Bullshit job, bullshit katharsis
Spektakl konsekwentnie rozbraja potencjalnie istotne napięcia, sprowadzając je do żartu. Co więcej, pobrzmiewający w tle morał – że mimo problemów lubimy się, więc ostatecznie wszystko będzie dobrze – działa wręcz unieważniająco: łagodzi konflikty, które domagałyby się raczej pogłębienia niż rozbrojenia.
Każda praca hańbi. Pozdrowienia z późnego kapitalizmu to wydana w 2022 roku książka Wiesławca Deluxe – autora fanpage’a z humorystycznymi memami – poświęcona jego dziesięcioletniej drodze na rynku pracy oraz ukazująca przemocowe oblicze późnego kapitalizmu. Autor opisuje specyfikę zatrudnienia na różnych stanowiskach i w odmiennych środowiskach: od stoiska z okularami przeciwsłonecznymi w irlandzkim centrum handlowym, przez etat akademicki na polskiej uczelni katolickiej, aż po pracę w korporacjach, takich jak bank, fabryka zakrętek czy koncern produkujący karton makulaturowy. Większość z tych zajęć to – używając określenia antropologa Davida Graebera, autora książki Z – tzw. bullshit jobs: prace pozbawione sensu, niesatysfakcjonujące, a jednocześnie wyczerpujące i jałowe. Lekki, dowcipny styl Wiesławca Deluxe sprawia, że czyta się go łatwo, jednak kryjąca się pod spodem opowieść wcale nie jest zabawna – obnaża opresyjność systemu kapitalistycznego oraz trudność wyrwania się z jego mechanizmów.
Żartobliwa, memiczna konwencja reportażu stała się inspiracją dla reżyserki Miry Mańki, która wraz z zespołem Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu przygotowała komediowy spektakl Każda praca hańbi, będący adaptacją książki. Reżyserka przetwarza zawarte w niej historie w strukturę złożoną z krótkich skeczy, tworząc opowieść o bliżej nieokreślonej firmie. Główny bohater, Wiesławiec (Jakub Santarosa), dołącza do zespołu kierowanego przez Nadrzędnego (Leszek Malec) i nadzorowanego przez Superwizorkę (Cecylia Caban). Ma przejąć stanowisko pracującego tam od czterdziestu lat Starszego Kolegi (Bartosz Dziedzic), który w ostatnich dniach swojej kariery decyduje się na strajk włoski. Na jego drodze pojawiają się również inni pracownicy: wiecznie poirytowany informatyk Marcin (Paweł Dobek), szukająca romansu koleżanka (Zuzanna Meyer) oraz samotna pracownica z dwudziestopięcioletnim stażem – głośno słuchająca radia i wciąż wierząca, że wygrana w loterii pozwoli jej porzucić pracę (Judyta Paradzińska).
Można odnieść wrażenie, że twórczynie i twórcy spektaklu próbowali odtworzyć atmosferę kultowego mockumentalnego serialu komediowego Biuro, jednak zabrakło im charakterystycznego dla niego inteligentnego humoru oraz precyzji w konstruowaniu satyry. Choć reżyserce udaje się uniknąć wyższościowego tonu obecnego u Wiesławca Deluxe, który momentami z inteligencką manierą protekcjonalnie opisuje swoich współpracowników i współpracownice, jej spektakl pozostawia niedosyt. Podjęty temat staje się tu raczej pretekstem do budowania humorystycznych, lecz niepogłębionych scenek.
Kolorowe (reżyseria światła: Klaudyna Schubert), oparte na slapstickowych gagach przedstawienie (choreografia: Dominik Więcek) układa się w kalejdoskop oczywistych wątków związanych z pracą. Pojawiają się motywy dyskryminacji ze względu na płeć, molestowania seksualnego, nierówności i niejawności płac, nieetycznych zwolnień, przeciążenia zadaniami czy pozorowania działań, za którymi kryje się faktyczne niewykonywanie – nierzadko absurdalnych – obowiązków. Świadome swojej sytuacji postaci próbują wyjaśnić kolegom i koleżankom: to nie jest praca, ale świadczenie teatru pracy. Obiektem kpin staje się również korporacyjna nowomowa pełna anglicyzmów oraz propaganda sukcesu odwołująca się do „rodzinnych wartości” i pracy z pasji zamiast dla pieniędzy, a także taśmowość i bezsens zadań wykonywanych poprzez szereg czynności pozbawionych znaczenia.
Choć każdy z tych wątków zostaje wyraźnie zasygnalizowany – wypowiedzi postaci nie pozostawiają miejsca na niedopowiedzenia – żaden nie wybrzmiewa w pełni swojej złożoności. Zamiast rozwinięcia niemal natychmiast zostaje sprowadzony do mniej niż bardziej zabawnego żartu, często zwieńczonego dość toporną puentą. Tendencja do jednoznaczności ogranicza potencjał ciekawszych fragmentów – paradoksalnie najlepiej wypadają u Mańki te utrzymane w poważniejszym tonie: poruszający wątek zwolnienia jedynej osoby autentycznie lubiącej swoją pracę (Starszego Kolegi granego przez Bartosza Dziedzica) czy pracownicy granej przez Judytę Paradzińską, której życie spędzone na monotonnej pracy zdaje się przeciekać przez palce.

Ciekawym zabiegiem jest odrealnienie miejsca akcji: zamiast tradycyjnego biura na scenie pojawia się umowna przestrzeń budowana intensywnym kolorem, a scenografia zostaje zredukowana do prostych biurek wyposażonych w zabawkowe laptopy i kolorowe, plastikowe telefony komórkowe. Kostiumy również odbiegają od stereotypowych, szarych korporacyjnych uniformów – wielobarwne, lekko retro stylizacje o nie zawsze korzystnych fasonach przywodzą na myśl połączenie estetyki polskich kabaretów telewizyjnych z dziecięcą garderobą. Szczególnie wyraźne jest to w przypadku Wiesławca, który nosi kolorową czapkę z wiatraczkiem (scenografia i kostiumy: Katarzyna Sobolewska). Taka konwencja mogłaby stanowić spójny komentarz do bezbronności szeregowych pracowników i pracownic wobec mechanizmów kapitalizmu. W praktyce jednak wzmacnia raczej wrażenie infantylności całego przedsięwzięcia.
Dostrzegam terapeutyczny potencjał tego spektaklu dla części widowni – tej autentycznie zaangażowanej i reagującej śmiechem na komizm prezentowanych scen. Uniwersalność, a zarazem schematyczność sytuacji scenicznych sprawiają, że łatwo rozpoznać w nich znajome typy osób i zdarzenia z własnego, nierzadko samotnie przeżywanego życia zawodowego. To rozpoznanie, wzmocnione zbiorowym śmiechem, może na chwilę wytworzyć poczucie ulgi i wspólnoty doświadczenia, dając namiastkę katharsis.
Problem polega jednak na tym, że zarówno ta wspólnota, jak i samo oczyszczenie okazują się równie pozorne i powierzchowne jak obowiązki wykonywane w ramach bullshit job. Spektakl konsekwentnie rozbraja potencjalnie istotne napięcia, sprowadzając je do żartu – i to żartu, który nie tyle demaskuje mechanizmy przemocy systemowej, ile je rozmywa. Co więcej, pobrzmiewający w tle morał – że mimo problemów lubimy się, więc ostatecznie wszystko będzie dobrze – działa wręcz unieważniająco: łagodzi konflikty, które domagałyby się raczej pogłębienia niż rozbrojenia. Z powodu dość powierzchownych diagnoz i uproszczonych rozstrzygnięć spektakl nie wybrzmiewa jako istotny głos o pracy w realiach późnego kapitalizmu, pozostając – w zależności od indywidualnego poczucia humoru – przede wszystkim propozycją rozrywkową.