Dobrze jest Ci? Ignorancja szeleści

Dobrze jest Ci? Ignorancja szeleści
Paweł Demirski / fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl
Dariusz Kosiński bierze pod uwagę wyłącznie swoje uprzedzenia, niekompetencję w czytaniu przedstawienia i nadęcie, objawiające się w tonie i języku – pisze Paweł Demirski w polemice z opublikowaną przez nas recenzją spektaklu Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET.

Rzadko komentuję recenzje czy szerzej wypowiedzi na swój temat – kierując się zasadą niekarmienia trolla. Polemika jest też karmieniem ego osoby, z którą się polemizuje, ale tym razem postępuję inaczej – bo ego autora tekstu Narodowy Teatr Traumy imienia Toksycznej Rodziny wydaje się całkiem już nakarmione (tak, tak, zaraz się odezwą głosy, że moje ego to już w ogóle). Ale przede wszystkim dlatego, że mam pełne przekonanie, że praca całego zespołu, realizatorów i reżysera przy spektaklu Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET zaowocowała nową intrygującą jakością – mimo że na pozór składającą się ze znanych elementów. A jak wiadomo, nowe jakości muszą w polskim teatrze przejść rytualną „ścieżkę zdrowia” złożoną z zawiedzionych oczekiwań i przyzwyczajeń. Tak na marginesie, nie jest to przedstawienie o tym, że transformacja nie wyszła, tylko między innymi o emocjach dwóch pokoleń – tego, które przeżyło 30 lat dorosłego życia w naszym posttransformacyjnym kraju, i pokolenia, które swoją drogę dopiero rozpoczyna.

Profesor Kosiński napisał do miesięcznika „Teatr” tekst Narodowy Teatr Traumy imienia Toksycznej Rodziny (w 2013 oberwało mi się od Horubały tytułem Teatr Zdrady Narodowej), który wylądował, moim zdaniem niesłusznie, w kategorii recenzje. Jego tekst recenzją nie jest. Zaliczyłbym go raczej do kategorii epistolarnej – jest to poirytowany list do świata lub samego siebie. A właściwie wpis do księgi skarg i zażaleń typu: wchodzi chłop do mięsnego i się irytuje, że nie może sobie kupić zestawu bakłażan i oliwa.

Na początek – chowam do kieszeni swoją opinię o pisaniu profesora o teatrze i podaję trochę danych:

– Tekst krakowskiego profesora liczy 2297 słów – wychodzi niecałe 16 tysięcy znaków – w sumie nieźle, w porównaniu ze współczesnymi postmainstreamowymi mediami, z których recenzje znikają tak samo szybko, jak bilety na spektakle krytykowane przez Kosińskiego. Jest jednak jedno poważne ALE: o samym przedstawieniu jest tych słów osiemset, czyli właściwie jedna trzecia całości. O czym jest reszta, już donoszę:

– 30 słów lidu, w którym Kosiński literalnie ujawnia, że nie zrozumiał wymowy przedstawienia. Szybko poszło – można by powiedzieć.

– 200 słów nudnego wstępu, który można napisać w dwóch zdaniach.

– 130 słów o moim uprzywilejowaniu. Które, jak rozumiem, ma podważyć w ogóle to, że na scenie można mówić o swojej biografii.

– 100 słów, że nie potępia konceptu, ale zaraz potem potępia. Ale właściwie go nie rozumie, nie rozumie sposobów, w jaki przedstawienie korzysta z hamletowskiego ustawienia. I nie potrafi znaleźć logiki, która łączy sceny przedstawienia ze scenami z Hamleta.

W kolejnych 545 słowach przyznaje się do niezrozumienia podstawowego konceptu obsadowego. Pisze również o tym, że aktorzy młodego pokolenia nie mają w ciele Phila Collinsa (to jedna z najbardziej kuriozalnych opinii). Miejska legenda twierdzi, że Collins był świadkiem utonięcia anonimowej osoby, na które nie był w stanie zareagować – stąd między innymi wybór tej piosenki.

By the way, Kosiński nie klei, że młodzi aktorzy przez większość przedstawienia grają ludzi w różnym wieku, ale w środku będąc dziećmi.

419 słów outro – ogólnych „poirytowanych” przemyśleń, z których wynika, że nie rozumie mojego i reżysera stosunku do teatru, co ciekawe stosunek ten był jasny dla szeregowych widzów, z którymi rozmawiałem po premierze. W tym miejscu się gotuję – odpowiednik szekspirowskiej „pułapki na myszy”, scena z Krzysztofem Globiszem, jest zupełnie opacznie zrozumiana przez Kosińskiego.

Ton całego tekstu jest symptomatyczny, postać HAMLET/SYN nie opowiada swojej historii – tylko, wiecie, „żali się”, w domyśle miauczy. Przy okazji Kosiński widzi tam gdzieś Brechta, nie wiem zupełnie, którędy do tego doszedł, ironia na temat własnych uczuć to nie jest, na litość Boga, Brecht.

Quasiosobisty storytelling Hamleta jest, owszem, o emocjach, o pustce, o poczuciu samotności – o emocjach, które wydają się prywatne, ale uniwersalizują się pokoleniowo. Z mojego doświadczenia wynika, że paradoksalnie polski teatr nie lubi osobistych emocji, nie jest sobie w stanie z nimi poradzić inaczej niż ironią albo atakiem. Tak jest właśnie u Kosińskiego. Mówienie o emocjach to, wiecie – żalenie się. Jakoś dobrze to znamy z codzienności.

Drugą rzeczą emblematyczną, która jasno pokazuje, że spektakl nie zarezonował z Kosińskim, jest to, że przedstawienie kilkukrotnie krytykuje kulturę terapii, czego profesor nie zauważa. Podobnie zresztą jak tematu awansu społecznego, kolonizacji wyobraźni etc. etc.

Poza tym profesor pisze, nie próbując absolutnie zadać sobie pytań o konkretne rozwiązania moje czy reżysera, tylko komentuje je wrażeniowo i niemądrze. Ujawniając według mnie pewną dyspozycję widza, któremu nie zgadzają się własne założenia i nie może ich znaleźć w przedstawieniu. O samym teatrze – scenach, ich wzajemnym oddziaływaniu na siebie i strukturze przedstawienia jakby nie pisze niczego. Ale o tym, że chciało mu się pić i mu się nudziło – owszem. Ale czy mnie, albo publiczność, obchodzi profesorskie samopoczucie? Jezu, zawsze można wyjść z przedstawienia – jeżeli to taka męczarnia.

To, co napiszę poniżej, nie jest tłumaczeniem się, ale stwierdzeniem faktu znanego ludziom, którzy wiedzą choć trochę o mechanice teatru – premiera Mam coś w głębi nie do przedstawienia… poszła premierowo, jak to premiera. Spektakl drugiego dnia nabrał rytmów, pewnej popremierowej lekkości – jestem przekonany, że z tym zespołem będzie tyko rósł. Któryś już raz Kosiński nie bierze tego pod uwagę. Ani publiczności, która w większości była tego wieczoru z nami. Kosiński bierze pod uwagę wyłącznie swoje uprzedzenia, niekompetencję w czytaniu przedstawienia i nadęcie, objawiające się w tonie i języku. Czy to jakaś nowość? A skąd. Przez ostatnich kilka lat nie czytałem zbyt wielu tekstów o teatrze – ale tekstów Kosińskiego sobie nie odmawiałem, bo dawały mi to dziwne uczucie pomiędzy wyciem ze śmiechu a narastającym smutkiem, jak ktoś może tak strzelać w płot swoimi diagnozami, przemyśleniami i stosunkiem do teatru w ogóle. Rzućcie okiem na jego diagnozę w ostatnim „Notatniku Teatralnym”. xD.

Krytyczne argumenty Kosińskiego są wrażeniowe – niespecjalnie poparte argumentami, często ujawniają projekcje autora. Od kilku lat pisząc kolejne wersje odcinków seriali, mierzę się z wieloma uwagami, ale ogólna zasada ich dawania jest taka, że uwagi wrażeniowe są po prostu nieprofesjonalne.

Miało nie być ad personam, więc niestety nie mogę zacytować poetyckich określeń profesora, które czytałem we wspierających mnie poniedziałkowych SMS-ach od koleżeństwa. Na koniec chcę napisać prosto – może czasem lepiej zejść ze swojego ego, uczestnicząc w kulturze, a co dopiero o niej pisząc.

Tytuł tego tekstu to trawestacja cytowanego w przedstawieniu wersu Warszafskiego Deszczu z piosenki Aluminium.

Paweł Demirski

Dramatopisarz, scenarzysta filmowy, reżyser. Jeden z najważniejszych twórców polskiego teatru współczesnego.