Diabeł ubiera się u Prady po polsku
Arkadius is dead jest przedstawieniem anachronicznym i pracującym na afektach, które jeszcze niedawno rozgrzewały polskie społeczeństwo, lecz dziś wydają się mocno przygasłe.
Od czerwca 2024 do lipca 2025 roku w Centralnym Muzeum Włókiennictwa odbywała się wystawa Arkadius. Wielkie namiętności. Konfrontacje poświęcona polskiemu projektantowi mody Arkadiuszowi Weremczukowi. Kurator Marcin Różyc postanowił przypomnieć tę barwną postać i jej ekstrawagancką twórczość, w której queer mieszał się z religią. Arkadius bardzo szybko zrobił międzynarodową karierę. Przez sześć lat przygotowywał nową kolekcję co pół roku. Jego kreacje nosiły największe gwiazdy Hollywoodu i ikony muzyki, takie jak Brad Pitt, Cate Blanchett, Björk czy Christina Aguilera. Otworzył dwa butiki – w Londynie i Warszawie – po czym zbankrutował i zawiesił działalność. Niesprzedane kolekcje spakował do kontenera i wysłał do Szkocji. Sam wyemigrował do Brazylii, gdzie mieszka od dwudziestu lat. Nadal tworzy, ale nie dla pieniędzy. Nazywa się AFKAA (Artist Formerly Known As Arkadius). Jak wyznaje, jest rentierem, a od czasu do czasu dorabia przy projektach wnętrzarskich. Cieszy się, że nic nie znaczy w świecie mody i sztuki.
Po dziesięciu latach otworzył kontener i ku swojemu zdziwieniu odkrył, że większość ubrań nie przetrwała. Spleśniała z powodu trudnych warunków atmosferycznych. Do zniszczeń przyczyniły się również gryzonie i insekty. To, co udało się uratować, zostało wykupione przez łódzkie muzeum. Konserwatorzy pracowali nad zbiorami przez lata. Rok po zamknięciu wystawy szykuje się kolejna, poświęcona nowej polskiej modzie, wśród której znajdą się również prace Weremczuka.
Reżyser Marcin Liber i autor scenariusza Michał Kmiecik przedstawiają kilka lat chwały oraz rychły upadek Arkadiusa (Paweł Paczesny). Nauczeni ostatnimi doświadczeniami w warszawskim Teatrze Narodowym zastrzegają, że jest to spektakl „balansujący między biografią a literacką fantazją”. Tezę przedstawienia odczytuję następująco: młody chłopak z Parczewa ma marzenia i ogromny talent, ale destrukcyjna branża oraz wyniszczający system kapitalistyczny stają mu na drodze. Otaczają go ekstrawaganckie i błyskotliwe osobowości, które radzą, rozdają karty, a jednocześnie mierzą się z kryzysami zdrowia psychicznego i ostatecznie popełniają samobójstwa. Wygłaszają rozwlekłe monologi o efemeryczności, niepewności i nieustającej podróży. Nie ma tu relacji niehierarchicznych – każdy zajmuje wyznaczone mu miejsce i pozostaje wobec kogoś uległy. To rzeczywistość depresyjna, wulgarna i cyniczna, oscylująca gdzieś pomiędzy serialem Sukcesja a filmem Diabeł ubiera się u Prady w spolszczonej wersji.
Arkadius is dead wydał mi się przedstawieniem anachronicznym i pracującym na afektach, które jeszcze niedawno rozgrzewały polskie społeczeństwo, lecz dziś wydają się mocno przygasłe. Polski teatr często skupia się na bohaterach, którzy przegrali w czasie transformacji ustrojowej, a w jego historii jest wiele spektakli próbujących rozliczyć problemy kapitalizmu. Tutaj jedynie zakończenie jest inne – po upadku przychodzi upragniona arkadia, spokój i filozofia slow life.
Polska zostaje przedstawiona jako zadupie Europy. Jeden z bohaterów – Aspirant (Łukasz Stawowczyk) – marzy o wyjeździe nad morze, ale takie prawdziwe, nie jakiś Bałtyk. W tekstach Kmiecika wciąż dominuje myśl antyklerykalna i nie zabrakło jej również w łódzkim widowisku – Weremczuk zostaje poproszony o przygotowanie garderoby dla Jana Pawła II, ponieważ papież jest zbyt zajęty przenoszeniem pedofilów do innych parafii. Inni papieże nosili się lepiej, ale nie byli przecież Polakami. Matka Boska (Natalia Klepacka) jest Królową Polski, która nawiedza projektanta w marzeniach sennych i każe sobie szyć garsonki. Bawi was to? Mnie już nie. Dla części publiczności żarty spełniały jednak swoją funkcję. Niektórzy bardzo żywo reagowali na sceniczną rzeczywistość.
Poza dowcipami o polskości obecny jest również prymitywny humor o gównie, cycach i penisach. Na poziomie słownym żenuje, jednak na poziomie inscenizacji – bawi. Kiedy Weremczuk wraca do Szkocji, by otworzyć kontener, spotyka stereotypowo ubranych Szkotów w kraciastych kiltach. Zachowują się dziwacznie i mówią ze specyficznym akcentem. Gdy zaczynają tańczyć, spod kostiumów wyskakują im ogromne sztuczne jądra i penisy. W tych totalnie odjechanych momentach twórcy i twórczynie są najbliżej wizji samego Arkadiusa.

Zespół aktorski prezentuje się wspaniale. Aktorki i aktorzy wcielają się w kilka postaci, ukazując wszechstronność swojego warsztatu. Moją uwagę zwróciła szczególnie Katarzyna Cynke, która naprzemiennie gra Coco Chanel i Isabellę Blow. Aktorka stworzyła dwie bardzo komiczne, oryginalne i bezkompromisowe kreacje. Groteskowości dodają fantastyczne kostiumy oraz charakteryzacja. Cynke jako Blow nosi żółtą perukę przywodzącą na myśl charakterystyczną fryzurę Donalda Trumpa. Jej szminka mocno wychodzi poza kontur ust, lekko deformując twarz. Za kostiumy odpowiadają Mirek Kaczmarek i Maria Mordarska.
Foyer teatru podczas premiery przypominało klub techno. Nastrojowe oświetlenie współgrało ze scenografią Mirka Kaczmarka. Scenę pokryto czerwoną okleiną, a w centralnym punkcie umieszczono catwalk, czyli wybieg modowy. Po lewej i prawej stronie znajdowały się dwa lekko pochylone kontenery, z których wylewały się sterty ubrań. Przestrzeń nie pozwalała zapomnieć o gorzkim końcu kariery Arkadiusa.
Liberowi i Kmiecikowi udało się stworzyć efektowny obrazek, ale to stanowczo za mało. Podczas czytania biografii czy oglądania fabularyzowanych dokumentów nie zadaję sobie pytania, dlaczego dana historia została opowiedziana – ciekawy życiorys wystarczająco mnie angażuje. Kiedy jednak teatr sięga po prawdziwe osoby, potrzebuję powodu. Co scena może zrobić z daną historią? Jak wykorzystać performatywność do ożywienia tego, co zostało zapomniane?
Najciekawiej robi się wtedy, gdy inscenizacja wychodzi poza ramy tradycyjnego spektaklu i skręca w stronę performansu, cielesności oraz choreografii (choreografia: Hashimotowiksa, muzyka na żywo: HIROSZYMA). Oprócz zespołu aktorskiego Teatru im. Stefana Jaracza zaangażowano kilkanaścioro statystek i statystów. Wcielają się w modelki i modeli, odgrywając pokazy mody. To właśnie tam kipi potencjał queeru, subwersji i awangardy, przyćmiony przez zalew tekstu oraz monotonne strategie reżyserskie.