4/2020

Fakty niewygodne

„Miesiąc na faktach” w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego stał się prawdziwym prezentem dla wielbicieli teatru dokumentalnego.

Obrazek ilustrujący tekst Fakty niewygodne

Tobiasz Papuczys

Prace rozpoczęto jeszcze w październiku ubiegłego roku. Dość liczne grono twórców podzielono na trzy grupy, żeby – tu cytuję Jakuba Tabisza, wraz z Krzysztofem Kopką pomysłodawcę i współtwórcę całego projektu – „ugryźć trzy aktualne tematy”. Tym sposobem po bez mała półrocznych przygotowaniach luty stał się w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego „Miesiącem na faktach”. W ramach specjalnego przeglądu spektakli dokumentalnych przygotowano trzy prapremiery prezentowane kolejno z tygodniowym odstępem. Wzięte razem utworzyły swoisty tryptyk, którego tematem przewodnim stała się radykalna niezgoda. Niezgoda na brak sprawiedliwości, nietolerancję, wreszcie na coraz jawniej grożące ludzkości wymieranie.

1.

„Jego ręce wędrowały tam, gdzie nie powinny”. Od kilku dobrych lat podobne zdania, które jeszcze nie tak dawno zalatywały raczej harlequinem czy innym niewyrafinowanym czytadłem, potrafią niemalże natychmiast wzbudzić przerażenie, trwogę, oburzenie, wreszcie wściekłość. Bo po licznych skandalach pedofilskich, medialnej zawierusze wokół Kleru Smarzowskiego i ponad dwudziestu milionach wyświetleń dokumentu braci Sekielskich Tylko nie mów nikomu – kojarzą się już, niestety, dość jednoznacznie.

Piszę „od kilku lat”, a przecież sęk w tym, że musiały tak się kojarzyć od co najmniej kilku dziesięcioleci. Sprawa oskarżanego o pedofilię księdza Piotra M. z Ruszowa, której, oczami jej uczestników, przyglądamy się w przedstawieniu Tutaj kobiety palą się lepiej, nie stanowi wyjątku. Pierwsze ofiary duchownego to nieletnie parafianki z wrocławskiego Nowego Dworu. Jedyną „karą” za przestępcze zachowanie było przeniesienie kapłana do innej parafii. Obecnie osiemnaście dorosłych kobiet – tyle po latach złożyło swe oskarżenia – wciąż czeka na sprawiedliwość. Oprócz dorosłych już mieszkanek wielkiego miasta czekają na nią i dwie dziewczynki z dolnośląskiej wsi.

Proces Piotra M., którego z retoryczną werwą próbuje wybronić węszący wszędzie esbecki spisek brat pozwanego, toczy się w Sądzie Rejonowym w Zgorzelcu. Wiele z tego, co pada ze sceny, to zapisy rozmów z korytarzy tej instytucji. Stąd też pochodzi znane z programów informacyjnych, wyświetlane wprost na ceglanej ścianie, nagranie: jeden z księży w cywilnym ubraniu uderza filmującą go działaczkę Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Katarzynę Wójtowicz. Wraz z innymi aktywistkami przyjechała do sądu, żeby wesprzeć ofiary i ich matki. Miała powody, jako że nie mniej uderzającą, bolesną i zastanawiającą w tym wszystkim okazuje się reakcja lokalnej wspólnoty, która w obronie porządku i ustalonej hierarchii gotowa jest z oskarżających uczynić oskarżonych.

 

2.

Opowieść kontra hasła. Osobista historia przeciw postulatom i trybowi rozkazującemu. Trudna prawda zwierzeń wobec łatwej rzeczywistości wyuczonych formułek. Takie podejście wszystkich twórców „Miesiąca na faktach” dobitnie obrazuje scena otwierająca kolejny ze spektakli. Jesteśmy na Marszu Równości w Białymstoku. Przed chwilą jeden z jego uczestników, pełen niezdecydowania i obaw, podszedł do stojącego z przodu mikrofonu. Chce nam coś powiedzieć, czymś się podzielić. Nie ma łatwo. Z tyłu półkręgiem osacza go pozostała część zespołu. On mówi. Oni krzyczą: „Zero litości, połamiemy ci, kurwo, kości!”. Wyrazy ich twarzy wskazują raczej, że nie są to puste pogróżki. Atmosfera gęstnieje.

W Zjemy wasze dzieci. Z cebulą twórcy przyglądają się temu, co tak naprawdę kryje się za tym tak nagminnie (nad)używanym przez media skrótem LGBT, i odnajdują ludzi z krwi i kości, lęków i nadziei, codziennie narażonych na istny festiwal przemocy i niezrozumienia. Lecz mimo ciężaru podejmowanych tematów spektakl zagrany jest z lekkością. Mieszają się w nim liryczne i intymne sceny, pełne humoru, ale i groteski. Nie sposób tu nie wspomnieć popisowego występu Huberta Fiebiga. W czarnym ubraniu z ogromnym kapturem, na obcasach, w pończochach, z siwą peruką i z sączącą się z ust krwią – urządził istne one drag queen show, w czym pomogła mu piosenka Agnieszki Chylińskiej Winna.

Ponadto spektakl jest świetnym przykładem na to, że praca metodą verbatim, polegająca na dosłownym zapisywaniu i przytaczaniu cudzych słów, jest upiornie żmudna i wymagająca. W wypadku Zjemy wasze dzieci… spisano dwadzieścia dwa wywiady. Wyszło ponad tysiąc stron tekstu, z którego powstał dwudziestodziewięciostronicowy scenariusz. „Minus strona tytułowa i minus spis postaci” – jak zażartował Grzegorz Grecas, jeden ze współreżyserów przedstawienia. Sztuka montażu jest tu o tyle trudna, że z jednej strony nie ma się prawa do artystycznej manipulacji, dramatyzacji, naddawania sensów i znaczeń; z drugiej okrajanie każdej takiej historii jest cięciem słów osoby, która zaufała twórcom i zdecydowała przed nimi się odtworzyć.

3.

Teatr dokumentalny z reguły tworzony jest minimalnymi środkami plastycznymi. Głównymi elementami scenografii najczęściej są krzesła i stoliki. Niekiedy korzysta się z poszczególnych rekwizytów, jak chociażby figurki Matki Boskiej z Tutaj kobiety…, która stała na parapecie, od czasu do czasu eksponowana za pomocą światła. Podobna skromność inscenizacyjna nie wszystkim, z pewnością, przypadnie do gustu, ale ma ona swoje niedające się zbagatelizować uzasadnienie – stwarza warunki do skupienia się na bohaterach i ich historiach. Pozwala udzielić im głosu bez przeinaczania ich intencji. Twórcy W końcu będzie ciepło postanowili odejść od tych zasad i, muszę przyznać, zdecydowanie na tym stracili. Zamiast skorzystać ze specyficznych rozwiązań teatru dokumentalnego, sięgnęli po środki teatru współczesnego, które aż za dobrze znamy ze scen dramatycznych. Z premedytacją urządzając atak na widzowskie zmysły, niepotrzebnie odsunęły one na plan drugi to, co najistotniejsze – żywe, autentyczne świadectwo. Dlatego nieco przekrzyczanemu, chociaż stworzonemu w słusznej sprawie spektaklowi przydałyby się skróty i selekcja pomysłów.

Skuteczniej wówczas byłoby zrealizować jedno z głównych założeń reżyserskich: pożenienie tematu zmian klimatycznych ze strukturą, duchem i estetyką tragedii greckiej. Próba konsekwentnego przeprowadzenia akcji o tej tematyce od prologos ku eksodos, poprzez śpiew i tańce zaimprowizowanego chóru, wydaje się atrakcyjna i oryginalna. Misterium proekologiczne? Dlaczego nie! Nie chciałbym, rzecz jasna, myśleć o przyszłości w kategoriach fatum, ale cóż zrobić, jeżeli ludzkość nadal nie potrafi uświadomić sobie tego oczywistego faktu, który obrońcy Ziemi konsekwentnie wynoszą na swe sztandary: „There is no Planet B”.

4.

Tymczasem w lutym ruszył proces oskarżonego o molestowanie co najmniej dwudziestu dwóch chłopców księdza Mariana W., około siedemdziesięciu procent nieheteronormatywnych nastolatków ma myśli samobójcze, a Grenlandia już szykuje się do sprzedawania wody z topniejących lodowców. Byłoby przesadą twierdzić, że „niedokumentalny teatr” podobnych kwestii unika: we wrocławskiej filii AST Radosław Rychcik milkliwą Gombrowiczowską Iwonę zamienił w smagającą słowem Gretę Thunberg. Niemniej jednak ostatni wrocławski spektakl bezpośrednio dotyczący mniejszości seksualnych to… Tęczowa Trybuna 2012 Strzępki i Demirskiego.

Powiedzmy też od razu, że twórcy, biorąc się za tak drażliwe tematy, wcale nie unikają stawiania tez i nie próbują kryć się z własnymi sympatiami. Jest to o tyle usprawiedliwione, że potrafią zanurkować głębiej. Do całej tej maszynerii mechanizmów społecznych, psychologicznych i politycznych. Nie boją się też ukazywać wewnętrznych konfliktów swoich bohaterów, którzy w walce o zmiany skłonni są sięgać po radykalne środki, jak i mówić o kosztach, które gotowi są ponieść. Sporo o tym rozmawiało się już po spektaklach. Bo same pokazy to dopiero, można by powiedzieć, połowa wydarzenia. Każdemu bowiem towarzyszyło spotkanie z udziałem twórców oraz, najczęściej, co stanowi o wyjątkowości projektu, „oryginałów” postaci.

5.

To, że teatr dokumentalny ma swojego widza, pokazały już zeszłoroczne przeglądy. Sala Laboratorium co prawda jest malusieńka, dzięki czemu stwarza wyjątkową atmosferę bliskości, lecz przez kolejne dni była wypełniona po brzegi. Tym razem udowodniono, że teatr ten znalazł też swoich twórców. Na casting aktorski do Zjemy wasze dzieci… stawiło się ponad sto osób! Chce się więc wierzyć, że marzenia o stałym ośrodku teatru dokumentalnego w stolicy Dolnego Śląska powoli się ziszczają. W czerwcu szykuje się kolejna „Noc na faktach”. Trzymam kciuki, bo to, wraz z Wrocławską Offensywą Teatralną, jedna z najważniejszych oddolnych inicjatyw artystycznych regionu od długich lat.

 

Instytut im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu
„Miesiąc na faktach”
8–29 lutego 2020

doktorant Wydziału Nauk Społecznych UWr, absolwent filozofii oraz dziennikarstwa i komunikacji tej uczelni. Współpracuje z czasopismem naukowym „Znaczenia” oraz portalem „teatralny.pl”.