Duch Gór potrafi być kapryśny
Za doświadczeniami bohaterów Schroniska, które przestało istnieć kryje się wieloletnia polsko‑niemiecka historia Ziem Odzyskanych, której nie sposób sprowadzić do prostego podziału na dobro i zło. Mimo to cała oprawa spektaklu sugeruje, że zło w tym miejscu zdążyło się już głęboko zakorzenić.
Zacznę od wyznania: uwielbiam polskie seriale kryminalne osadzone w lokalnych historiach. Jestem niemal wyznawczynią Rojsta, którego miejscem akcji jest Dolny Śląsk. Ten zaś jest szczególnie bogaty w legendy, mity i teorie spiskowe. To tam narodziła się legenda o Złotym Pociągu czy Liczyrzepie, w którego uwierzyłam, kiedy w grudniu zeszłego roku, na ostatnich dwustu metrach zejścia z gór w Karpaczu, mimo pełnego zabezpieczenia i odpowiedniego sprzętu, upadłam i skręciłam kostkę. Bo Duch Gór potrafi być kapryśny. W zależności od tego, czy kogoś polubi, czy nie, może tej osobie pomóc lub skutecznie utrudnić jej życie. Co więcej, jeśli wędrując po Karkonoszach, spodziewacie się spotkać Liczyrzepę jako dziadka w płaszczu i z długą siwą brodą, jesteście ofiarami najbardziej powierzchownych wersji tej legendy. Liczyrzepa może przybrać taką postać, jaką tylko chce. Podobno pocztówka przedstawiająca go w tym najbardziej rozpowszechnionym wizerunku trafiła kiedyś do Tolkiena, który na jej odwrocie zapisał, że mógłby to być pierwowzór Gandalfa. Wiem o tym z książki Sławka Gortycha, którego powieść Schronisko, które przestało istnieć wystawił właśnie Tadeusz Pyrczak w Teatrze im. Norwida w Jeleniej Górze.
Żałuję, że nie miałam okazji zapytać Pyrczaka, czy odwiedził Muzeum Karkonoskie Tajemnice w Karpaczu. To miejsce komercyjne, ale dla osób zafascynowanych regionem może być ciekawą przygodą. Interaktywnie przeprowadza zwiedzających właśnie przez lokalne legendy i teorie spiskowe, które narosły wokół Karkonoszy. Gdyby Tadeusz Pyrczak je odwiedził, może spojrzałby na region nieco inaczej: z większą ufnością i krytyczniej wobec wyłaniającego się z legend mroku – choć materiał, na którym pracował, wcale mu tego nie ułatwiał. Adaptowana powieść Gortycha to sprawnie napisany kryminał, który łączy kilka gorących tematów: teorie spiskowe, historię Ziem Odzyskanych, powojenne napięcia związane z przesuwaniem granic, wysiedleniami, wymazywaniem i zastępowaniem tożsamości oraz przejmowaniem przez państwo polskie ziem „po Niemcu”. Książka zahacza również o postać noblisty Gerharta Hauptmanna i jego nieoczywiste związki z nazizmem. Pierwsze rozdziały dotykają kwestii długoletniego korzystania przez pisarza z benefitów zapewnianych przez III Rzeszę, a także późniejszego żalu związanego z tym, w jaki sposób kształtował się jego publiczny wizerunek.
Pyrczak na scenie jeleniogórskiego teatru sprawnie adaptuje powieść bliską wielu mieszkańcom regionu. To historia Maksymiliana – dentysty, który wraca w Karkonosze, by odwiedzić pozostawiony mu przez wuja pensjonat Śnieżne Kotły. Wuj Maksa zginął w niejasnych okolicznościach, spadając ze skarpy przed budynkiem. Bohater mierzy się więc nie tylko z zagadką jego śmierci, lecz także z historią miejsca sięgającą 1945 roku, skutkami wieloletnich rodowych zemst dzielących właścicieli górskich pensjonatów oraz konsekwencjami pozostawienia przez nazistę Henkego portretu Madonny pod opieką pisarza Hauptmanna.
Aby uporządkować książkową fabułę rozgrywającą się w trzech planach czasowych, Pyrczak – zgodnie z logiką rozdziałów – decyduje się wyświetlać na ekranie daty i miejsca akcji. To rozwiązanie trafne, bo przy niezmiennej scenografii trudno byłoby inaczej zaznaczać czasowe przesunięcia. Reżyserowi w dużej mierze udaje się więc sprawnie poprowadzić widza przez opowieść, nawet jeśli chwilami sięga po środki dość dosłowne, silnie osadzające ją w konkretnej czaso-przestrzeni.

Uproszczeń reżyser nie stosuje natomiast w scenografii, która – czy tego chcemy, czy nie – angażuje całą publiczność. Przez niemal cały spektakl scena spowita jest gęstym dymem, mającym imitować górską mgłę – w powieści powracającą jako swoista bohaterka lokalnych historii, pomagająca zamaskować zbrodnię lub przeszkadzająca w jej popełnieniu. W jeleniogórskim teatrze to my zostajemy spowici tą mgłą niemal bez przerwy, przez co sceniczny niepokój dosięga także widowni. Z mroku wyłaniają się głównie światła ręcznych latarek, co tworzy wyraźną barierę między sceną a publicznością i wzmacnia poczucie obcowania z rzeczywistością nie do końca uchwytną. Na dłuższą metę zanurzenie w tak gęsty i mroczny świat okazuje się jednak męczące, zwłaszcza że spektakl trwa niemal trzy godziny.
Również aktorstwo nie do końca przystaje do tekstu. Spektakl grany jest w wysokich, intensywnych rejestrach emocjonalnych, podczas gdy sam scenariusz pozostaje bliższy telewizyjnemu serialowi – prostemu kryminałowi, który można byłoby zagrać z większym oddechem i powściągliwością. Być może zespół Teatru Norwida w Jeleniej Górze, po latach grania komedii i przedstawień wymagających wyrazistej maniery, potrzebuje jeszcze czasu, by przestawić się na bardziej współczesny, oszczędniejszy sposób gry. Niewątpliwie wpływa na nią także oprawa wizualna. W niemal operowej scenografii Jerzego Basiury – utrzymanej w wychłodzonych barwach, z monumentalnymi, mgłą spowitymi skałami – łatwo uruchamia się nadmierna teatralność. Świetny w roli Maksymiliana Jakub Potyrała oraz bardzo dobry Paweł Wydrzyński jako Piotr Szul, potomek wysiedlonych i właściciel pensjonatu, dźwigają jednak ten artystowski kryminał z wyraźnym zaangażowaniem i dobrą wolą.
W swoich wcześniejszych realizacjach, takich jak Szczęśliwy Syzyf w Teatrze Łaźnia Nowa czy Australia w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, reżyser korzystał z minimalistycznej oprawy i kameralnej sceny, co pozwalało podążać za myślami bohaterów i oddawało ich stany emocjonalne, tworząc teatr oszczędny, a zarazem poruszający. W Domu lalki w Teatrze Polskim w Poznaniu Pyrczak miękko przepisał klasykę, nie rezygnując jednak z gęstości charakterystycznej dla dramatów Ibsena. Tym razem najwyraźniej skusił go mrok wypływający z lokalnych opowieści. W adaptacji tej nie jest on jednak zakorzeniony wyłącznie w krajobrazie, lecz przede wszystkim w człowieku i jego wyborach.
Wystarczy przywołać postać Gerharta Hauptmanna, autora Tkaczy (wystawianych zresztą niedawno przez Maję Kleczewską). Nie był on nazistą, ale nigdy jednoznacznie nie odciął się od hitlerowskiej propagandy. Pozostał w Niemczech, fotografował się z przedstawicielami Rzeszy i przyjmował przyznawane mu honory. Nie jawi się więc jako postać jednoznacznie zła, lecz jako figura moralnie wątpliwa. Podobnie niejednoznaczni są bohaterowie jeleniogórskiego przedstawienia. Ich dylematy wciągają, bo kryje się za nimi wieloletnia polsko‑niemiecka historia Ziem Odzyskanych – historia, której nie sposób sprowadzić do prostego podziału na dobro i zło. Mimo to cała oprawa spektaklu sugeruje, że zło w tym miejscu zdążyło się już głęboko zakorzenić.
Teatr Norwida w Jeleniej Górze, zarządzany dziś przez Katarzynę Sołtys, sięga po karkonoskie legendy, na których region zbudował swoją unikalną tożsamość. Po bardzo udanej pierwszej premierze – 1984 w reżyserii Szymona Kaczmarka – w jednym z najstarszych teatrów w Polsce ponownie udało się zapełnić widownię (podobno Schronisko… ma wyprzedanych kilkanaście spektakli do przodu) i zaproponować sceniczny eksperyment. Pyrczak, mający na koncie zaledwie kilka realizacji, wciąż pozostaje reżyserem na początku drogi, ale na tym dość obyczajowym materiale, ubranym w artystyczną formę, nie poległ. Powstało przedstawienie interesujące i solidne – a co chyba najważniejsze: lokalne, lecz uciekające – o co w takich tematach nietrudno – od banalności.