Bohaterka z Grand Hotelu
Tematem krakowskiego przedstawienia jest ciche, niezauważone bohaterstwo. Mnogość wątków i swego rodzaju dramaturgiczna nieporadność sprawiają jednak, że całość grzęźnie.
Elsa Revcolevschi, francuska reżyserka o polsko-żydowskich korzeniach, przenosi na najmniejszą ze scen Narodowego Starego Teatru losy zapomnianej bohaterki Jany Kováčovej – pokojówki z łódzkiego Grand Hotelu, która w czasie drugiej wojny światowej zaangażowała się w działalność konspiracyjną i pomagała kobietom z getta. O jej heroicznej postawie, jak informuje rozpoczynająca spektakl odtwarzana z offu audycja radiowa, świat dowiedział się późno i w zasadzie przypadkiem, z zapisków jednej z ocalonych. Tematem krakowskiego przedstawienia przygotowanego w ramach międzynarodowej rezydencji artystycznej jest właśnie owo ciche, niezauważone bohaterstwo.
Ale to niejedyny wątek spektaklu. Revcolevschi, w scenariuszu własnego autorstwa, tworzy sceniczny kolaż, który zaludnia cała plejada pogubionych życiowo postaci, kreowanych przez cztery aktorki Starego Teatru – Bogumiłę Bajor, Lidię Dudę, Natalię Kaję Chmielewską i Karolinę Staniec. Akcja przedstawienia rozgrywa się, a jakże, w jednym z hotelowych pokoi, zakomponowanym dość realistycznie przez Salomé Vandendriessche, choć realizm budowany za pomocą rekwizytów przełamują zastępujące ściany tkaniny oraz oniryczne światło. Twórczyni spektaklu dość luźno miesza plany czasowe. Znajdujemy się więc nie tylko w Grand Hotelu, ale także w łódzkim getcie. Ramą widowiska jest planowana w jednym z pokoi rekonstrukcja czy raczej stworzenie izby pamięci poświęconej Janie. Nad ekspozycją pracuje dwójka bohaterek – granych przez Bajor i Chmielewską. Równolegle śledzimy prowadzony w kafkowskim klimacie wątek kryminalnego śledztwa w sprawie tajemniczej śmierci – morderstwa lub samobójstwa – reżyserki filmów pornograficznych (Staniec). Wszystkie te luźno splecione wątki łączy postać pracownicy Grand Hotelu (Duda), starającej się pomóc zarówno śledczym, jak i bohaterkom odwiedzającym ten dziwny, duszny świat, jak z późnych filmów Kieślowskiego.

Twórczyniom udaje się zaintrygować widza dzięki sugestywnemu wizualnemu klimatowi oraz oszczędnemu w środkach aktorstwu, budując przy tym atmosferę tajemnicy wokół okupacyjnych losów, a także motywacji Kováčovej, ostatecznie jednak mnogość wątków i swego rodzaju dramaturgiczna nieporadność sprawiają, że całość grzęźnie. Choć w zamyśle reżyserki losy bohaterek krzyżują się ze sobą, krążąc wokół historii Jany, na scenie pozostają osobnymi obrazami, z których niewiele wynika. Ktoś przygotowuje wystawę o zapomnianej bohaterce ruchu oporu i szuka materialnych śladów jej losów. Z kolei pokojówka w finałowym monologu przywołuje postać czarnoskórego marynarza, cichego i swego czasu kontrowersyjnego bohatera obrazu Tratwa Meduzy Théodore’a Géricaulta, który z powodu koloru skóry – tak jak w przypadku Jany z powodu płci czy ludowego pochodzenia – okazał się w swoim czasie niegodny miejsca w panteonie bohaterów. Rozpoznanie tyleż słuszne, co niezbyt już dziś odkrywcze.
Najciekawszym i zdradzającym największy potencjał, ale też subtelnym i nieoczywistym jest (czy też mógłby być) motyw romansu poprzedzającego samobójczą najpewniej śmierć twórczyni filmów erotycznych, rozgrywany przez Staniec i Chmielewską. Właściwie nie wiemy nic o ich relacji – jedynie strzępy, drobne gesty, kilka scen spotkania, przygodnego romansu z aplikacji randkowej. Przewrotnie pojawia się jednak pytanie o to, czy może Jana uratowała tę kobietę z miłości.
Jest w krakowskim spektaklu kilka interesujących scen. Ale jest też sporo oczywistości. Trudno zgadnąć, czy chodziło o odzyskiwanie biografii czy luźną queerową wariację z politycznym, kolonialnio-klasowym tłem. Realizm psychologiczny miesza się z surrealizmem (nieludzko zdeformowani śledczy), kryminał z historyczną rekonstrukcją. W materiałach poprzedzających premierę reżyserka sporo uwagi poświęcała tematowi pamięci przedmiotów i miejsc, stąd także tytuł przedstawienia. Jednak i ten wątek na scenie nie wybrzmiewa.