6/2017
Jacek Kopciński

fot. Zuzanna Waś

Koncert Benoit

 

 

Lubię słuchać aktorów czytających długie powieści. Piętnaście, czasem dwadzieścia godzin hipnotyzującego nagrania, które kiedyś mogło powstać tylko w radiu, a dziś bywa realizowane tak-że w wydawnictwach specjalizujących się w produkcji audiobooków. Jest ich coraz więcej, w skle-pach i w sieci, skąd za cenę książki drukowanej można ściągnąć dźwiękową wersję dzieła. Nie każ-da jest koncertem, bo też nie wszyscy pisarze słyszą świat i potrafią go zapisać w postaci partytury. Coraz mniej rodzi się też autorów, którzy trudzą się kreowaniem indywidualnego stylu bohaterów, a ich narratorzy nie powielają bezwiednie wielkomiejskiego idiolektu współczesnych trzydziesto-latków. Kiedy się taki autor zjawia, anioły śpiewają, a aktorzy siadają przed mikrofonami. Najlepszą reklamą ostatniej powieści Szczepana Twardocha jest dwudziestominutowe nagranie jednego rozdziału dokonane przez Macieja Stuhra. Mam nadzieję, że przeczyta nam kiedyś Króla w całości.

Zazwyczaj powieści autorów czytają mężczyźni, a autorek – kobiety. To oczywiście natu-ralne, ale niekonieczne. Pierwszorzędne cechy głosu, męskiego czy kobiecego, nie są w lekturze szczególnie istotne, bo dobry aktor potrafi uchwycić styl kobiety, i na odwrót. O wiele bardziej li-czy się to, czy potrafi mówić jak ten konkretny mężczyzna czy ta konkretna kobieta, nie tylko nar-ratorka, ale także bohaterka. A w powieściach bohaterowie zjawiają się licznie – i jeżeli każdy z nich to osobny instrument w orkiestrze, aktor musi umieć zagrać na nim tak, żeby był rozpoznawalny. Przede wszystkim jednak nie wolno mu fałszować. Brzmienie głosu to przecież nie tylko przy-rodzona cecha postaci (której lepiej nie parodiować!), ale także znak: charakteru, temperamentu, wieku, wykształcenia, pochodzenia, zewnętrznej lub wewnętrznej sytuacji bohatera, która stale się zmienia. Gdy wskazówki narratora są w tej kwestii skąpe, o prawdzie ludzkiego doświadczenia decydują inteligencja i słuch aktora.

Aktorów z ciekawymi głosami i dobrą dykcją nadal mamy sporo. Zaproszeni do studia, by-wają idealnymi lektorami historii, którą możemy poznać, nie trudząc oczu, ale taka lektura nie po-zostawia trwałego śladu w pamięci. Zdarza się, że osobowość aktora odpowiada osobowości narra-tora i wtedy powieść brzmi ciekawiej, tak, jakby czytał ją nam sam autor – bardziej jednak skupiony na sobie niż świecie swoich bohaterów. Niekiedy aktor jest w stanie zdominować narratora, narzucić mu swój styl, być jak muzyk improwizujący na klasycznych tematach. Dobrze, jeżeli jest to nasz muzyk ulubiony, ale jeżeli liczyliśmy na wtajemniczenie w oryginał, możemy przeżyć zawód.

Wtajemniczyć może nas tylko wirtuoz, dzięki któremu płaska mapa pisma nagle się wypię-trza i zamienia w pełne życia terytorium. Niesamowite wrażenie: wypowiedziane – jest! Nie tylko brzmi, ale ma też zapach, ciężar, fakturę. Wszystkie blaski, szorstkości, soczystości świata odbie-ramy w takiej głośnej lekturze dużo silniej niż w rzeczywistości. Słowo uderza nam do głowy i już nie ma „tu i teraz” cichego mozołu nad zadrukowanymi kartkami, jest „tam i kiedyś”, do którego unosi nas fala znaczącego dźwięku. Ale to dopiero początek, bo najważniejsze w takiej lekturze dzieje się między ludźmi, gdy się odezwą dobrze nastrojonym głosem aktora. Zwłaszcza zaś, gdy o czymś pomyślą, a świadomy aktor wypowie tę myśl tak, jakbyśmy nagle znaleźli się w głowie bo-hatera i myśleli razem z nim. Nic nas już nie oddziela, żaden obraz, żaden kadr, żadna rampa i żadne ciało. Tylko głos czułego pośrednika może nas naprawdę spokrewnić z innymi!

Nie zapomnę tych wielogodzinnych maratonów samotnego słuchania, które zwykle zaczy-nam rano, podczas dalekiej podróży samochodem, a kończę późnym wieczorem w ciemnym pokoju. Moskwa-Pietuszki w interpretacji Romana Wilhelmiego, nagranie radiowe, przypomniane po latach w świetnej serii „Mistrzowie słowa”. Wichrowe wzgórza Anny Seniuk, Mistrz i Małgorzata Wiktora Zborowskiego, Tajemniczy ogród Mai Komorowskiej, wydane na CD w takich samych czarnych okładkach. Wszystkie te powieści znałem z wcześniejszej lektury, ale dopiero uruchomione głosem stały się moim osobistym doświadczeniem.

Kto dziś czyta najlepiej? Po wysłuchaniu Sprawy pułkownika Miasojedowa i Drogi donikąd, dwóch znakomitych powieści Józefa Mackiewicza dostępnych w sieci, nie mam najmniejszej wąt-pliwości, że Mariusz Benoit. Żeby opisać skalę technicznych możliwości tego aktora, należałoby chyba wygenerować akustyczne widmo jego nagrań, pod warunkiem, że obok dynamiki, tempa i wysokości dźwięków program zapisywałby także ich barwę, gęstość, ciśnienie, przejrzystość, a wszystko to w powiązaniu z historią ludzi i kształtem ich świata – widzialnego i niewidzialnego. Benoit to aktor wyjątkowy, bo, obok słuchu i inteligencji, wyposażony także w oko wewnętrzne. To ono pozwala mu obserwować ludzki los, ukryty nawet przed wzrokiem autora powieści, skupionego na starannie zaplatanych wątkach. Kiedy słucham Benoit, odnoszę wrażenie, że jest to jedyny z żyjących aktorów, który zajrzał na drugą stronę gobelinu.

redaktor naczelny miesięcznika „Teatr”. Profesor w IBL PAN, wykładowca UKSW i UW. Ostatnio wydał tom Wybudzanie. Dramat polski / Interpretacje.