3/2017

Zbieracze słów

Opowiadacz to komentator rzeczywistości, który nieraz ostrzej niż inni widzi i odważniej artykułuje.

Obrazek ilustrujący tekst Zbieracze słów

fot. Paweł Ogrodzki

„Zaczęło się wszystko od mówienia, a nie od pisania” – podkreślał Miron Białoszewski. Słowo żywe obecne jest przecież we wszystkich praktykach człowieka, pozostaje zasadniczym faktem kulturowym, podstawą ludzkiej komunikacji, drogą prowadzącą od człowieka do człowieka. Mimo że zadomowiło się w przestrzeni Internetu, to wciąż mowa jest podstawowym doświadczeniem porozumiewania się. Jej status został jednak obecnie nadwątlony. To, co jeszcze niedawno pisano o przewadze w życiu społecznym komunikacji ustnej nad zmanipulowanym, niewiarygodnym, bo poddawanym procesom celowego przekształcania przekazem pisemnym1, przestało być aktualne. Żywe słowo także podlega manipulacji, a zaufanie do niego dramatycznie spada. Poprzestanie jednak na takim stwierdzeniu nie tylko byłoby niebezpieczne, ale i graniczyłoby z hipokryzją. Odpowiedzią na słowo zakłamane może być tylko słowo autentyczne, słowo-działanie wyrażające postawę i wrażliwość mówiącego.

Od dziesięciu lat jesienią Stowarzyszenie Studnia O. organizuje w Warszawie Międzynarodowy Festiwal Sztuki Opowiadania. W tym „zatrzymanym” czasie słuchacze mogą zanurzyć się w świat różnych opowieści. Niewątpliwą wartością festiwalu jest jego przeglądowy charakter. Dzięki dwunastu prezentacjom (nie liczę programu skomponowanego z myślą o dzieciach) można poznać różne nurty i tradycje opowiadania, reprezentowane przez wykonawców pochodzących z odmiennych kultur. Co roku pojawiają się opowiadacze starych eposów: Iliady, Odysei, Gilgamesza; narratorzy podtrzymujący dawne tradycje opowiadania ze swoich obszarów geograficznych, dla których żywa opowieść stanowi ważną część kultury i nierzadko ma charakter sakralny. Tak jest dla Kirilla Nikiphorova – opowiadacza ustnych eposów jakuckich (oloncho) czy serbskiego pieśniarza Slobodana Markovicia śpiewającego po wołosku. Ale zawsze są też wykonawcy, którzy dzielą się literaturą najnowszą czy opowiadaniami zaczerpniętymi ze współczesnych zdarzeń. Każda z żywej narracji jest swoistym komentarzem do zachodzących na naszych oczach przemian społeczno-polityczno-kulturowych.

O sztuce opowiadania najlepiej opowiadać, ale spróbuję napisać. Przynależę od lat do środowiska recytatorskiego – niegdyś brałam udział w konkursach, dziś bywam jurorką. Sztukę żywego słowa łączyłam wyłącznie z artystycznym interpretowaniem literatury, głównie poezji. Ale, jak udowadnia odbywający się w Instytucie Teatralnym Festiwal Sztuki Opowiadania, sztuka żywego słowa mieści w sobie też żywą opowieść, która może zupełnie oderwać się od literatury, a wyrastać ze źródeł pamięci i ustnej tradycji, zasadzać się na przekazywanych z pokolenia na pokolenie historiach (oczywiście, często są one spisywane). Wszystko zależy od opowiadacza, który decyduje, co chce powiedzieć i przy pomocy jakich środków artystycznych. Jego opowieść zawsze jest bardzo osobista, lecz niepozbawiona społecznych odniesień. Opowiadacz to komentator rzeczywistości, który nieraz ostrzej niż inni widzi i odważniej nazywa. Jaką wybierze do tego formę, pozostaje już jego wyborem. Czasem opowieść może być skromna, uwewnętrzniona, innym razem energetyczna, pełna pasji i oratorskich efektów.

Niewątpliwie opowiadaczem-gwiazdorem jest Nick Hennessey z Wielkiej Brytanii. Finlandzki epos Kalevala w jego wykonaniu staje się przede wszystkim bardzo żywym tekstem, zabawnym i jednocześnie mądrym.

Ogarnęło mnie pragnienie,
Myśl mi w mózgu zaświtała,
Żeby czas przywołać pieśnią,
Zaklinaniem wyczarować,
Z kłębka wysnuć rytm rodzimy,
Wiersz powtórzyć powierzony.
Słowo spływa mi na usta,
Miarowo zbiegają zdania
[…]
Śpiewał je dawno mój ojciec
Przy struganiu toporzyska,
Uczyła ich matka moja,
Obracając kołowrotek
[…]
Insze wszak słowa bywają:
Wyuczone wraz z przygodą,
Co się nawinęły w drodze,
Na wrzosowisku zerwały
[…]
Inne śpiewki wiatr przynosił,
Przypędzały morskie fale,
Słów mi dorzucały ptaki,
A zdań całych drzew wierzchołki
[tłum. J. Litwiniuk]

Runem pierwszym Hennessey rozpoczyna występ. Jego wykonanie jest jak najlepszy one man show. Barwne, pełne żaru, powiedziane z wirtuozerią podpartą świetną techniką mowy. To opowieść wydobywającą dźwięk, magię i siłę kreacyjną słowa, które buduje sugestywne obrazy stworzenia świata przez Ilmatar – córkę przestworzy, czy wyprawy do Louhi w celu uwolnienia Słońca i Księżyca (szczególny aplauz publiczności zauroczonej opowieścią robiły fragmenty o budowie kantele ze szczęki szczupaka). Hennessey ma świetny warsztat aktorski i muzyczny, a bycie na scenie przynosi mu prawdziwą satysfakcję, co potwierdził w drugim programie przygotowanym wspólnie z Hugh Luptonem (Drzewo swobody. Robin Hood i jego historia).

Opowieść może też być ascetycznym teatrem jednego aktora, jak w przypadku Historii Julii i jej Romea w wykonaniu Jeanne Ferron (Francja). Pomysł na zaprezentowanie miłosnej historii Szekspirowskich bohaterów z perspektywy starej niańki wydawał się bardzo obiecujący. Kobieta, która niegdyś karmiła piersią małą Julię, stała się poplecznicą dorastającej dziewczyny. Uczucia niańki są tym mocniejsze, że w młodości straciła własną córeczkę. Ale na tym oryginalność opowieści niestety się kończy. Ferron jest bardzo sprawną wykonawczynią, o ciekawej fizjonomii i ekspresyjnej gestyce. Ale w moim przekonaniu opowieść jest bardziej interesująca, kiedy staje się mocno osobista i gdy zostawia miejsce na wsłuchanie się w publiczność, pozwala na dialog z nią (nie chodzi o to, by widzowie odpowiadali, choć i to jest częstą praktyką w żywej opowieści, lecz o to, by się angażowali). Czasem warto odejść od scenariusza. A na to Ferron, odtwarzając po francusku ściśle ustalone kwestie wyświetlane po polsku na tylnym ekranie, nie daje sobie przyzwolenia. Sprawnie i interesująco recytuje duże fragmenty dramatu Szekspira, gubiąc jednak pierwotne założenie, że jej świat jest światem starej, dotkniętej przez życiowe zdarzenia, niańki.

Opowiadacz może też potraktować literaturę jako partyturę do wypowiedzenia i wyśpiewania. Tak było w przypadku programu Z Białoszewskim Studni O. Za scenariusz posłużyły wykonawcom poetyckie i prozatorskie teksty (głównie Port praski) Mirona Białoszewskiego wypowiadane w różnym stylu, z różną siłą. Beata Frankowska mocno akcentuje słowa, wyciąga je jakby spod powierzchni ziemi, nadaje im wagę, każde oddzielnie zauważa. To mówienie staccato. Małgorzata Litwinowicz uskrzydla słowa, daje im lekkość i unosi je ponad głowy słuchaczy, delikatnie łączy wyrazy w jedną opowieść. Mówi legato. Jarosław Kaczmarek (skądinąd świetny w opowieściach futbolowych Kto tu tak pięknie strzela prezentowanych podczas zeszłorocznej edycji festiwalu), który jako Białoszewski zaczyna i kończy ten mówiono-czytany spektakl, początkowo denerwuje, mówi od niechcenia, bez większej energii, ze zmęczeniem. Kiedy pojawia się, by zamknąć historię, okazuje się, że ubrany w kaszkiet, artykułujący z lekką nutą nonszalancji, świetnie pasuje do świata ulotnych wrażeń, sensualnych doświadczeń, przemijających wspomnień, urwanych historii, dziania się i niedziania. W opowieści Studni O. bardzo ważna jest muzyka, zarówno ta grana na akordeonie przez Roberta Lipkę, ta wystukiwana przez opowiadaczki, jak i ta wydobywająca się ze słów. Dzieła zespołu czasem przechodzą w kantylenę, czasem są pieśnią, innym razem recytacją. Białoszewskiego, który fascynuje się muzycznością słowa, zestawia wyrazy w nietypowy sposób, łamie ich gramatykę, przeobraża je, wydobywa z nich nowe sensy i dźwięki, trzeba tak mówić.

Najbardziej cenne były dla mnie spotkania (trudno nazwać je spektaklami) z opowiadaczami sięgającymi do żywych opowieści swojej kultury, do ustnych historii, które poprzez zawartą w nich mądrość i uniwersalność świetnie współgrają z dzisiejszą rzeczywistością, pokazują starą prawdę, że człowiek jest ten sam, choć nie taki sam.

Rachid Akbal, jak już wskazywał tytuł jego występu, przywiózł ze sobą plecak pełen opowieści zrodzonych w Kabylii i na paryskich przedmieściach (jak większość opowiadaczy, ze względu na różne kultury pochodzenia i zamieszkania, łączy w sobie odmienne tradycje). Rozpoczyna on opowieściami, w których upersonifikowane zwierzęta odgrywają główną rolę. Historia o ośle, który, mimo iż nie miał odwagi lwa ani sprytu lisa, jako jedyny wynegocjował u nowych władz Algierii pewne przywileje dla zwierząt, przywiózł z wyprawy do miasta walizki pieniędzy i modny garnitur, brzmi niestety znajomo. Rzecz bowiem w tym, że osioł w przeciwieństwie do lwa i lisa, którzy ponieśli porażkę, podejmując próbę dotarcia do rządu, miał rodzinę we władzach. Piękna jest opowieść o małym, odważnym ptaszku, który pokonał dyktatora syryjskiego i przywrócił ludziom godność oraz wolność, a także o papudze, która kradnie masło z kanapek drwala, by smarować konar wysokiego drzewa i zjeżdżać po nim jak z wysokiej zjeżdżalni, odczuwając przy tym upragnioną niezależność. Obecność zwierząt jest zresztą powszechną cechą gatunków oralnych. Mogą one – jak przekonywał Jack Goody w swojej książce Mit, rytuał i oralność – wcielać się w podobne role jak ludzie, podobnie działać, czy też stać się ciekawym narzędziem satyry na ludzkie zachowania2. W drugiej części spotkania Rachid Akbal przywołuje krótkie, mądre, a zarazem zabawne opowieści o Nasreddinie Hodży – mędrcu, filozofie z Anatolii, którego postać znana jest przede wszystkim na Bliskim Wschodzie i Bałkanach.

Pewnego dnia Nasreddin zgubił pierścień gdzieś w domu. Po chwili szukania, bez sukcesu, wyszedł na dwór, aby szukać dalej. Kiedy sąsiad zapytał go, czego szuka, odpowiedział, że pierścienia.
– Gdzie go zgubiłeś? – zapytał sąsiad.
– Gdzieś w domu – powiedział Hodża.
– Więc dlaczego szukasz poza domem?
– Ponieważ tam jest więcej światła! – odpowiedział Nasreddin.

To tylko jedna z wyciągniętych z plecaka opowieści historii. Akbal mógłby zapewne opowiadać całą noc. Ale jako dobry opowiadacz, który dialoguje z publicznością, wie też, kiedy przerwać swą opowieść.

W tym samym nurcie tradycji opowiadania umieściłabym Opowieści ze sznurka na pranie Janet Pankowsky („mam francuskie imię, polskie nazwisko i meksykańską duszę”). Wykonawczyni – sięgając do tradycyjnych opowieści i literackich przykładów – odwołuje się do zwyczaju prania nad rzeką i w miejskich pralniach, kiedy to kobiety zbierają się i wypełniają czas historiami. Opowieści te mówią o praczkach znanych z wiosek, o młodej dziewczynie z miasteczka piorącej ubrania Niemca i o starej praczce z Krochmalnej w Warszawie, kochającej ponad wszystko syna. Poprzez metaforę opowiadaczka dotyka najważniejszych, bo zasadniczych tematów ludzkiego życia: miłości, cierpienia, przemijania i śmierci. Pranie, jak słuchanie opowieści, staje się rytuałem oczyszczania, przywracania ładu w świecie. Opowieści Janet Pankowsky są szczere, pozbawione jakiegokolwiek efekciarstwa. Przejęcie, z jakim opowiada wykonawczyni, udziela się widzom, którzy wierzą płynącym słowom. Warto zaznaczyć, że Plecak pełen opowieści i Opowieści ze sznurka na pranie tłumaczone były konsekutywnie przez polskich opowiadaczy: Magdę Górską i Anetę Cruz-Kąciak. Stanowiło to dodatkową wartość, gdyż nikt tak jak opowiadacz, znający nie tylko dany język, ale i wykonawcę, nie jest w stanie tłumaczyć żywej narracji. „Opowieści Janet – przekonywała Aneta Cruz-Kąciak – są jak delikatna, przepiękna tkanina, która tkana jest na naszych oczach: odcienie, kolory i wzory, misternie połączone, tworzą razem niepowtarzalną całość. Każde słowo jest ważne – a Janet opowiada tak, byśmy mogli to poczuć, stwarza nam przestrzeń do zasłuchania”3. Podczas warsztatów z Pankowsky każdy mógł zmierzyć się ze sztuką tkania słowa.

Czas zadać jednak pytanie, które stało się tytułem zeszłorocznego festiwalu: Halo, Ziemia? Czy nas słychać? Czy to, co mówimy, ma sens? Czy w ogóle warto jeszcze opowiadać? Czy mamy o czym opowiadać i do kogo? Cóż… Jeśli nawet sztuka żywej narracji jest tylko maleńkim wycinkiem ludzkiej praktyki, to w epoce braku zaufania do słowa próbuje przywrócić mu moc prawdy, chce dotykać najważniejszych dla człowieka tematów nie poprzez wielkie historie, lecz poprzez intymne zdarzenia, o których jedni nie mogą przestać mówić, drudzy chcą ich słuchać. Wszyscy zaś potrzebują „dźwiękowego opiekuństwa” słowa, które buduje sytuację prawdziwego, a nie wirtualnego spotkania.

 

1. Zob. J. Bartmiński, Opozycja ustności i literackości, „Literatura Ludowa” nr 1/1989.
2. Zob. J. Goody, Mit, rytuał, oralność, tłum. O. Kaczmarek, Warszawa 2012, s. 93.
3. Meksykańska tkanina opowieści, [z A. Cruz-Kąciak rozmawia J. Kaczmarek], źródło: http://sztukaopowiadania.pl/meksykanska-tkanina-opowiesci-rozmowa-z-aneta-cruz-kaciak/, dostęp: 8.12.2016.

XI Międzynarodowy Festiwal Sztuki Opowiadania
Warszawa, 16–20 listopada 2016

teatrolog, profesor w Katedrze Dialogu Wiary z Kulturą UKSW. Autorka książek Promieniowanie rapsodyzmu. W kręgu myśli i praktyki teatralnej Mieczysława Kotlarczyka (2008) i Teatr przeciwko śmierci. Kryptoteologia Tadeusza Kantora (2015).