A co byś wolał?

A co byś wolał?
Kopista Bartleby, reż. Tomasz Fryzeł / fot. Klaudyna Schubert / Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie
Bohaterowie opowiadania Melville’a tkwią w imposybylizmie, by przywołać określenie popularne na polskiej prawicy; w niemożności zmiany rzeczywistości, która wydaje się coraz bardziej podejrzana.

Szef czegoś chce, pracownik odpowiada: „Wolałbym nie”. Subtelna odmowa, z którą nie wiadomo, co zrobić, a która ma dezorganizować system, to temat opowiadania Kopista Bartleby. Historia z Wall Street Hermana Melville’a. Opowiadania czytanego uważnie przez Gilles’a Deleuze’a, Giorgio Agambena czy Slavoja Žižka – jak przypomina w programie Teatr Łaźnia Nowa, który właśnie wystawił tekst w reżyserii Tomasza Fryzła i adaptacji Piotra Fronia. Jak działa to studium buntu i rozpadu?

Cały spektakl ustawia scenografia Anny Oramus – trochę zaklęty krąg, trochę ring, monumentalna konstrukcja, po której krążą aktorzy. Od strony wizualnej to monochromatyczne przedstawienie łączy minimalizm z rozmachem. Ten paradoks jakoś wpisuje się w temat – słabo-silnego buntu, odmowy łagodnej, ale mogącej nieść potężne skutki. Tylko czy faktycznie to odmowa jest tu siłą zmieniającą świat?

Starcie dwóch mężczyzn prowadzących ze sobą grę naprzemiennych niedopowiedzeń, podejrzeń i oskarżeń przypomina mi parę innych spektakli – między innymi Samotność pól bawełnianych Radka Rychcika z Kielc czy Emigrantów Wiktora Rubina także z Łaźni Nowej. Takie sceniczne szachy muszą opierać się na aktorach – tak dzieje się i tutaj.

Adam Borysowicz jako Bartleby jest subtelny, nieco bez wieku, sympatycznie ironiczny – tak delikatnie, że nie do końca wiadomo, czy ta ironia jest intencją, czy po prostu zrezygnowanym nastawieniem do świata. Z kolei Sebastian Grygo w roli pracodawcy uwikłanego w liczne zależności nie wydaje się stać na dużo silniejszej pozycji niż Bartleby. Obaj panowie tkwią w imposybylizmie, by przywołać określenie popularne na polskiej prawicy; w niemożności zmiany rzeczywistości, która wydaje się coraz bardziej podejrzana. Przejawia się to choćby w ich zachowaniach, wspominanych w dialogach pozostałych współpracowników. Jest w tej niemocy coś niepokojąco trafnego, gdy jednocześnie czyta się o „bezzębnej generacji” i pasywności młodego pokolenia – i słyszy deklaracje emigracji wewnętrznej starszych polskich inteligentów, którzy na: „Wolałbym nie”, odpowiadali z reguły do niedawna: „A co byś wolał?”.

Niezależnie od słabości obu stron scenicznego konfliktu działają wokół nich potężne siły. Zapada głęboka ciemność, postaci świecą sobie latarkami, sceniczną rzeczywistością wstrząsają mocne dźwięki Nikodema Dybińskiego. Ze społecznej krytyki lądujemy jakby u Becketta, w jakimś metafizycznym wręcz absurdzie – dwie kruche figurki, dookoła których znika świat.

Melville rymuje się więc tutaj z apokaliptycznymi nastrojami. Problem polega na tym, czy rzeczywiście sięganie dziś po tego klasyka może nam zaoferować nową społeczną diagnozę. Zaryzykowałbym nawet tezę, że w Polsce Herman Melville jest bardziej autorem Kopisty Bartleby’ego niż autorem Moby Dicka.

Kopista Bartleby, reż. Tomasz Fryzeł / fot. Klaudyna Schubert / Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Na pewno jest tak w polskim teatrze i jego okolicach. Melville’owski refren stał się w ostatnich kilkunastu latach popularnym memem. „Wolałabym nie” powtarzała postać aktorki wpychanej w kolejne sztance myśli reżyserskiej w Geniuszu w golfie Weroniki Szczawińskiej i Agnieszki Jakimiak – spektaklu o micie Swinarskiego, mającym premierę w 2014 roku w Starym Teatrze. Dwa lata później, w Berlin Alexanderplatz z Teatru Studio, Natalia Korczakowska kazała powtarzać to zdanie w finale głównemu bohaterowi spektaklu – niszczonemu przez obumierające społeczeństwo faszyzującej się Republiki Weimarskiej.

Wcześniej była literatura. W 2005 krakowski ha!art wydał antologię opowiadań inspirowanych odmową Bartleby’ego, pod redakcją Grzegorza Jankowicza – z tekstami między innymi Sylwii Chutnik, Jacka Dehnela czy Jakuba Żulczyka.

Ale gdyby pogrzebać głębiej, to w rodzimym teatrze obecność odmowy Melville’a sięga jeszcze czasów Edwarda Gierka. W 1973 roku warszawski Teatr Dramatyczny wystawił adaptację pt. Bartleby, napisaną dziesięć lat wcześniej przez Jerzego Zawieyskiego – homoseksualnego katolika, posła na Sejm PRL z ramienia Koła Znak. Bartleby’ego, czyli Bobka, grał w niej w dwudziestosiedmioletni Piotr Fronczewski.

Wracając jednak do Nowej Huty i 2026 roku, Kopista Bartleby w wykonaniu Fryzła to kolejne, po Latach według Annie Ernaux, porządne wystawienie literatury, z wyrazistym pomysłem – nie jestem tylko pewien, czy pomysłu tego starcza na całe 70 minut przedstawienia.

Teatr Łaźnia Nowa, Kopista Bartleby Hermana Melville, przekład Adam Szostkiewicz, reżyseria Tomasz Fryzeł, adaptacja i dramaturgia Piotr Froń, scenografia i kostiumy Anna Oramus, muzyka Nikodem Rybiński, światło Klaudyna Schubert, premiera: 27 lutego 2026.

Witold Mrozek

Krytyk teatralny i dziennikarz. Absolwent teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorant Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2012 roku współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Berliner Zeitung”, „Krytyce Politycznej” i „Didaskaliach”. Redaktor „Teatru”. Pochodzi z Bytomia.