Bryk z umierania

Bryk z umierania
Very Very Hamlet, reż. Dominika Knapik / fot. Natalia Kabanow / Teatr Polski w Poznaniu
Dynamiczna reżyseria Knapik i ekspresywny język, którego używa Kowańska, przepisując Hamleta, a nawet montaż atrakcji nie gwarantowałyby sukcesu, na który zasłużył ich spektakl, gdyby nie fenomenalni aktorzy i rewelacyjne aktorki Teatru Polskiego.

Po sukcesie Very Funny (2023), obok innych firmowanych przez siebie działań teatralnych, Dominika Knapik i Patrycja Kowańska realizowały kolejne spektakle z serii Very. Jako duet Gruba i Głupia w dość krótkim czasie przygotowały Very Sad (2024) i Very Cheap (2024), które dopełniły autorską trylogię oraz potwierdziły oryginalność stosowanego przez nie języka scenicznego, korzystającego ze szczególnego, autoironicznego stylu mówienia o porażce. Każde z tych trzech przedstawień krytycznie obrazowało i komentowało realia pracy twórczej w Polsce. W każdym z nich artystki konstruktywnie wykorzystywały także klasyczne odniesienia kulturowe, proponując ich błyskotliwe, często idące w poprzek utrwalonej tradycji, interpretacje.

W nagrodzonym w konkursie SzekspirOFF na Festiwalu Szekspirowskim Very Funny pojawiały się nawiązania do twórczości Williama Szekspira. W Very Sad – do Schuberta, ale już w Very Cheap artystki powróciły do dramaturgii Stratfordczyka. Po kolejnym „skoku w bok” – zrealizowanym jesienią zeszłego roku w Teatrze Współczesnym w Szczecinie przedstawieniu Very Ibsen (2025), w którym co prawda same już nie występowały, ale jako reżyserka i dramaturżka prowadziły sześcioro postaci scenicznych z dramatów Henryka Ibsena ścieżką pseudoterapii – Knapik i Kowańska znów zajęły się twórczością autora Burzy. Tym razem skoncentrowały się na jednym, najlepiej znanym jego tekście, dekonstruując go i w obecności widzów przeprowadzając sekcję tytułowego bohatera niczym doktor Tulp Rembrandta: otwierając jego ciało, zaglądając pod czaszkę i analizując stan psychiczny.

Przygotowany w Teatrze Polskim w Poznaniu Very Very Hamlet przygląda się duńskiemu księciu, traktując go jak zombie: postać martwą za życia, a mimo to powracającą przez wieki historii w nieskończonej liczbie wariantów oraz powtórzeń, które zostawiają swój ślad na kolejnych pokoleniach. Choć cień śmierci od samego początku zasnuwa scenę Malarni Teatru Polskiego, spektakl jest pełen (czarnego) humoru i przeróżnych (również czarnych) atrakcji. Hamleta nie traktuje się tu z nabożną czcią, a tragiczne rozterki postaci bywają wyśmiewane, co momentami prowokowało moją niezgodę, łagodzoną przez fakt, że Very Very Hamlet nie szczędzi dowodów na rangę tego tekstu oraz jego znaczenie dla światowej kultury, a także potwierdza jego wpływ na masową wyobraźnię.

Akcja toczy się w zakładzie pogrzebowym Very Hamlet, którego pracownicy i pracownice „prawdopodobnie z wielkiej miłości do teatru elżbietańskiego i estetyki emo” – jak sugeruje mechaniczny głos z offu – odtwarzają sceny z Hamleta. Po bokach przestrzeni scenicznej wiszą duże czaszki, w rogu stoi różowy ludzki szkielet, a przed publicznością znów staje sześcioro postaci. Tym razem, w odróżnieniu od tych z Very Ibsen, nie szukają one swojego autora, ale bohatera. Mocny makijaż, fryzury, kostiumy, których częścią są czarne koszulki z nadrukowanymi gotykiem klasycznymi cytatami z tragedii – czasem w oryginalnych tłumaczeniach, jak „essere o non essere” (kostiumy: Klaudia Hegab) – nie pozostawiają wątpliwości: to miłośniczki i miłośnicy kultury goth. Muzyka Szymona Lechowicza także stylizowana jest na gotycki rock, kontrapunktowany czasem dźwiękami rustykalnych fujarek kojarzonych z teatrem elżbietańskim.

W prologu postaci opowiadają o umieraniu. Sugerują, że w ostatnich chwilach życia człowieka jego myśl przebiega po zgromadzonych w pamięci wspomnieniach, pozwalając na powrót do wyjątkowych chwil. Ich przykłady – stereotypowe, ale także zabawne i bardzo osobiste – można wiązać z doświadczeniami samych wykonawców i wykonawczyń, którzy – mimo kreowania charakterystycznych i bardzo wyrazistych ról – jeszcze kilka razy w trakcie przedstawienia ujawnią swój realny status.

Ważna w planie szekspirowskiej fabuły dramatycznej postać aktora, w tragedii funkcjonująca także jako metafora ról odgrywanych na pokaz przez Hamleta, pełni istotną funkcję także w scenariuszu Kowańskiej. Z tą różnicą względem oryginału, że cytowane fragmenty instrukcji, których książę udziela członkom wędrownej trupy (brzmiące, jakby pochodziły z archaicznych przekładów Hamleta, np. „Wszystko bowiem, co przesadzone, przeciwne jest intencjom teatru”), traktowane są przez postaci Very Very Hamlet à rebours. Chociaż jedna z pierwszych sekwencji spektaklu przypomina streszczenie Hamleta w stylu Dzieł wszystkich Szekspira (w nieco skróconej wersji), kolejne skupiają się na kluczowych scenach Tragedii księcia Danii. Zmieniające się rolami osoby o długich, kruczoczarnych włosach ze śmiertelną powagą parodiują działania i wyolbrzymiają emocje Klaudiusza, Gertrudy, Ofelii i innych postaci dramatu. Błazenadę kilka razy przerywa przypomnienie, że jesteśmy w zakładzie pogrzebowym. Jego pracownicy opowiadają wtedy o swojej pracy: transporcie zwłok, kontakcie z rodziną zmarłego, o przygotowaniu ciała do pogrzebu, masażu mającym przeciwdziałać stężeniu pośmiertnemu, makijażu czy zabezpieczeniu ciała przed wypływaniem płynów ustrojowych.

Very Very Hamlet, reż. Dominika Knapik / fot. Natalia Kabanow / Teatr Polski w Poznaniu

Kolejne, biegnące wartko sceny wykorzystują trzy, znacznie różniące się od siebie konwencje. Jedna z nich przypomina koncept znany z Hamleta The Wooster Group (2007): aktor lub aktorka zapowiada film, stworzony na podstawie tragedii Szekspira, akcentując wyróżniające go cechy. Następnie jego fragment jest odtwarzany w projekcji, a wykonawcy na scenie naśladują działania postaci widocznych na ekranie, jak zwykle – „przeginając”. Część obsady może generować w tym czasie ścieżkę dźwiękową; pozostali siadają na krzesłach, zajadając popcorn. Wykorzystane są filmy w reżyserii Svenda Gade i Heinza Schalla (1921) z Astą Nielsen („ninją kina niemego”) w roli tytułowej, zarejestrowana przez Clémenta Maurice’a scena pojedynku (Le Duel d’Hamlet, 1900) z Sarah Bernhardt, aktorką szczególnie związaną z rolą duńskiego księcia, Hamlet Laurence’a Oliviera (1948), ale też spaghetti western na motywach tragedii Szekspira (Johnny Hamlet, reż. Enzo G. Castellari, 1968), korporacyjny Hamlet w reż. Michaela Almereydy (2000) z Ethanem Hawkiem w roli głównej, który – jak sugeruje Alan Al-Murtatha – „szuka spisku w automacie z napojami”, oraz fragment rejestracji Hamleta w reżyserii Thomasa Ostermeiera z berlińskiego Schaubühne z Larsem Eidingerem.

Druga konwencja, przeplatająca sceny prezentowane w projekcjach, zakłada powtarzanie tych samych sytuacji dramatycznych przez aktorów – już wyłącznie w żywym planie – w alternatywnych, podbitych ironią wersjach. Szczególnie wyróżnia się jednak stylistyka innych scen, opartych na dialogach dwóch postaci tragedii. Ich zmodyfikowane głosy odtwarzane są z offu, a wykonawcy stosują lip-sync. Poruszając ustami oraz wykonując charakterystyczne, jakby automatyczne gesty, dostosowują swoją aktywność do nagrania. Ono zaś czasem zacina się, powtarza, zapętla, przyspiesza albo zwalnia, wymuszając spektakularne działania aktorskie. W połączeniu z dialogami, przepisanymi przez Kowańską na współczesny, dosadny język (Hamlet na murach Elsynoru: „wiatr kąsa, zimno w chuj, gdzie ten duch?”) daje to niezwykle komiczny efekt. I byłoby świetnie, gdyby kilkukrotne powtórzenia i nawroty konwencji, podobnie jak gimnazjalny humor, nie skutkowały wrażeniem monotonii, potęgowanym przez nadmierne uproszczenia. Jednak w momentach, w których można już było niemal uznać, że możliwości scenarzystki są bliskie wyczerpaniu, wkraczała reżyserka. Bezpośrednie zwroty do publiczności, sceny śpiewane, materiał wideo z osobistymi wypowiedziami aktorek i aktorów na temat śmierci, a zwłaszcza rewelacyjna choreografia fosforyzujących, tańczących w ciemności szkieletów, urozmaicają prezentację, zwiększając jej atrakcyjność.

Dynamiczna reżyseria Knapik i ekspresywny język, którego używa Kowańska, przepisując Hamleta, a nawet montaż atrakcji nie gwarantowałyby sukcesu, na który zasłużył ich spektakl, gdyby nie fenomenalni aktorzy i rewelacyjne aktorki Teatru Polskiego. Złowrogie miny Michała Kalety, słodycz spojrzenia Moniki Roszko, opanowanie Mariusza Adamskiego, niezdarność Alana Al-Murtathy, kontrola gestu Ewy Szumskiej i swoboda Kornelii Trawkowskiej to dodatkowe atuty Very Very Hamlet. Knapik i Kowańska prowadzą publiczność przez sceny spotkania księcia z duchem ojca, jego rozmowę z Ofelią, dialog z matką w jej sypialni i przekomarzanki z grabarzami. Aż do sekwencji pojedynku, która nikomu nie pozostawia wyboru: podobnie jak w sztuce Rosencrantz i Guildenstern nie żyją od początku wiadomo, że na końcu wszystkich czeka śmierć. I chociaż w rozbawieniu trudno nam w to uwierzyć, nie ominie także nas. Very Very Hamlet to mozaikowy bryk z Hamleta, który okazuje się brykiem z umierania. Zabawnym, jak to tragedia – śmiertelnie.

Teatr Polski w Poznaniu, Very Very Hamlet, reżyseria, choreografia, koncept scenografii Dominika Knapik, scenariusz, dramaturgia, wideo Patrycja Kowańska, kostiumy Klaudia Hegab, muzyka i udźwiękowienie Szymon Lechowicz, reżyseria światła Wolfgang Macher, współpraca choreograficzna Karolina Grygier, premiera 17 kwietnia 2026.

Piotr Dobrowolski

Literaturoznawca, estetyk, teatrolog; pracownik naukowy w Zakładzie Estetyki Literackiej UAM. Krytyk literacki i teatralny, tłumacz, eseista.