paradoks liberalnego społeczeństwa, że przy deklarowanej otwartości na pewne tematy, w tym wiary, jest zamknięte?

WASILEWSKA To prawda, ale patrząc na tę sytuację z innej strony – ciężko jest znaleźć porozumienie z osobą tracącą racjonalny osąd sytuacji, która podpiera się słowami i ideami wyjętymi z kontekstu. A ostatecznie przechodzi z ideowej czystości do jej zaprzeczenia, przypominającego zacietrzewienie islamistów, którzy na pewnym etapie tracą kontakt ze światem.

CIEŚLAK Ale mówi się też o katolickich talibach. Teraz, czyli po wyborach parlamentarnych, ważna staje się też inna kwestia: całkowite zamknięcie się na tych, którzy myślą inaczej. Mamy w pigułce dwie niedialogujące ze sobą grupy. Czyli dzisiejszą Polskę.

WASILEWSKA W gruncie rzeczy chodzi o ten sam mechanizm, choć mam nadzieje, że radykalizm jest jednak mniejszy. Na razie chyba nikt nie zamierza „poświęcić” swojego życia dla idei chrześcijańskiej i zginąć dla niej lub w jej imię zabijać, a przecież to właśnie radykalne oddanie sprawia, że ludzie stają się nieprzewidywalni. My zaś wobec tego jesteśmy bezsilni, bo to rodzi paniczny strach, który jest najstraszniejszym narzędziem ślepego terroru. Nieprzewidywalność. I nieobliczalność. W chrześcijaństwie są niemożliwe. Jednak szczególnie zlaicyzowane chrześcijaństwo bardzo silnie przywiązuje nas do życia tutaj. Perspektywa raju po życiu doczesnym nie jest najważniejsza. Wszystko się skomercjalizowało. Przywiązaliśmy się do rzeczy materialnych. W niedzielę jest chrześcijaństwo i jest centrum handlowe. A wiara w życie pozagrobowe łączy się raczej ze strachem, nie zaś z umiłowaniem Boga, który jest Miłością. To wchodzi w zakres kalkulacji, jakie pojawiają się z wiekiem. Ale nie chcę w to głębiej wchodzić. Każdy ma inaczej.

CIEŚLAK A jakim doświadczeniem był dla Pani udział w Nietoperzu Kornéla Mundruczó, spektaklu o eutanazji, o śmierci na życzenie, biorącej się z cierpienia, jakie trudno sobie wyobrazić.

WASILEWSKA Nie jestem pewna, czy poddałam te wszystkie kwestie wnikliwej analizie, bo byłam zestresowana samym procesem prób w nowym miejscu z nowymi ludźmi. Ale na pewno sam temat wywołał we mnie niesprecyzowany strach. Teraz, gdy myślę o tym, uświadamiam sobie, że jest w Nietoperzu bardzo gorzka diagnoza naszego życia. W tym przypadku – życia bez Boga oraz świata, który w ogóle się nie tłumaczy w żaden sposób. Zaczyna się, rozwija, kończy. I nic więcej nie ma. A jeżeli kończy się bólem, to ten ból trzeba ukrócić, bo też niczemu nie służy, jest bezsensowny. I jeśli można sobie pozwolić na brak cierpienia – to właściwie czemu tego nie robić?

CIEŚLAK Widać w tym spektaklu hipokryzję – rzekomy humanizm naszej cywilizacji i służby zdrowia. Ale jest też głos tych, których eutanazja pozbawiła najbliższych. Głos w sprawie ich cierpienia. I w końcu pragnienie życia za wszelką cenę, tych, którzy nigdy nie cieszyli się pełną sprawnością i pełnym zdrowiem. Myślę o roli Dawida Ogrodnika.

WASILEWSKA I to jest właśnie ważne w Nietoperzu. Zostawia widza bez gotowych odpowiedzi. A na pewno wywołuje wiele kwestii rodzących niepokój we współczesnym człowieku. Kwestii, od których zazwyczaj uciekamy. Jednocześnie każdy jest panem swego losu i nie możemy nikomu nic narzucać, bo nie wiadomo, jak byśmy się zachowali w sytuacji związanej z beznadziejnie nieuleczalną chorobą. Indywidualnie i jako rodzina, bliscy.

CIEŚLAK Trawestując słynne słowa, można chyba powiedzieć, że wszystko w Pani aktorskim życiu zaczęło się od Życia seksualnego dzikich. I Krzysztof Garbaczewski się zaczął w Pani teatrze, i nowa, nienazwana energia. To był na tyle zaskakujący spektakl, że grający w nim Jacek Poniedziałek, aktor o dużym doświadczeniu, nie rozumiał wszystkich intencji reżysera. A inny aktor mówił mi: „Idę grać w spektaklu, którego nawet reżyser nie rozumie”. Ja też mało rozumiałem, pewnie jak większość, ale Pani robiła duże wrażenie. Jak Pani weszła w ten świat? I jak go Pani rozumiała?

WASILEWSKA Jak ja się czułam? Jakbym znalazła się w matriksie. Ale spektakl, który wytworzyliśmy, był produktem ubocznym tego, co się działo w czasie naszego spotkania poza sceną. Spotkania naszych energii, ludzi, którzy wcześniej się nie znali. Myślę, że przypadkowość tego wszystkiego, przypadkowość…

CIEŚLAK Instalacja, która rozgrywała się między wami?

WASILEWSKA Tak, instalacja w nas się dziejąca! Bo instalowaliśmy się codziennie w szarej strefie, to znaczy w sali prób, a potem w postindustrialnej zonie, jaką był zdemolowany warszawski Dom Słowa Polskiego, i właściwie wydarzało się tam wszystko oprócz prób. Oczywiście to przesada. Ale ten spektakl odbywał się trochę naokoło spektaklu. Mieliśmy przerobić na język teatru to, czego nie można było na język teatru przerobić. Dlatego pamiętam z tamtego spektaklu wyjątkową energię – energię wręcz plemienną, bo działaliśmy na antypodach naszej oficjalnej europejskiej kultury. Dom Słowa Polskiego przypominał squat, a my staliśmy się plemieniem anarchicznym, tworzącym sensy, które raz się składają, a raz nie. Ale jak głosi napis na berlińskim murze, który dzisiaj mijałam, idąc na próbę: „ONLY ANARCHISTS ARE PRETTY”. Przypadkowość, o której mówię, była niezwykle cenna. To ona wyznaczyła drogę myślenia o teatrze innym od tego, który znałam wcześniej. Opartym na instynktach, impulsach, a już na pewno nie stanowiącym przemyślanej konstrukcji, mającej wywołać określony efekt. Kiedy o tym mówię, przychodzi mi na myśl Locus Solus według Raymonda Roussela, na podstawie którego powstaje właśnie spektakl z moim udziałem w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego w berlińskiej Volksbühne. Roussel pisał rzeczy kompletnie w jego epoce niedoceniane, niezrozumiane – absurdalne, surrealistyczne, z zamierzenia przypadkowe. Tworzył historie szkatułkowe, często bez konkluzji. To daje efekt bełkotu, który po wnikliwej analizie urasta do rangi geniuszu, coś pomiędzy algebrą abstrakcyjną a Juliuszem Verne’em.

CIEŚLAK Na pewno było w Życiu seksualnym dzikich spotkanie człowieka współczesnego z pierwotnością, która nagle eksploduje w Internecie, w sieci. Przez lata drzemała ukryta i wybucha.

WASILEWSKA To było plemię bez czasu, ale posiadające wiedzę i narzędzia z przyszłości, można by powiedzieć – plemię postprzyszłości, a nie, jak u Bronisława Malinowskiego, plemię przeszłości.

CIEŚLAK Tak. Tym bardziej zaskakująca była ta pierwotność. Cykl, który uważano za zamknięty, otwierał się na nowo. A warunki mieliście trudne. Graliście w wilgotnej hali, taplając się często nago w kałużach na betonie.

WASILEWSKA To był sygnał nieskrępowanej jeszcze niczym młodości, kiedy człowiek lubi się powycierać i umorusać, powymieniać płyny, pogryźć tynk, posmakować ziemi. W tym było coś pierwotnego.

CIEŚLAK To był taki cyberWoodstock.

WASILEWSKA Nigdy nie byłam, ale wyobrażam sobie, że jest tam głośno i błotniście. Na naszych próbach też bywało głośno i błotniście, ale bywało też bardzo cicho, jak w oku cyklonu: niskie ciśnienie, ciepło, spokojnie i cicho. Wiedzieliśmy, że najbardziej burzliwe warunki panują dalej od oka, ale nie baliśmy się tam iść. Wyrażaliśmy się, tworząc plemienne tradycje. To było wspaniałe. Przecież ja przyjechałam wtedy z Łodzi, z Teatru im. Stefana Jaracza, który był przedłużeniem studiów. W Jaraczu grała większość moich profesorów. Traktowałam te pięć lat jako ciąg dalszy szkoły. Dużo się tam nauczyłam, o czym przekonuję się dopiero po latach. Ale spotkanie z Krzyśkiem i z dzikusami było czymś, co odmieniło moje myślenie o robieniu teatru. Poznałam go przez znajomego, trafiłam na próbę spektaklu, w którym nie miałam grać, nagle się w nim znalazłam. Dostałam małą rólkę, jednego z dzikich. Ostatecznie zagrałam partię, którą miała grać inna aktorka. Było to zaskakujące, a jednocześnie naturalne. O takiej energii też był ten spektakl.

CIEŚLAK To było jednocześnie laboratorium przed Balladyną Garbaczewskiego w Polskim w Poznaniu, która wywołała protesty ze względu na Pani performans skierowany przeciwko tradycji. Był też przeklejony na scenę z fasady Teatru Polskiego napis „Naród sobie” w stylistyce niemieckiego gotyku, jak pisano, rodem z Auschwitz. Jak powstawała Pani rola?

WASILEWSKA Scenariusze były różne i przechodziliśmy przez różne fazy. Pierwsza część o livestreamingowym laboratorium modyfikowania ziemniaka oraz natury była w formie filmowej. Wiedzieliśmy, że w drugiej części musi się coś rozwalić: rzeczywistość musi przemienić się w inną! W procesie prób i błędów odrzucaliśmy pewne możliwości, scenariusz powstawał na bieżąco. Balladyna to historia o dziewczynie, która przez swoje chore ambicje za wszelką cenę dąży do władzy, a ostatecznie zostaje pokonana przez swoją naturę i piorun. Ja też walczyłam o swoje, ale w gruncie rzeczy kiedy już przestałam się przesadnie garbić, wyprostowałam się, nabrałam pewności siebie i zaczęłam mówić pełnym głosem – nie wiedziałam, co dalej. Gdy dostałam szansę na nieskrępowaną wypowiedź – zastanawiałam się, o czym tu mówić, jeśli wszystko wolno. Okazało się, że kiedy można wszystko – niewiele można, bo duża wolność czasami paraliżuje.

CIEŚLAK Myślę, że w spektaklu pojawił się wątek bardzo mocno obecny w pierwszych przedstawieniach Garbaczewskiego – kontestacji rodziny, jeśli ma na nas zły wpływ. Postać ojca została ośmieszona. Ale też tradycyjne społeczeństwo, które dla młodych ludzi się nie sprawdza.

WASILEWSKA To były ważne kwestie, ale konstruowały się, mimo wszystko, wobec tematu nadrzędnego, czyli tematu narodu. Czym jest dla nas naród? Jeśli nie właśnie wpojonymi nam w dzieciństwie wartościami: Rotą, Katechizmem młodego Polaka – „Kto ty jesteś? Polak mały”, czyli szacunkiem do historii i przodków. Ale naród jest w nas chory, niekompletny, z nieczystym sumieniem. Ten naród domaga się autorefleksji, a w końcu emancypacji. Był wreszcie temat feministyczny, bo jednak cała sprawa dotyczyła dziewczyny na różnych etapach swojego życia uwikłanej w naród. To kobieta-córka nieobecnego ojca. Córka opresyjnego narodu. Kobieta-królowa, która w imię władzy stała się morderczynią. A w końcu kobieta-aktorka czyli de facto ja. Ja, która chciałam uwolnić się z roli i mówić od siebie! Okazało się, że niewiele mam do powiedzenia. Jedyne, co mogłam zrobić, to przyznać się do słabości i wrócić do odgrywania roli.

CIEŚLAK Dalszym krokiem Garbaczewskiego po Balladynie stał się Poczet Królów Polskich w Starym Teatrze, gdzie zagrała Pani m.in. Mieszka I. Poprzez ten spektakl miał się zmienić Stary Teatr. Miał być wywrócony do góry nogami cały jego kontekst związany z tradycją Krakowa jako historycznej stolicy Polski, Wawelu jako symbolu i sanktuarium naszej przeszłości. Już próby obrosły anegdotą. Anna Dymna opowiadała, że gdy pytała reżysera o to, jak ma zagrać pewną sentencję, Garbaczewski wyjmował telefon, włączał melodyjkę i mówił: „A tak”. Jak wyglądały te nowe formy pracy w Starym?

WASILEWSKA Trzeba próbować, burzyć stare mury, podważać stare historie i konwencje, i szukać nowych metod, nawet jeśli wydają się idiotyczne. Mój bohater Mieszko I był nośnikiem pewnej ważnej myśli, która może dopełnić temat. To chłopiec-książę, który żąda ponownego chrztu, podważając sens tego pierwszego. Domaga się prawdziwej, czystej wiary dla swojego narodu. W wodzie święconej nie odnajduje wyzwolenia, bo Biblia, która wszystko miała odmienić, nie przyniosła jasności, tylko zniewolenie. W rezultacie metaforycznie topił się w świętej wodzie. Dla mnie to wszystko było ekscytujące. Znalazłam się nagle w Starym Teatrze, który jest legendą, i uczestniczyłam w powstawaniu nowego spektaklu. Powstawaniu nowego w Starym.

CIEŚLAK Ale jednocześnie, wy młodzi aktorzy, mieliście obok siebie część zespołu, który się nie odnajdywał w tej nowej sytuacji. Część osób zrezygnowała z udziału w próbach.

WASILEWSKA Krzysiek proponuje taki świat, który nie do wszystkich dociera, nie wszystkich inspiruje do działania i daje napęd. Nie oceniam, czy jest to coś złego, czy dobrego. Tak po prostu jest. Gdy spotykają się ludzie – też mają sobie coś do powiedzenia albo nie. Wymieniają się energią albo są na siebie głusi, zamknięci. A czasem po prostu przestraszeni. Różne są motywacje. A Krzysiek ma niekonwencjonalną metodę pracy polegającą na świadomym braku metody. To jest odważne i wymagające odwagi.

CIEŚLAK Pani czuła się w tym eksperymencie dobrze.

WASILEWSKA To nie jest dobre określenie. Mówimy o tego rodzaju przygodzie, której nie chcę wartościować. Ale zawsze chodzi o poszerzenie pola widzenia, myślenia, pola walki. To jest laboratorium. I jak to w laboratorium – czasem dokonuje się odkrycia, a czasem robi się błąd. Zdarzają się niepowodzenia.

Zresztą: co to znaczy w sztuce niepowodzenie? Zawsze jest to pójście w niewiadome, które przynosi artystyczne efekty… No w oko tajfunu! I nie wiemy, co tam znajdziemy. Może tam jakaś krowa będzie latała? Może wielbłąd? Może polecisz z tajfunem nad chmury i znajdziesz jakiś nowy dom, nowy świat, nowy porządek? A może utoniesz w ciemnych wodach oceanu.

Ta niewiadoma… Ten brak jednoznacznych konkluzji… Płynność tematów, przypadkowość… Mnie to odpowiada. Ja to lubię.

CIEŚLAK Ta „randomowość”, czyli przypadkowość, jest chyba pokoleniowa.

WASILEWSKA Może.

CIEŚLAK Może starsze pokolenie aktorów tego nie łapie?

WASILEWSKA Ale nie: tu nie chodzi o wiek, tylko o rodzaj wyobraźni. Są różni ludzie i mają różną wrażliwość, różnie odbierają różne estetyki. Na szczęście tak jest. Dla Krzyśka to jest naturalne. Dlatego zostają z nim tylko ludzie, których to interesuje i chcą z tego czerpać i to napełniać.

CIEŚLAK Jan Klata rozpoczął swoją dyrekcję od Pocztu Królów Polskich, bo chciał wrzucić granat do wawelskich świętych krypt i zobaczyć, co kryją.

WASILEWSKA Na pewno było to radykalne posunięcie – zaprosić jako pierwszego Garbaczewskiego, który nie robi i nie lubi rzeczy letnich i bezpiecznych.

CIEŚLAK Nastroje zradykalizowały się również u konserwatywnej widowni. Wokół dyrekcji Klaty zrobił się skandal i huk, rozpoczęła się wojna, której plonem były również niewinne ofiary. Bo powiedzmy sobie szczerze, że na tle przekroczeń i festiwalu nagich ciał, jaki odbywa się w polskim teatrze, Do Damaszku, spektakl o ekspiacji artysty, o próbie powrócenia z błędnie obranej drogi – był niewinny. A jednak zdarzył się okrzyk „Hańba!”. Jak to odbieraliście w zespole?

WASILEWSKA Spodziewaliśmy się tego, ponieważ zapowiedź została umieszczona w Internecie. Nie do końca wierzyliśmy, że taki protest może wydarzyć się naprawdę, ale świadomość groźby mieliśmy. Tamtego wieczoru towarzyszyło nam dziwnego rodzaju podniecenie, dlatego od początku graliśmy ze zwiększoną czujnością. Czuliśmy potencjalną obecność wirusa w powietrzu, na sali. A kiedy to już się zdarzyło, też mieliśmy dziwne poczucie – pomieszanie zażenowania, głębokiego smutku ze śmiechem. W sumie nie wiadomo, jak reagować na tak źle ulokowane reakcje, jakie zdarzyły się kilkunastu kontestatorom. Na tak niecelne uwagi. Mocne w formie i kompletnie przestrzelone, nietrafione. Miały siłę, żeby przerwać spektakl, a przecież ogólnie były miałkie. Dlatego nigdy nie czułam się na scenie tak dziwnie jak wtedy. Chciało mi się jednocześnie płakać i śmiać. Byłam zażenowana. Słyszałam w głosach nienawiść i strach ludzi, którzy to zrobili. Oni nawet nie umieli wypowiedzieć słów, jakie sobie przygotowali lub ktoś im przygotował. Tak, tamta manifestacja była wybuchem nienawiści podszytej strachem i słabością. Bo fajnie się jest buntować i oburzać. To daje teatrowi ogromną moc. Wtedy artyści wiedzą, że sztuka działa i ma realny wpływ na rzeczywistość. Tymczasem to nie nasza sztuka działała, tylko czyjeś błędne wyobrażenie.

CIEŚLAK Utożsamienie Doroty Segdy ze świętą Faustyną i nazwanie jej nikim było totalnym blamażem.

WASILEWSKA To, co usłyszeliśmy i zobaczyliśmy, było smutne i zupełnie nietrafione. Już wcześniej umówiliśmy się, że jeżeli podobna sytuacja się zdarzy, będziemy wszyscy się wspierać: wszyscy staniemy razem na proscenium, żeby odpierać ataki. Tak też się stało. Reszta należała do służb porządkowych. Najważniejsze było przeczekać i dalej grać spektakl.

CIEŚLAK Czy to był trudny wybór: zostać w Starym czy przejść do TR Warszawa, gdy padła taka propozycja ze strony Grzegorza Jarzyny?

WASILEWSKA Decyzja o opuszczeniu Starego była de facto decyzją o pozostawieniu Krakowa, co miało osobiste podłoże. Wiedziałam, że nie jestem w stanie żyć w Krakowie, bo nie byłam dłużej w stanie spędzać życia w rozjazdach, w aucie. Po roku spędzonym w drodze pomiędzy Krakowem, Łodzią, Poznaniem i Warszawą stwierdziłam, że muszę znaleźć swoje miejsce i gdzieś osiąść na stałe, żeby się ze sobą spotkać i skomunikować. Tym miejscem na pewno nie mógł być Kraków. To miasto nie działa ze mną dobrze, ani ja z nim. Energia i atmosfera tego miasta jest absolutnie nie moja. Jest dobra na weekend, ale nie na co dzień. Jedyną opcją dla mnie była Warszawa, a to się zbiegło z propozycją Grześka. Bardzo się nią ucieszyłam, choć oczywiście nie chcę porównać Starego Teatru z TR Warszawa. Również dlatego, że każdy z tych teatrów w moim wyobrażeniu był poza moim zasięgiem. Oba te miejsca były dla mnie mityczne i nieosiągalne! A tu nagle dostałam propozycję do jednego mitu, a potem do drugiego!

CIEŚLAK No musiała się Pani poczuć jak ikona swojej generacji! O którą zabiegają dyrektorzy najważniejszych instytucji kultury w kraju. Ironizujemy, ale taka prawda.

WASILEWSKA Na pewno poczułam się doceniona, ale w gruncie rzeczy wszystko to są przypadki, wszystko to jest kwestia znalezienia się w odpowiednim miejscu i czasie. Więcej szczęścia niż czegokolwiek.

CIEŚLAK Grzegorz Jarzyna reżyserując Drugą kobietę, o aktorce, która zmaga się z kryzysem wieku średniego, granej przez Danutę Stenkę, zrobił też spektakl o sobie, o swoim pokoleniu. A Pani w roli młodej dziewczyny stanęła naprzeciw tej generacji ze swoją świeżą energią, która ma wyprzeć ze sceny czterdziestolatków i pięćdziesięciolatków. Czuła Pani klimat ten pokoleniowej konfrontacji?

WASILEWSKA Czułam to siłą rzeczy. To było w roli. Napięcie występowało na linii, o której mówimy: pomiędzy Talią, czyli moją postacią, a Wiktorią, czyli postacią Danki, będącej alter ego Grześka. Emocjonalna siła młodości zderza się z tym, co jest już zamknięte w pewnych ramach, w pewnej konwencji. Chodziło również o to, że dopiero kształtuję swój warsztat, dlatego proponowałam to, co miałam – emocje i swoją energię. Nie zawsze wiedziałam, co z nią robić i w którą stronę ją wypuszczać. To się działo również między mną a Grześkiem, bo nie umiem wykonywać aktorskich zadań z gigantyczną dyscypliną. Jeśli nie da mi się odrobiny wolności, to nie działam dobrze. Dlatego o tę wolność musiałam powalczyć.

CIEŚLAK A nie uważa Pani, że Pani postać została postawiona na pozycji straconej, bo bohaterka Danuty Stenki miała się pozbierać i wygrać, zachować swoją pozycję? Również kosztem Pani bohaterki.

WASILEWSKA Moja Talia była w pewnym sensie odbiciem Wiktorii, jej zapomnianą, czysto emocjonalną częścią. Jej młodością. Tak więc zwycięstwo Wiktorii było również zwycięstwem Talii. Talia musiała odejść, żeby Wiktoria mogła żyć. Mam wrażenie, że stworzyliśmy z Danką i Grześkiem wspólny zbiór. A co się przeniosło na drugą stronę, tego nie wiem, zawsze strasznie trudno mi mówić o spektaklach, których nigdy nie widziałam!

krytyk teatralny i dziennikarz „Rzeczpospolitej”, redaktor „Teatru”.