Dorosła Dorota
PISARZE W TEATRZE. Dorota Masłowska to dziś nie tylko klasyczka, ale i tradycjonalistka. Nieoczywisty zwrot – od osiedla ku akademii – rymuje się ze zmianami w polskim teatrze. Widać to w inscenizacjach jej tekstów.
„Co tu się właściwie dzieje, co to za cyberpunk?” – pytała pisarka na współKongresie Kultury 2024. Relacjonując spacer po centrum Warszawy, Masłowska diagnozowała kryzys późnego kapitalizmu i kryzys języka. Polszczyzna „mutuje”, „odkształca się” i „wykrzacza”, ponieważ straciła „kościec”. W „półhipnozie” przyjmujemy aspiracje i marzenia, które implementują nam platformy streamingowe i media społecznościowe. Poddajemy się zalewowi anglicyzmów. W efekcie oddajemy pole i godzimy się na „byle jaki język i byle jakie życie”.
Jest w tym sporo racji, ale mówi to autorka, która zasłynęła przede wszystkim brawurowym przetwarzaniem niskich rejestrów polszczyzny i doskonaliła się w tej materii przez ponad dwie dekady. „Ciągle wracam do języków niskich, kalekich, skołowaciałych. Tak jest ten mój talent umiejscowiony – to, co robię najlepiej, to dość wiarygodny zapis polszczyzny w różnych odmianach i umiejętność grania na tym” – mówiła w wywiadzie dla „Dwutygodnika” w 2018 roku. Polski teatr właśnie za te gry z językiem Masłowską hołubi. Przez dwadzieścia cztery lata od ukazania się debiutanckiej Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną powstało czterdzieści sześć spektakli na podstawie prozy, dramatów i felietonów. Zmiana, która dokonuje się w jej pisarstwie, przysparza reżyserom problemów, co najlepiej widać na przykładzie inscenizacji Magicznej rany, pierwszej literackiej manifestacji nowego kursu.
Wydany w 2024 roku zbiór opowiadań (zwany też powieścią) zrealizowano jak dotąd trzykrotnie: Paweł Świątek wyreżyserował przedstawienie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Paweł Miśkiewicz w krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych, a Radosław Maciąg w stołecznym Teatrze Studio. Udało się tylko to ostatnie, bo tylko Maciąg (do spółki z dramaturgiem Konradem Hetelem) zrozumiał, że dzisiejsza Masłowska to nie ta sama autorka, która napisała Wojnę polsko-ruską…

Artystce coraz bliżej do modelu poważnej intelektualistki wykładającej gościnnie na uniwersytecie (w zeszłym roku poprowadziła „Łódzkie Wykłady z Poetyki”) niż orfeuszki zbiorkomu, która w przerwach od pisania bestsellerów nagrywa piosenki. Choć z muzyki nie rezygnuje – niegdyś jako Mister D, dziś jako Dorota. Ale i za mikrofonem nie występuje w roli chuliganki i anarchistki, lecz strażniczki statusu i własności. To dziwne, bo przecież rap, z którym flirtuje, wziął się z samplowania. Tymczasem w niedawnej internetowej awanturce Masłowska zgłaszała pretensję wobec Heleny Englert, która pozwoliła sobie skorzystać we własnej piosence ze spopularyzowanej przez Masłowską frazy. No właśnie, spopularyzowanej, a nie wymyślonej. „Kanapki z hajsem” to tylko jeden z przykładów udanego zapożyczenia. Między nami dobrze jest, czyli najsłynniejszy dramat Masłowskiej, nosi przecież taki sam tytuł, jak piosenka legendarnej Siekiery. A jednak, co wolno wojewodzie…
Język, język, język
Teatr nie kocha Masłowskiej za porywające fabuły ani nawet za rysowane ostrą kreską typy postaci. To przede wszystkim miłość fizyczna – do języka. Z jego rytmem, fleksją, wyrafinowanym nieokrzesaniem. Wyrazisty, świetnie brzmiący głos pisarki poza stylistycznymi walorami ma i tę zaletę, że pobrzmiewa prawdą. Masłowska swoje najsłynniejsze teksty pisała polszczyzną powszednią, dyskontową, utkaną z błędów i niedoskonałości. Oczywiście artystycznie przetworzoną, ale wciąż wiarygodnie podsłuchaną.
Teatr płynące z tego korzyści odkrył bardzo szybko. Wydana w 2002 roku debiutancka powieść pierwszy raz na scenie pojawiła się już rok po premierze. W Teatrze Wybrzeże wystawiła ją Agnieszka Lipiec-Wróblewska. Trzy lata później pisarka na zamówienie TR Warszawa i za namową Grzegorza Jarzyny napisała swój pierwszy dramat – Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku. Pierwsza inscenizacja w reżyserii Przemysława Wojcieszka (2006) nie była udana, ale nie przesłoniła wartości samego tekstu, który wystawiono jeszcze dziewięciokrotnie. Ostatni raz, w 2021 roku, w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, zrobił to Radosław Maciąg. Jeśli wierzyć recenzjom – bez powodzenia. To ciekawe, bo to właśnie Maciąg wydaje się dziś najbliżej Masłowskiej. A raczej: nowa Masłowska jest dziś bliżej Maciąga niż Świątka. To znaczy bliżej teatru skoncentrowanego na psychologii postaci.
„To jest taka dorosła, a nie figlarna literatura” – mówiła pisarka w wywiadzie dla Noizz o Magicznej ranie. Efektem chłodniejszy odbiór książki i jej teatralne problemy.
„To jest taka dorosła, a nie figlarna literatura” – mówiła pisarka w wywiadzie dla Noizz o Magicznej ranie. Efektem chłodniejszy odbiór książki i jej teatralne problemy. Agnieszka Glińska wystawiając w Teatrze Studio Dwoje biednych Rumunów… (2013), mówiła: „Tu reżyser nie może się popisywać. Trzeba słuchać Doroty”. Tak zdawał się myśleć Świątek, pracując nad Magiczną raną. Przykro było patrzeć, jak twórca cieszącego się znakomitą renomą Pawia królowej (2012), ale też bardzo udanej Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną (2019), proponował publiczności lekcję pod tytułem: Masłowska wielką pisarką jest i kazał aktorom recytować opowiadanie po opowiadaniu, nie troszcząc się ani o przerzucanie między nimi mostów, ani o ukryte głębiej sensy. W przypadku wcześniejszych tekstów można było ich nie szukać, bo do radości na widowni wystarczały sama melodia i rytm języka. Dziś Masłowska jest jakby bardziej powściągliwa. Więcej dzieje się pod słowami. Żeby to wydobyć, potrzeba – o zgrozo – klasycznego teatru dramatycznego.
„Co znaczy w zasadzie »poradzić sobie z tekstem Masłowskiej«? – pytała Marcelina Obarska na łamach Culture.pl i odpowiadała: – Przede wszystkim opracować go w taki sposób, że półtorej godziny gęstego »nadawania« literatury nie nuży, a groteskowy portret współczesnej Polski nie grzęźnie w dosłowności i wtórności”. Kluczowa jest dramaturgia, czyli w przypadku Magicznej rany wyłuskanie nadrzędnej historii. Zrozumieli to Maciąg i Hetel. Ich przedstawienie z Teatru Studio choć, podobnie jak to Świątka, przerzuca nas z jednego opowiadania w drugie, nie traci waloru spójnej opowieści o wędrówce po zaświatach. Podobnym widmowym tropem, choć ze znacznie gorszym rezultatem, poszedł Miśkiewicz w krakowskiej AST.
Na bogato
Status modnej pisarki, która znakomicie rozumie popkulturowe kody i chętnie je przetwarza, a także niegdysiejsza pozycja przedstawicielki młodego pokolenia, co autorytetom się nie kłania – to wszystko sprawia, że Masłowska kojarzy się z jednej strony celebrycko i salonowo, a z drugiej wciąż trochę buntowniczo. Bez wątpienia jest jedną z gwiazd literatury, której nazwisko przyciąga publiczność. Nie dziwi więc, że teatr próbuje inscenizacji, których rozmach będzie adekwatny do statusu autorki. Tym tropem poszedł Marcin Liber, który wyreżyserował w warszawskim Studio prapremierę dramatu Bowie w Warszawie (2021) z graną na żywo muzyką zespołu Błoto. To nie był najlepszy spektakl w karierze Libera ani najlepszy dramat w dorobku Masłowskiej. Być może dlatego, że to w nim zaczął się trudny proces modyfikacji rejestrów językowych oraz strategii pisarskich, którego kolejnym etapem jest Magiczna rana.

Mimo mankamentów prapremiery trzy lata później pojawił się kolejny Bowie w Warszawie, tym razem we Wrocławiu. Jarosław Tumidajski wyreżyserował przedstawienie dyplomowe wraz ze studentami Akademii Sztuk Teatralnych, przejmując się bardziej literaturą niż pozycją pisarki. Zamiast spektakularnej inscenizacji z Bartoszem Porczykiem całym na złoto dostaliśmy mozaikową opowieść zanurzoną w PRL-owskim dużym pokoju. Odpowiednio scenograficznie rozszerzonym i spotęgowanym, ale wciąż swojskim (za scenografię w obydwu przedstawieniach odpowiadał Mirek Kaczmarek). Kryminalna intryga, charakterystyczny humor, szczypta absurdu związana z legendą o Davidzie Bowiem spacerującym po Żoliborzu w latach siedemdziesiątych – to wszystko zadziałało, a jednocześnie nie przesłoniło charakterystycznych postaci, które w kreacji wrocławskich studentów stawały się czymś więcej niż stereotypowymi reprezentacjami, na przykład milicjanta. Tak jakby Tumidajski, znany z bardziej konwencjonalnego teatru niż Liber, zrozumiał, że należy szukać pod językiem i przy pomocy bardziej tradycyjnych narzędzi.
Bawi cię to?
Deklarowana niegdyś przez pisarkę koncentracja na tym, co niskie, kalekie i skołowociałe, miała i ten rezultat, że uruchamiała kategorię emancypacji. Bohaterowie Masłowskiej często reprezentują klasy niższe. Są wyraziści, nierzadko groteskowi. I tu dochodzimy do kontrowersji obecnej zwłaszcza wśród młodszych odbiorców, dla których Masłowska nie jest złotym dzieckiem polskiej literatury, ale uprzywilejowaną klasyczką. Czy autorka Pawia królowej toczy klasistowską bekę z biedniejszych, czy też oddaje im głos? A to już zależy od reżysera.
Czy autorka Pawia królowej toczy klasistowską bekę z biedniejszych, czy też oddaje im głos? A to już zależy od reżysera.
Grzegorz Jarzyna w zrealizowanych w TR Warszawa Innych ludziach (2019)postawił na wyższościowe dowcipy wygłaszane z samego centrum liberalno-celebryckiego świata. Oglądając to rozpasane wizualnie przedstawienie, trudno było oprzeć się wrażeniu, że oto ludzie sukcesu kpią z przegrywów. Sama lektura poematu sugeruje inny, bardziej empatyczny ton. Masłowska wobec swoich bohaterów i bohaterek jest szyderczo-czuła. Owszem, szczypie, podgryza i bije, ale najmocniej tych najmocniejszych. Co potwierdza także Housewarming party – jedno z opowiadań z Magicznej rany.
Oparty na nim fragment przedstawienia w reżyserii Maciąga wywołał szczególnie żywe reakcje widzów i widzek. Wielkomiejska publiczność rozpoznała się w karykaturze kreatywnej klasy średniej i zaśmiała sama z siebie. Albo – drugi wariant – dokonała symbolicznego odwetu na warstwie próżniaczej, do której nie należy, a pewnie by chciała. Ładne, duże mieszkanie, w którym można urządzać posypane narkotykami przyjęcia i praca w szołbiznesie – czy nie tak wygląda spełniony wielkomiejski sen? W ten sposób żyją serialowa aktorka (Dominika Biernat) i jej mąż, reżyser reklam (Tomasz Nosinski). Oczywiście pod spodem, pod uśmiechami i narkotycznym hajem, jest piekło, czyli depresyjna pustka. Ta sama nicość otwiera się w ciasnym mieszkaniu, w którym żyje trzypokoleniowa rodzina bohaterek Między nami dobrze jest.
Światy Masłowskiej bywają bardzo zabawne, ale od zawsze podszyte są egzystencjalną grozą. Jak to w dobrej literaturze. Można w jej twórczości znaleźć rys katastroficzny, który w połączeniu z językową brawurą, groteską i surrealizmem pobrzmiewa witkacowskim echem, ale u podstaw leży chyba stary dobry egzystencjalizm. Metafora niegojącej się i powodującej cierpienie magicznej rany wiele wyjaśnia i znajduje zastosowanie także w innych utworach. Nowe, oszczędniejsze rejestry językowe, które uruchamia pisarka w ostatniej książce, zdają się tę egzystencjalną pustkę podkreślać.
Wyścig sznurów
Jednocześnie nie można odmówić bohaterom i bohaterkom Masłowskiej sprawczości i woli walki. Pogoń za lepszym losem, w którą puszcza się Kamil Janik, główny bohater Innych ludzi, jest zawsze niebezpieczna i z gruntu podejrzana, bo przecież wiemy – sugeruje Masłowska – że ów lepszy los to miraż, że pod makijażem są zmarszczki głębokie jak ciemna dolina i każdy zła się w niej ulęknie, bo każdy idzie nią samotnie. I nawet romans Kamila, czyli aspirującego rapera z blokowiska, z Iwoną, starszą kobietą z wyższej klasy średniej, nie jest żadną szansą na choćby symboliczny i chwilowy awans, ale wyłącznie rozpaczliwą próbą emocjonalnego ożywienia sytuacji zawieszonej między pragnieniem miłości a spełnieniem fantazji rodem z filmu porno. A wszystko to w trybie transakcji, która pozostaje podstawowym modelem relacji międzyludzkich w późnym kapitalizmie.
Czy takiego wielkomiejskiego życia w wielkomiejskim domu, jakie prowadzi Iwona, chciałaby też Gabi, dziewczyna bez kasy i bez zęba na przedzie, bohaterka opowiadania Kuracja doktor Pokerfejs, która pracuje w fancy piekarni, aż zostaje z niej zwolniona? W Magicznej ranie Maciąga gra ją Maja Pankiewicz i jest w tej roli znakomita. Nieokrzesana i pozbawiona złudzeń, wie, jak działa świat, a raczej – system. Ma rację, sprzeciwiając się swojej irytującej szefowej i złoszcząc na obłudną współlokatorkę, a także na średnio pomocną terapeutkę. Ale sam fakt, że korzysta z usług tej ostatniej, dowodzi autorefleksji i wątpliwości, które – jak magiczna rana – zatruwają życie i jednocześnie stymulują rozwój.
Literatura Masłowskiej działa w teatrze najmocniej, gdy opowiada o walce prowadzonej równolegle na kilku poziomach: społecznym, klasowym i pokoleniowym.
Rola Pankiewicz ustawia nie tylko interpretację całego przedstawienia, ale i pisarstwa Masłowskiej. Jej literatura w teatrze działa najmocniej, gdy opowiada o walce prowadzonej równolegle na kilku poziomach: społecznym, klasowym i pokoleniowym. Walce, z której być może da się wyjść zwycięsko, ale nigdy bez szwanku. Są tu osoby mniej i bardziej uprzywilejowane, ale wszystkie w kłopotach. Patrząc z tej perspektywy, okaże się, że pod każdą salwą śmiechu z ich perypetii kryje się rodzaj wzruszenia. Teatr ma wszelkie narzędzia do korzystania z tych złóż.
Zgubił to zupełnie Jarzyna w Innych ludziach, gdzie zamiast klasowego sprzeciwu został tylko wyższościowy śmiech. Inaczej niż w tym samym tekście wystawionym w Teatrze Barakah (2020)w reżyserii Macieja Gorczyńskiego, gdzie Kamila grał Piotr Mateusz Wach. Gorczyński, zamiast podkreślać dystans między bohaterami, wskazywał na to, co bliskie. Implanty piersi i tatuaże z symbolem Polski Walczącej przestawały być kabaretową kpiną. Jednocześnie nie stawały się ani źródłem sentymentalizowania, ani egzotyzacji.
I co z tego?
Pozycja Masłowskiej w teatrze wydaje się niezagrożona. Z jednej strony dlatego, że jej nazwisko to magnes promocyjny, a kilka utworów to już po prostu klasyka literatury współczesnej. Niemniej ważny jest fakt, że równolegle do modyfikacji jej pisarstwa dokonuje się zmiana na scenach. Powrót do łask teatru opowieści, koncentracja na psychologii postaci, odwrót od eksperymentów formalnych i performatywnych.

Ktoś powie, że są w Polsce pisarze lepiej nastrojeni do takiego teatru, dilerzy wciągających fabuł i atrakcyjnych storytellingów. Owszem: Olga Tokarczuk, Szczepan Twardoch, Ishbel Szatrawska. Masłowska reprezentuje zupełnie inną tradycję. Jej patronami nie są wielcy powieściopisarze, ale raczej Gombrowicz i Mrożek. Rodzi się jednak pytanie, na ile ta propozycja jest ponadczasowa, a na ile pozostaje dokumentem epoki? Zwrot pisarki ku „dorosłej” literaturze rozumiem również jako próbę ucieczki z pułapki sztuki świeżej, ale o krótkim terminie ważności. Czy to się uda? Na razie można sprawdzić, jak prezentują się starsze teksty w zderzeniu z nową generacją twórców.
Między nami dobrze jest wystawione niedawno (przy użyciu dość tradycyjnych narzędzi i estetyk) w Teatrze Współczesnym w Warszawie przez reżysera najmłodszego pokolenia Patryka Warchoła nie aktualizuje się najlepiej, co zauważyła na łamach „Teatru” Adrianna Wolińska. Z drugiej strony historia o międzypokoleniowych traumach i widmie II wojny światowej, które to widmo wciąż jest z nami w pokoju (nawet jeśli nie oglądamy już telewizji, tylko Netflixa), może się jednocześnie archaizować i konserwować, jak każdy klasyczny tekst dramatyczny. Zwłaszcza jeśli przyjdzie kolejna wojna i wrócimy do traumatycznych ustawień fabrycznych. Łatwo wyobrazić sobie ten dramat wystawiony za kilka dekad z odwagą, z jaką podchodzi się dziś do wszystkich świętych wyspiańskich.
Gdy Wojcieszek wystawiał prapremierę Dwojga biednych Rumunów…, zarzucano mu nadmierną psychologizację i urealnianie postaci, co miało osłabiać siłę języka. Tymczasem dziś to właśnie psychologizacja, fabularność i oddanie racji bohaterom zaważyły na sukcesie Magicznej rany w reżyserii Maciąga. Nie mamy już jednej Masłowskiej. Teatr powinien zdać sobie z tego sprawę, jeśli wciąż chce skutecznie korzystać z dobrodziejstw jej literatury.