Coś mi tu nie gra
Spektaklowi Aleksandry Bielewicz brakuje deklarowanej wkładki ideologicznej. Wychodzenie z roli ofiary? Dementowanie etosu bohatera? Odzyskiwanie sprawczości? Przykrywają to trendy kostiumy i efektowne światła.
Wojna w interpretacji Bielewicz jest sexy. Trudno opisać to inaczej i trudno ocenić. Z jednej strony widzę rozwój Bielewicz jako reżyserki, wystarczy porównać Trojanki z nie tak odległymi Dzikimi palmami z Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu. Spektaklowi z Teatru Powszechnego w Warszawie niewiele można zarzucić: mimo kalejdoskopowej struktury jest niezwykle przejrzysty, a aktorzy są świetnie poprowadzeni. Z drugiej strony dostrzegam dysonans między tym, jak w spektaklu przedstawiane są pewne tematy, a jak opisywane były przez teatr w zapowiedziach.
Spektakl zbudowany jest na kanwie dramatu Eurypidesa, jednak forma antycznej tragedii zostaje przełamana. Muzyka wykonywana na żywo przez zespół The Freuders w połączeniu z elementami poezji śpiewanej i tańca współczesnego to odpowiedź na antyczny chór i jego pieśni. Monologi o cierpieniu przeplatane są scenami komediowymi: Odys i Agamemnon ukrywają się w namiocie przed walką, jedzą jabłka i przekomarzają się. Ich głównym tematem jest wojna trojańska i jej ofiary – reprezentowane przede wszystkim przez kobiety, bohaterki uwięzione w upadającej Troi.
Wszystkie postaci męskie odgrywane są przez trzech aktorów: Grzegorza Artmana, Oskara Stoczyńskiego oraz Tomasza Nosińskiego. Mężczyźni reprezentują w tej opowieści przemoc, bez względu na to, po której stronie konfliktu stoją, co szczególnie uwidacznia decyzja, by obsadzić Artmana jednocześnie jako Parysa i Agamemnona – obaj mają podobne motywacje. Bohaterki odgrywają w tej układance dużo bardziej skomplikowane role. Niewinna Poliksena (Jowita Kropiewnicka) godzi się na śmierć z rąk Greków. Hekabe (Aleksandra Bożek) i Andromacha (Karina Seweryn) są przede wszystkim matkami i cierpią, obserwując śmierć swoich dzieci. Kasandra (Katarzyna Obidzińska) przewidziała wojnę oraz to, że los nie oszczędzi także zwycięzców. Helena (Natalia Lange), chociaż jest głównym powodem wojny i próbuje pogrywać zarówno z Parysem, jak i z Menelaosem, jest bezbronna wobec tego, co ma się wydarzyć.
Towarzyszy im Atena (Julia Latosińska), która choć (zgodnie z mitem) pod koniec wojny przeszła na stronę przegranych, to jej status w spektaklu jest co najmniej niejasny. Z jednej strony wyraźnie odcina się od reszty kobiet, z drugiej zdaje się też sprawować nad nimi kontrolę. W trakcie sekwencji choreograficznych, będących przetworzeniem doświadczanej przemocy, dołącza do pozostałych bohaterek. Jest spokojna i nieustannie obserwuje otoczenie.
Przed wojną nie ma ucieczki. Choć Helena obwiniana jest o jej spowodowanie i to na niej ma dokonać się zemsta Trojanek, w jednej z ostatnich scen, będącej spotkaniem Odysa z Hektorem chwilę przed wybuchem wojny, dowiadujemy się, że jej porwanie było jedynie pretekstem. Romans z Parysem okazuje się nieistotny. Nieistotne są również straty, jakie poniosą obie strony. To nie kaprys Parysa czy urażona duma Menelaosa kierują tym wszystkim. Nieważne, kto to zrządził – mityczni bogowie czy nieubłagany los. Podobnie jak w Europie Krzysztofa Warlikowskiego dostajemy opowieść o przemocy, która będzie się reprodukować, będzie trwać i będzie siać zniszczenie. Jak zapowiadają twórcy: Trojanki rozgrywają się w ciągłym „teraz”, a podobna rzeź wciąż trwa na całym świecie. Współczesne konflikty pozostają więc nienazwane – o problematyczności takich przedstawień pisał w „Teatrze” Dominik Gac.

Jak mówiła Alina Sarnacka, dramatopisarka i weteranka wojny w Ukrainie na łamach „Gazety Wyborczej”: „W Ukrainie trwają właśnie »Igrzyska śmierci«. […] Każdy oddział stara się zyskać uwagę w internecie. Bo uwaga odbiorców to pieniądze, donacje. A donacje przekładają się po prostu na nasze przeżycie”. Na scenie widzimy coś równie dystopijnego. Kostiumy i charakteryzacja odwołujące się do współczesności tylko podbijają niepokój: to nie tylko modne ostatnio buty bokserskie Adidas, suknia Andromachy przypominająca zszyte ze sobą worki na śmieci (inspirowana Balenciagą) czy kostium Heleny, będący przetworzeniem naked dress. Troja jest czymś pomiędzy Koloseum a reality show, w którym każdy moment słabości, rozpaczy i bezsilności zostaje zarejestrowany i pokazany publiczności. Przypomina o tym także zawieszona nad sceną kamera monitoringu. Oglądając, jesteśmy nadzorcami tej wojny, ale może ma nam ona też dostarczyć rozrywki?
Najmocniejszą sceną jest podpalenie Troi, które widzimy niemal wyłącznie w ruchu ciał aktorów. Migające światło, rytmiczna muzyka i unoszący się pomiędzy sylwetkami dym są tłem dla drgających ciał, które stopniowo zaczynają tańczyć. Pożar i zniszczenie przeobrażają się w rave wśród pogorzelisk.
Spektaklowi brakuje deklarowanej wkładki ideologicznej. Wychodzenie z roli ofiary? Dementowanie etosu bohatera? Odzyskiwanie sprawczości? Przykrywają to trendy kostiumy i efektowne światła. Jakby padające ze sceny, a zaczerpnięte z dramatu Giraudoux słowa: „Jak możesz mówić o wojnie w taki dzień jak dziś?” odbijały się jednak od twórców. Trojanki poza pojedynczymi scenami opisanego już spalenia Troi czy widocznej na nagraniu zabawy Menelaosa z Astyanaksem (Bruno Wasyl Ryga) chwilę przed tym, jak chłopiec zostanie przez niego zabity, nie niosą ze sobą bagażu emocjonalnego ani nie ciążą od wagi podejmowanego tematu. Wojna staje się celebrycką dramą, która mimo swojej okropności przestaje nas interesować. Chyba że to ukryta diagnoza społeczeństwa: przestaliśmy interesować się wojną, bo pojawia się tylko przez chwilę na ekranach naszych telefonów i za chwilę możemy wrócić do zdjęć słodkich zwierzątek albo przerwanego serialu.