7-8/2017

Pływajmy po chrześcijańsku!

Siedemdziesiąt dziewięć – tyle cytatów z Biblii użył Marius von Mayenburg w sztuce Męczennicy. Nie musimy nawet liczyć, bo zrobił to za nas autor. Ponadto każdy z nich został obdarzony dokładnym adresem. Kilka liter i kilka cyfr. Każdy może sprawdzić, by się przekonać.

Rosyjski reżyser Kiriłł Sieriebriennikow (autor nagradzanych Grając ofiarę i Dzień w Juriewie) w swoim najnowszym filmie Uczeń uważnie podąża za wskazówkami i wynalazkami niemieckiego dramaturga. Na ekranie, w różnych jego częściach, uzupełniając kompozycję kadru, też pojawiają się przypisy. Mają biały kolor i delikatną czcionkę. Pojawiają się i szybko znikają. Osobliwa i paradoksalna jest ta ich obecność-nieobecność. Jak gdyby przypieczętowują każdą wypowiedź, zupełnie zmieniając jej status. Są krótkie i precyzyjne, a zarazem pełne egzotycznych imion: Izajasz, Jeremiasz, Abdiasz czy Ezdrasz. Przypominają też formułki magiczne. Czasami, gdy wpadają mi w ręce broszurki różnych sekt religijnych, odnoszę wrażenie, iż autorzy używają tych różnych J 8,29 niczym zaklęć. Żywią niezachwianą wiarę w ich nadprzyrodzoną moc. Mają podnosić do potęgi wagę każdego argumentu. Z każdego zaś nieargumentu argument mają uczynić. Łk 12,29-31 i koniec dyskusji. Jakby to był numer teczki z „prawdą ostateczną”. Kiedy licealista Wieniamin (Piotr Skworcow) w rozmowie z batiuszką powie, że słowo Boże „jest mieczem, który przecina ludzi, jedni się ostają, inni upadają”, będzie w tym tyle samo wzniosłej poezji, co przyziemnej prozy. Nikt jednak w jego otoczeniu nawet nie zada sobie trudu, żeby to pojąć. Główny bohater tymczasem, za pomocą owego „słowa”, wznosi, cegiełka po cegiełce, swój nieprzystępny teologiczny bastion. Chociaż wszystkim się wydaje, że buduje zaledwie domek z kart, za chwilę się okaże, że nikt nie ma dość mocnych „płuc”, żeby go zdmuchnąć.

Niejedna interpretacja, zarówno filmu, jak i sztuki, poległa, moim przynajmniej zdaniem, próbując za wszelką cenę odgadnąć tajemnicę głównego bohatera. Wyciągnąć na światło dzienne jego „prawdziwe” motywacje. Dlaczego „zwykły problemowy chłopak” (słowa jego matki) nagle przeobraża się czy, jak kto woli, przepoczwarza się w fanatyka religijnego (najczęściej padające określenie), który terroryzuje otoczenie cytowaniem ustępów z Biblii? Podpowiedź daje sam „oskarżony”. Usprawiedliwiając swoją nieobecność na lekcjach pływania, mówi wprost: „To mnie brzydzi, dlaczego mam coś wyjaśniać?”. Matka (Julija Aug) puszcza tę uwagę mimo uszu. Mimo że przed chwilą uważnie przyglądała się kupionej kurzej tuszy, nie chce być zredukowana do roli „matki gastronomicznej”. Podążając za synem nawet do toalety, wylicza możliwe przyczyny jego zachowania: narkotyki, wstyd, choroba, konflikt z kolegami i wreszcie problemy seksualne. Skądś znamy ten spis. Jest już niemal, też posłużmy się słownictwem religijnym, „uświęcony” tradycją pedagogiczną, kiedy dochodzi do wyjaśniania anormalnych zachowań nastolatków. Kiedy wspomniane zostaną uczucia religijne, wpatrzona w telewizor rodzicielka tylko zachichocze. „Przecież nie masz żadnych uczuć religijnych” – odpowie synowi. W jej głosie słyszymy powątpiewanie, czy ktokolwiek je jeszcze w ogóle ma.

Kiedy reżyser każe Wieniaminowi wyrzucić wszystko z pokoju, ten nie oszczędza nawet tapet. Zasłania też okna. Światła zostaje tyle, żeby można było zagłębić się w czytanie Biblii. Chociaż może to wcale nie czytanie, lecz swego rodzaju polowanie. Polowanie na cytaty. Pierwszym swym łupem dzieli się z piękną Lidią (Aleksandra Riewienko): „Samaria odpokutuje za bunt przeciw Bogu swojemu: poginą od miecza, dzieci ich będą zmiażdżone, a niewiasty ciężarne rozprute” (Oz 14,1). Scena dzieje się w szkolnym basenie. Tu bowiem ten uważny czytelnik postanawia spróbować własnych sił.

Pierwszym ustępstwem ze strony władz szkolnych i otoczenia będzie „stosowny” strój kąpielowy. Wieniamin tryumfuje. Czytamy to na jego twarzy. Powoli rozsmakowuje się w byciu aktorem, performerem i filozofem-pantomimistą. Niczym Diogenes z Synopy, który na wykłady Platona miał przynieść oskubanego koguta (obalając tym samym jego definicję człowieka jako „istoty żywej, dwunożnej i nieopierzonej”), przychodzi na zajęcia z ewolucji w stroju goryla. Podczas lekcji wychowania seksualnego rozbiera się do naga, żeby, zamiast na marchewkach, ćwiczyć „w warunkach polowych”. Być może daleko mu do kreatywności starożytnego mistrza, jednak pamiętajmy, że jest tylko uczniem. Więc się uczy. Nieustannie.

W ustanowieniu nowych wspaniałych porządków pomaga mu dyrektorka szkoły Ludmiła Stukalina. W trakcie lekcji na temat zapobiegania chorobom wenerycznym upomina nauczycielkę biologii Jelenę Krasnową (Wiktorija Isakowa), że „są przecież na to łacińskie nazwy”. Kiedy dochodzi do teorii Darwina, czepia się samego słowa „teoria”. Dyrektorka, grana przez Swietłanę Bragarnik, staje się symbolem władzy, całego wręcz zbiurokratyzowanego świata, manipulującego wszystkimi odcieniami szarości, żeby za wszelką cenę utrzymać status quo. W ten sposób główny bohater, a wraz z nim i reżyser, testują obowiązującą obecnie strategię „małych ustępstw” i „łagodzenia konfliktów”. Dla Sieriebriennikowa, jak się wydaje, głównym pytaniem pozostaje nie to, dlaczego chłopak robi to, co robi, tylko dlaczego mu się to udaje. Wiara wydaje się być rzeczą drugorzędną.

Przecież wiara Wieniamina w żaden sposób nie jest poddawana próbie. Przeciwnie, kiedy nie rośnie noga kaleki i jego „jedynego ulubionego ucznia” Gieorgija, to ten ostatni zostaje oskarżony o jej ewidentny brak. Zupełnie innym tropem dwa lata temu poszedł w swej inscenizacji Grzegorz Jarzyna. Zmienił płeć głównego bohatera, inaczej ułożył jego relacje z otoczeniem i dokonał znaczących zmian w samym tekście, w tym też w doborze fragmentów Pisma. Jego Lidka, w odróżnieniu od Wieniamina, jest istotą zagadkową w zupełnie innym, nie psychologicznym nawet, lecz mistycznym sensie. Jarzyna skupił się na fenomenologii nieuchwytnych, niedających się ubrać w słowa, stanów bezpośredniego obcowania z sacrum. Dlatego jego Lidkę możemy uznać za świętą. Wieniamin natomiast, pod koniec filmu oskarżając nauczycielkę o molestowanie, staje się podłym oszustem. Do tego też mordercą.

Błąd nauczycieli, jak się wydaje, polegał na tym, że w sporach z uzbrojonym w Biblię Wieniaminem ciągle poruszali się po dobrze znanym i bezpiecznym polu erystyki i retoryki, kiedy ich przeciwnik śmiało sięgał po język antropologii i teologii.

Film Sieriebriennikowa, przenosząc akcje w świat „ideologicznego pustkowia” po upadku wielkiego imperium, tylko uwypukla jeden prosty fakt, że nie potrafimy już dyskutować na temat fundamentów naszej cywilizacji. Zbyt długo i zbyt wiele rzeczy było dla nas zbyt oczywistymi. Teraz, kiedy – czy to z powodu multikulturowości (jak w Europie), czy podążając za poszukiwaniami „nacionalnej idziei” (jak w Rosji) – nie możemy tej dyskusji już dłużej unikać, czujemy się zagubieni, ograniczeni i zmanipulowani.

Premiera Ucznia miała miejsce podczas LXIX Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes, gdzie film otrzymał Nagrodę François Chalais’go. Odznaczyć go zdążyła i polska publiczność. W zeszłym roku Uczeń dostał Grand Prix na Festiwalu Filmów Rosyjskich „Sputnik”. Chociaż jedyną naprawdę „rosyjską” sceną w filmie jest popijawa w gabinecie dyrektorki. Reżyser bowiem przestrzega wszystkich, ponad podziałami na kraje i państwa, iż nie da się za pomocą „łacińskich nazw” dyskutować z kimś, kto, jak Wieniamin, otwarcie deklaruje, że nie żyje dla wiary, lecz dla niej umrze. Jedyną osobą, która ze starcia z rzekomym fanatyzmem Wieniamina wychodzi zwycięsko, nie jest, wbrew pozorom, ciągle stawiająca mu opór nauczycielka biologii, tylko młoda i uwodzicielska Lidia. Dokładnie dlatego, że jest młoda i uwodzicielska, o czym dobrze wie i z czego bez skrępowania korzysta. Jej język sięga podniebienia i warg, a nie wyżyn sofistyki. Ale to w zupełności wystarczy. Jeżeli zachodzi potrzeba, Lidia śmiało policzkuje swego nieudolnego napastnika. Powala go na podłogę i bije. Lecz czy może to być rozwiązaniem dla nas jako społeczeństwa?

Czy może być rozwiązaniem przybicie swoich butów do podłogi, jak czyni to upokorzona i zwolniona z pracy Jelena Krasnowa? Stoi w pustej klasie. Krzyczy, że nigdzie się stąd nie ruszy. Jej płacz jest wyrazem kompletnej bezradności. Jej ostatni monolog nie brzmi, jak to było w inscenizacji Anny Augustynowicz (koprodukcja Teatru Współczesnego w Szczecinie i Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu), jak manifest niepoddawania się i oporu. Grająca w tym spektaklu panią Roth Sara Celler-Jezierska mogła zwrócić się wprost do widzów i znaleźć w ich oczach poparcie. Sieriebriennikow nie jest na tyle dydaktyczny. Nie wyraża otwarcie swoich sympatii czy antypatii. Jego Jeleny nikt, oprócz towarzyszącej aktorce kamery, nie widzi i nie słyszy. Zresztą kamera Władisława Opieljanca też przygląda się zdesperowanej nauczycielce bez większego współczucia, podziwu czy zwykłej ciekawości. Jakby zamierzała za chwilę opuścić bohaterkę i zamknąć za sobą drzwi do gabinetu. „Jestem tu na swoim miejscu!” – wrzeszczy Jelena. Reżyser tylko wzrusza ramionami, jak gdyby mówił: „Cóż z tego?”. W finałowej już scenie zobaczymy martwe ciało Gieorgija, ukryte przez zblazowanych policjantów pod jakimś czarnym, z pewnością nienadającym się do tych celów, workiem. Wystarczy lekki wiatr, żeby pozbawić ofiarę i tej skromnej oznaki pośmiertnej ludzkiej godności.

 

Uczeń
scenariusz i reżyseria Kiriłł Sieriebriennikow
produkcja Rosja
premiera światowa 13 maja 2016
premiera polska 12 maja 2017

doktorant Wydziału Nauk Społecznych UWr, absolwent filozofii oraz dziennikarstwa i komunikacji tej uczelni. Współpracuje z czasopismem naukowym „Znaczenia” oraz portalem „teatralny.pl”.