Aktor szuka roli
Słowo casting odeszło do lamusa – mówią osoby aktorskie. Dziś ma on formę self-tape’u, spotkania z reżyserem lub zdjęć próbnych. Pytamy, jak dostać rolę w teatrze czy filmie.
W zawodzie aktorskim trudno dziś o stabilne zatrudnienie, z umową i wszystkimi niezbędnymi świadczeniami. Dowodzi tego raport Scena Polska 2024. Pracując w teatrze, będący podsumowaniem badań zleconych przez Instytut Teatralny. Autorzy publikacji, pisząc między innymi o sytuacji artystów i artystek rozpoczynających karierę, zauważają, że „etat w teatrach publicznych jest dobrem rzadkim”, a „teatry niechętnie decydują się na ryzyko zatrudnienia świeżo upieczonych absolwentek i absolwentów studiów aktorskich i raczej czekają, aż nabiorą pewnego doświadczenia na rynku pracy”. Wyjściem z tej sytuacji mogą być freelancing i udział w castingach. To w ich trakcie młodzi spotykają się z tymi bardziej doświadczonymi, szukającymi dodatkowych możliwości rozwoju i zarobku.
Casting w teatrze (nie) istnieje
O ile castingi do filmów i seriali są czymś powszechnym, o tyle te teatralne odbywają się znacznie rzadziej (lub prawie wcale) i mają mniej sformalizowany charakter. „W zasadzie głównie słyszy się o otwartych przesłuchaniach do musicali, ale do spektakli dramatycznych? W ostatnich latach było ich chyba niewiele” – zauważa Kacper Kujawa, aktor Teatru Współczesnego w Szczecinie. Wtóruje mu w tym Mateusz Guzowski, absolwent wrocławskiego wydziału lalkarskiego Akademii Sztuk Teatralnych: „W teatrze casting nie funkcjonuje jako standardowe narzędzie obsadzania ról. Brałem w nim udział chyba tylko raz, w Tarnowie. Dostałem nawet informację zwrotną, że dobrze mi poszło, ale terminy nam się nie zgrały, więc koniec końców nie wystąpiłem w tym spektaklu”. Nieduże doświadczenie na tym polu ma również Angelika Cegielska, od 2011 roku aktorka Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu: „W takim prawdziwym castingu do roli teatralnej brałam udział tylko raz, gdy Konrad Imiela przygotowywał się do reżyserii musicalu Daisy u nas w teatrze i robił coś w rodzaju przesłuchania. To był jeden jedyny raz, kiedy miałam za zadanie wejść do sali i przed reżyserem, scenografką i kompozytorem pokazać swoje możliwości”.
Choć o tym, że castingi nie są częste w teatrze, słyszę również od kilku innych rozmówców, to Barbara Liberek, absolwentka Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, szerzej znana z roli Aleksandry „Alex” Walas z serialu Krakowskie potwory, właśnie w ten sposób trafiła do Teatru Ochoty. „Znalazłam się w zespole właśnie przez casting. To była wieloletnia wspaniała inicjatywa, która już, niestety, umarła. Polowanie na motyle polegało na tym, że teatr ogłaszał casting, którego zwycięzcy tworzyli sezonowy zespół i realizowali kilka premier. Nam udało się zrobić cztery spektakle” – mówi. Dziś, mimo kilku rozmów z dyrektorami i dyrektorkami, nadal jest freelancerką.
Z kolei Juliusz Chrząstowski, aktor teatralny i filmowy, należący od 2003 roku do zespołu Narodowego Starego Teatru w Krakowie, przywołuje jeszcze inną formę ubiegania się o rolę: „Ostatnio byłem zaproszony na rozmowę z francuskim reżyserem, który ma w Krakowie przygotowywać spektakl. Miało to bardziej formułę spotkania niż castingu – zapoznania się, przeczytania fragmentu tekstu, rozpoznania terenu. Chętnie biorę udział w takich spotkaniach”.
Nieodebrane zaproszenia
Jeśli nie casting, to w jaki sposób można otrzymać rolę w teatrze? „Żeby zostać gdzieś zaproszonym – mówi Kujawa – dyrekcja musi cię w czymś zobaczyć”. Na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, gdzie prezentowane są dyplomy z wszystkich szkół, pojawia się bardzo mało dyrektorek i dyrektorów. Natomiast Forum Młodej Reżyserii w Krakowie przyciąga praktycznie wszystkie dyrekcje teatrów z kraju. Po tym festiwalu pracę dostają nie tylko reżyserki/reżyserzy i dramaturżki/dramaturdzy, lecz także aktorzy i aktorki. Studentki i studenci walczą więc o to, żeby grać na Forum – przyznaje aktor: „To takie »targi pracy«, które mają realny wpływ na późniejsze zatrudnienie”.

Popularną formą autopromocji, zwłaszcza wśród młodszych aktorów i aktorek, jest zapraszanie dyrektorów teatru i reżyserów filmowych castingów na własne spektakle. Nie zawsze przynosi to jednak zamierzony efekt. „Pojechaliśmy z przedstawieniem, w którym występowałem wtedy gościnnie, na kilka festiwali. Na Warszawskie Spotkania Teatralne dysponowaliśmy wejściówkami do rozdania. Napisaliśmy więc do paru castingerów z zaproszeniem. Zrobiliśmy z naszej strony wszystko, co mogliśmy, żeby dać się poznać, ale odzew był taki, że na piętnaścioro castingerów raptem dwóch zechciało do nas zawitać” – mówi aktor młodego pokolenia proszący o anonimowość.
O podobnej strategii autopromocji i o braku zainteresowania reżyserów castingu opowiada również Sebastian Słomiński, aktor filmowy i teatralny, dyrektor Alternatywnego Studia Aktorskiego: „Przestałem się starać, by ktoś mnie zapamiętał. Jedyne, co teraz robię, to systematycznie wysyłam zaproszenia na swój monodram. Powoli też jednak od tego odchodzę. Na piętnaście czy dwadzieścia maili otrzymałem trzy zwrotki, w tym jedną z prośbą o przesłanie reżyserce castingu minutowego nagrania z monodramu, bo ona je sobie chętnie obejrzy” – mówi Słomiński i dodaje: „Siedem miesięcy pracujesz nad monodramem, a potem, gdy kogoś zapraszasz, słyszysz: wystarczy mi minutowe nagranie z YouTube’a. Takie odpowiedzi świadczą o niezrozumieniu przez castingerów artystycznego świata, naszej pracy i o braku empatii”.
Relacje, znajomości
Na to, jak ważne jest bycie zauważonym, zwraca uwagę również Ewa Sadowska, która zadebiutowała w Teatrze Komedia w Warszawie w spektaklu Magdaleny Miklasz Pasztety, do boju!, a od 2024 roku należy do zespołu Teatru Lalki i Aktora w Wałbrzychu. „Na teatralnych castingach – opowiada aktorka – byłam trzy razy: w Teatrze Kameralnym w Bydgoszczy, Teatrze Klasyki Polskiej w Warszawie i Instytucie Grotowskiego we Wrocławiu. Nigdzie się z nich nie dostałam. Większość pracy w teatrze brała się z tego, że ktoś mnie gdzieś kiedyś widział i zaangażował do współpracy”. Od wielu rozmówców słyszę, że to najczęstszy sposób otrzymywania roli. „Często bywa tak, że reżyser, producent czy inny twórca chcą pracować z aktorem czy aktorką po zobaczeniu go/jej w innej produkcji czy na scenie w teatrze” – mówi Oliwia Durczak, aktorka Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.
Aktorki i aktorzy rozsyłają CV, castingowe materiały wideo i próbują umówić się na rozmowę – co jest bardzo trudne, bo kolejki osób starających się o pracę są długie, CV na mailach dyrektorskich mnożą się bez końca i trudno o jakikolwiek odzew.
„A co w sytuacji – zastanawia się Kujawa – gdy tych castingów jest niewiele, a my nie zrobiliśmy po szkole żadnego spektaklu, na który można by było zaprosić dyrektorkę czy dyrektora?” Wtedy aktorki i aktorzy rozsyłają CV, castingowe materiały wideo i próbują umówić się na rozmowę – co jest bardzo trudne, bo kolejki osób starających się o pracę są długie, CV na mailach dyrektorskich mnożą się bez końca i trudno o jakikolwiek odzew. Warto jednak próbować, czego dowodzi przypadek Sadowskiej: „Napisałam do teatru, dyrektor zaprosił mnie na rozmowę i tak dostałam pracę”.
O tym, jak ważne są umiejętności nawiązywania znajomości oraz wychodzenia z inicjatywą, mówią Guzowski i Durczak. Ten pierwszy, występujący dziś na kilku różnych scenach, w tym Teatru Polskiego w Podziemiu, Teatru Polskiego we Wrocławiu, Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu oraz Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu, wyznaje: „Do tej pory zrobiłem cztery gościnne premiery w czterech różnych teatrach i żadna z tych prac nie była wynikiem castingu. Albo znałem ze szkoły reżysera, który zaprosił mnie do swojego spektaklu, albo sam podejmowałem próby kontaktu. Będąc pod wrażeniem przedstawień Kasi Minkowskiej, napisałem do niej wiadomość, że bardzo podoba mi się to, co robi, i że chciałbym z nią kiedyś pracować. Kasia to wspaniała osoba, która jest ciekawa ludzi, więc kiedy miała taką możliwość i potrzebę, zaproponowała mi rolę w Jesieni Ali Smith”. Z Piotrem Ratajczakiem Guzowski pracował w szkole nad dyplomem, reżyser zaprosił go następnie do Przedwiośnia Stefana Żeromskiego w Opolu, a potem do teatru w Toruniu, gdzie jest dyrektorem. O takim schemacie otrzymywania ról wspomina również Durczak: „Choć owiane tajemnicą »znajomości« źle się kojarzą, to nie zawsze wiążą się z jakąś niesprawiedliwością. Reżyserzy mają po prostu ludzi, z którymi pracuje im się najlepiej, bo mają na nich pomysł i wiedzą, czego mogą oczekiwać. Takie sytuacje są naturalne”.
Z teatru do filmu
Dla wielu aktorów i aktorek szansą na utrzymanie się w zawodzie lub rozwój kariery jest praca na planie filmowym. W tej branży nieporównywalnie częściej odbywają się castingi, choć – jak słyszę od kilku rozmówców – nie wyglądają one już tak, jak kilka lat temu. „Słowo casting, mam wrażenie, odeszło do lamusa. Casting przeprowadza się dziś raczej do jakiejś zbiorówki, reklamy czy roli dziecka lub nastolatka. Jeśli chodzi o rolę dla zawodowych aktorów, przesunęło się to w kierunku wysyłania self-tape’u, spotkania z reżyserem lub zdjęć próbnych” – mówi Chrząstowski.
Czym są self-tape’y, o których wspomina mi każdy rozmówca? „To jeden z nielicznych pozytywnych spadków po pandemii” – stwierdza Chrząstowski. „Przetrwały do dzisiaj i pierwsze etapy castingów odbywają się w większości przypadków właśnie w ten sposób. Nagrywamy wizytówki i sceny aktorskie na białej ścianie w swoim mieszkaniu i wysyłamy je mailowo” – tłumaczy Kujawa. Co dzieje się później? „Jeśli przejdziesz do drugiego etapu, tzw. recallu, trzeba stawić się na miejscu w studiu. Większość castingów odbywa się w Warszawie, więc jeśli mieszkasz poza nią, musisz dojechać, samemu opłacając dojazd i powrót” – doprecyzowuje Krzysztof Kozak, aktor Teatru Lalek Guliwer. „Na pierwszych etapach konieczny jest dobry sprzęt. To absolutna podstawa, żeby mieć ładne tło, w miarę dobrą jakość kamery i odpowiednie oświetlenie. Ma to ogromne znaczenie, bo rzuca się w oczy” – dodaje.
Jak zatem przygotować się do nagrania self-tape’u i castingu? Nie jest to sprawa łatwa, bo reżyserzy rzadko precyzują, kogo właściwie szukają i czego oczekują. „W tej chwili nawet do tych największych seriali aktorzy otrzymują wyłącznie scenę do nauki. Sami musimy się domyślić, jaka ta postać ma być. Wydaje mi się, że sprawdzane jest nie tyle to, czy potrafimy ją zagrać, ile to, jak bardzo jesteśmy do niej podobni” – mówi Maja Kowalska, absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie, występująca m.in. w Teatrze Muzycznym ROMA i Teatrze Telewizji, a także w serialach Królowie i Ojciec Mateusz. I dodaje: „Reżyserzy ponoć wiedzą, kto zagra daną rolę, już po pierwszych dziesięciu sekundach, gdy aktor wejdzie na salę”. Warto jednak spróbować przewidzieć oczekiwania produkcji: „Jeśli wiem, jaki to będzie reżyser, próbuję przypomnieć sobie jego dokonania, zrobić rekonesans, żeby móc zrozumieć, czego on tak naprawdę poszukuje” – zdradza Słomiński.
Problemy z czasem
„Studenci Wydziału Aktorskiego – wyjaśnia mi dr Robert Zawadzki, prodziekan Wydziału Aktorskiego we Wrocławiu – mają możliwość udziału w zajęciach z castingu prowadzonych przez cenioną reżyserkę obsady Julię Popkiewicz. Poznają podczas nich mechanizmy działania branży, a także uczą się samodzielnego przygotowywania profesjonalnych materiałów potrzebnych do udziału w castingach: wizytówek, self-tape’ów czy scen aktorskich odpowiadających aktualnym standardom rynku audiowizualnego. Zajęcia dotyczące obecności aktora na rynku pracy prowadzi również Małgorzata Lipmann. Obie prowadzące wnoszą niezwykle cenne, praktyczne doświadczenie oraz odmienne perspektywy związane z przygotowaniem młodych aktorek i aktorów do wejścia w zawód i udziału w procesach castingowych”. Od rozmówców, którzy niedawno skończyli lub niebawem skończą szkołę teatralną, słyszę jednak, że takie zajęcia są wprowadzane do programu zbyt późno: „Jest taki fakultet na czwartym lub piątym roku, a ja zaczęłam chodzić na castingi i brać udział w różnych produkcjach na pierwszym. Podczas zajęć prowadząca opowiadała o tym, czego dowiedziałam się wcześniej od kolegów” – mówi Kowalska.
„Na Wydziale Lalkarskim – wspomina Guzowski – nikt nie zajmował się tym, że będziesz musiał brać udział w castingu, budować sieć kontaktów i dbać o swoją widoczność. Szkoła uczyła między innymi, jak operować lalką przed kamerą, ale nie było żadnego przedmiotu, który dałby studentowi wiedzę, jak sam ma się przed nią zachować, a przecież absolwenci Wydziału Lalkarskiego częściej mają do czynienia z kamerą w planie żywym niż w planie lalkowym. Warto byłoby przekazywać chociażby podstawy techniczne – na przykład, żeby nagrywając self-tape w domu, ustawić się pod kątem 45 stopni do okna, unikając »wypłaszczenia« twarzy”. Taka wiedza wydaje się dziś kluczowa, bo problemy techniczne nie mogą być dla aktora przeszkodą: „Dwa razy brałam udział w castingu, w którym trzeba było nagrać self-tape. Nic z tego nie wyszło, ponieważ film nie chciał się załączyć do karty zgłoszeniowej. Dałam więc sobie spokój z castingami w ogóle” – wyznaje Renata Pałys, aktorka filmowa i teatralna, szerzej znana z serialu Świat według Kiepskich.
JULIUSZ CHRZĄSTOWSKI: „Jeden z producentów wyznał mi kiedyś, że nie lubi aktorów z Krakowa, bo są wiecznie zajęci teatrem. To jest problem, by organizować produkcję serialu, kiedy trzeba brać pod uwagę dojazd do Krakowa, spektakle i próby”.
Większym wyzwaniem niż światło i jakość nagrania wydają się jednak kwestie logistyczne – godzenia pracy w teatrze z tą na planie i dojeżdżanie na castingi, zwłaszcza jeśli mieszka się poza Warszawą. „Zdarzają się takie sytuacje, że dostaję propozycję roli w serialu, ale idzie za nią konkretna kalendarzówka i presja, żebym zadeklarował swoją dyspozycyjność na konkretne dni z półrocznym wyprzedzeniem. Zaczynają się wtedy trudne rozmowy z koordynacją pracy artystycznej w sprawie repertuaru teatru, a następnie prośby do dyrekcji o bezpłatny urlop” – opowiada Chrząstowski. I żartobliwie dodaje: „Jeden z producentów wyznał mi kiedyś, że nie lubi aktorów z Krakowa, bo są wiecznie zajęci teatrem. To jest problem, by organizować produkcję serialu, kiedy trzeba brać pod uwagę dojazd do Krakowa, spektakle i próby”. O podobnym doświadczeniu mówi Paweł Palcat: „Na jednym z castingów spotkałem się z opinią, że pracując w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, nie dostanę roli, ponieważ aktorzy z tego teatru są mocno zajęci. Producenci współpracowali już z jedną osobą od nas i trudno było o terminy, więc chcąc uniknąć takich sytuacji, nie angażowali naszych aktorów”. „Są telefony typu: słuchaj, ktoś nam wypadł, potrzebujemy, żebyś zagrała. I czasami są to fantastyczne role, ale choćbym miała najszybszy samochód, to nie jestem w stanie być na planie w Warszawie do 17.00 i przyjechać na 18.00 do Wałbrzycha, by o 19.00 zagrać spektakl” – zauważa Cegielska.
Dyspozycyjność i mobilność nie zawsze idą w parze z większymi możliwościami. Są jeszcze inne zmienne. „Otrzymywanie propozycji do udziału w castingach – mówi Agata Bykowska, związana niegdyś z Teatrem Wybrzeże w Gdańsku, występująca dziś głównie w filmach i serialach – zależy od tego, w czym się wcześniej grało i w jakiej jest się agencji aktorskiej”. Z tym drugim jest w Polsce duży problem. Agencji nie ma wiele, a do istniejących trudno się dostać. Nawet jeśli ma się w dorobku główną rolę, można usłyszeć „nie”. „Sama długo nie byłam w dobrej agencji – kontynuuje Bykowska – i mimo że wystąpiłam w filmie Chrzciny, nie miałam żadnych propozycji. Teraz jestem w innej agencji i przez ostatni rok byłam zapraszana na takie castingi, na jakie nie trafiłam przez całą swoją artystyczną drogę”.
Informacje o castingach nie są bowiem przekazywane agentom w taki sam sposób. Zwraca na to uwagę Słomiński, dopowiadając, że podczas wielu warsztatów reżyserzy obsady mówią, by pisać do nich bezpośrednio, przypominać się: „Ile można takich maili wysłać, by zapaść komuś w pamięć? Przestałem już to robić, na te maile nikt nie odpowiada”. Aktorowi podoba się pomysł utworzenia Ogólnopolskiej Agencji Aktorskiej, która zrzeszałaby wszystkie agencje: „Transparentność mogłaby być wtedy na trochę wyższym poziomie, bo takie agencje przystępowałyby do czegoś w rodzaju przetargu o to, kto będzie zabezpieczał od strony aktorskiej dany plan filmowy. Mówię o głównych rolach i epizodach”.
Brak szacunku
W 2023 roku Daniel Zawada, aktor młodego pokolenia, opisał na Facebooku, jak wyglądał casting do roli Hamleta w Teatrze STU, przeprowadzony przez dyrektora tego teatru, Krzysztofa Jasińskiego. Wpis odbił się szerokim echem, doczekał się wielu komentarzy i przedruków, pojawił się nawet jako kontekst w spektaklu Casting w reżyserii Mateusza Atmana i Agnieszki Jakimiak z Teatru Collegium Nobilium w Warszawie. Zawada pisał w nim m.in. o braku szacunku Jasińskiego do aktorów i ich przedmiotowym traktowaniu (pisownia oryginalna): „Co godzinę grupa 10-15-stu młodych aktorów wchodzi do gabinetu Pana dyrektora, każdy się przedstawia i mówi kilka zdań o sobie. Po przejściu całej kolejki Pan dyrektor tłumaczy dlaczego już wie że »…nie ma wśród państwa Hamleta…«. Wszyscy poza dwoma aktorami wychodzą, oni dostąpili łaski powiedzenia monologów. Casting trwa trzy dni, pojawi się na nim mniej-więcej około stu młodych aktorów z całej Polski ze swoimi interpretacjami monologu »Być albo nie być…«. Szkoda że tylko mały procent będzie mógł je zaprezentować”.

Większość z rozmówców, których pytam o ich doświadczenia, nie mówi jednak o castingach źle. Może przez to, że brali udział głównie w tych filmowych, reklamowych lub serialowych, a nie teatralnych? A może rzeczywiście coś się zmieniło? W ostatnich latach przetoczyła się przecież przez Polskę debata o mobbingu i przemocy w środowisku artystycznym. Natomiast już nie tak dobrze oceniane jest podejście reżyserów castingów i producentów do czasu aktorów i aktorek.
Część z nich pomstuje, że przesłuchania się przedłużają i nie są najlepiej zorganizowane. Aktor, którego po raz kolejny cytuję anonimowo, bo obawia się, że ta wypowiedź mogłaby zaważyć na jego relacjach z reżyserami castingów, wspomina: „Jakiś czas temu miałem pierwszy od roku stacjonarny casting. Byłem też wtedy w próbach w swoim teatrze – zwolniłem się u dyrektora, jechałem sześć godzin do Warszawy, a na castingu byłem traktowany w sposób typu: dobrze, dobrze; chodź, szybko, szybko; nie ma czasu. Zagrałem swoją scenę, spędziłem tam jakieś 10 minut – i poczułem się głupio, że jadę tyle godzin, tego samego dnia wracam, a nikt nie szanuje tego wysiłku”. Na podobne sytuacje zwraca uwagę Sadowska: „Najgorsze jest to, gdy ktoś ci mówi, że masz przyjść na 10.00, a na przesłuchanie wchodzisz o 19.00. Przez złą organizację – wpływającą zarówno na jakość pracy aktora, jak i jej odbiór przez castingerów – nie możesz nic innego zaplanować, cały dzień masz z głowy”.
Każdy, kto idzie na casting, powinien też dostać odpowiedź, nawet jeśli miałaby ona brzmieć: nie, nie dostałeś tej roli. Nie jest to jednak standard. „Łapię się czasem na tym, że przez miesiąc czekam na informację o wymarzonej roli, a aktorów wybrano już trzy dni po castingu. Telefony z informacją zwrotną powinny być obowiązkowe! Oszczędziłyby nam dużo stresu” – postuluje Kowalska.
Czy znanym jest łatwiej?
Choć w teatrze uznanym aktorom i aktorkom proponuje się angaż do spektaklu bez przesłuchiwania, zupełnie inaczej wygląda to na planie filmowym. „Nawet rozpoznawalni i sprawdzeni aktorzy o wielkich nazwiskach są zobligowani przez produkcję i reżyserów do udziału w castingach – wyjaśnia Jacek Poniedziałek, aktor Nowego Teatru w Warszawie, występujący regularnie w filmach i serialach. – Bez castingu zdarza mi się otrzymywać jedynie małe, epizodyczne role. Natomiast w przypadku tych pierwszo- i drugoplanowych, wyrazistych i dużych, obowiązuje bezwzględna zasada castingu, który często jest wieloetapowy i polega na odsiewaniu osób niepasujących reżyserowi lub producentom. Przypomina to nieco egzaminy do szkoły teatralnej”. Proces ten – zdaniem Poniedziałka – wynika z dominacji platform streamingowych, które wprowadziły bezwzględną zasadę sprawdzania, czy aktor pasuje do konwencji oraz jak „paruje się” z partnerem lub całą grupą.
„W środowisku teatralnym jestem rozpoznawalną artystką, ale nie ma to żadnego wpływu na karierę na ekranie. W świecie filmu, mimo nagrody na festiwalu w Gdyni, wciąż jestem słabo znana” – ocenia z kolei Agnieszka Kwietniewska, występująca na deskach różnych teatrów i w produkcjach filmowych. Co zaskakujące, kariera teatralna może wręcz szkodzić filmowej. „Mówię to z lekką goryczą, ale świata filmowego, czyli producentów, reżyserów i show-biznes, nie interesuje za bardzo teatr – zauważa Chrząstowski. – Mam wrażenie, że doświadczenie teatralne czasem wręcz przeszkadza w ubieganiu się o rolę”. Do podobnych wniosków dochodzi Bykowska: „Reżyserzy filmowi i serialowi chyba nie do końca są za tym, żeby angażować aktorów teatralnych, jeśli grają teatralnie. Jakiś czas temu przeglądałam swoje stare self-tape’y, które nagrywałam, gdy pracowałam jeszcze w teatrze. Byłam w szoku, jak szeroko gram – z przyzwyczajenia do scenicznego aktorstwa. Na castingach, w filmach i serialach trzeba grać inaczej niż na scenie”.
AGNIESZKA KWIETNIEWSKA: „W środowisku teatralnym jestem rozpoznawalną artystką, ale nie ma to żadnego wpływu na karierę na ekranie. Producenci chętnie zatrudniają twarze, które są już znane. Nieraz przegrałam casting z medialną osobą, mimo że reżyser był mną zainteresowany”.
Czy znanym jest zatem łatwiej? To zależy. Sama środowiskowa sława i uznanie krytyków nie wystarczą. Liczą się też zasięgi w mediach społecznościowych i „celebrycka” rozpoznawalność. „Producenci chętnie zatrudniają twarze, które są już znane. Nieraz przegrałam casting z medialną osobą, mimo że reżyser był mną zainteresowany” – mówi Kwietniewska. „Jeżeli chodzi o producentów, to nie mam pojęcia, jakie są meandry ich myślenia, chociaż wiem, że kompletuje się obsadę według jakiegoś klucza. Jest nim m.in. liczba obserwatorów na kontach społecznościowych” – dopowiada Pałys.
Od kilku aktorów i aktorek słyszę, że na etapie wysyłania zgłoszenia coraz częściej prosi się ich o podanie linku do Instagrama. „Ten aspekt jest chyba najbardziej frustrujący. Uczymy się tego zawodu, kończymy szkoły, do których niełatwo było się dostać, a nagle role dostają osoby, które po prostu sprzedadzą film swoją znaną twarzą. Słyszałem też o sytuacjach, w których wymaganiem do zagrania pierwszoplanowych ról była określona liczba obserwatorów na Instagramie” – opowiada Kujawa. Słuszny wobec tego wydaje się postulat Liberek: „Zajęcia z autopromocji powinny znaleźć się w planie wszystkich uczelni artystycznych”.
Godne warunki
Na potrzeby tego tekstu rozmawiałem i korespondowałem z wieloma aktorami i aktorkami, będącymi na różnych etapach kariery i mającymi różne doświadczenia w zawodzie – niektórzy pracują w teatrze i tylko czasem występują przed kamerą, inni odeszli z teatru na rzecz filmu czy serialu, a jeszcze inni z powodzeniem godzą obie te aktywności. Trudno byłoby uogólniać na temat ich motywacji: jednym bardziej zależy na rozwoju i poszukiwaniach formalnych, pozostałym na zarobku lub utrzymaniu się w branży.
Gdy redaguję ostatnie wypowiedzi, media po raz kolejny obiegają informacje o przedłożonym przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego projekcie ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny. Część społeczeństwa nie rozumie, w czym właściwie rzecz, a prawicowi politycy i publicyści rywalizują o to, kto bardziej dopiecze artystom i artystkom. Sławomir Mentzen, niedoszły prezydent, nazywa ich „nierobami” i radzi: „Jeśli chcecie naszych pieniędzy, to twórzcie sztukę, za którą sami będziemy chcieli płacić. Malujcie ładne obrazy, nagrywajcie dobre piosenki, twórzcie dobre filmy i spektakle. Róbcie dobrze to, na czym się znacie”. Polityk nie wie lub udaje, że nie wie, że pomoc państwa jest im potrzebna właśnie po to, by mogli w spokoju robić to, na czym się znają. O godne, a czasem nawet podstawowe, warunki pracy trudno dziś w kulturze. Teatr czy aktorstwo nie są tu niestety wyjątkiem.