Dziesiąte pytanie
W reżyserskim debiucie Viktorii Dulak czuć skrupulatną lekturę sztuki Ivora Martinicia. Czuć również ciekawość inscenizacyjnego potencjału tej opowieści. Problemem jest jednak sam tekst – uparcie statyczny, irytująco rozmyty.
Teatr Wybrzeże raz, czasem dwa razy w sezonie pokazuje na jednej ze swoich mniejszych scen teatr z kategorii „dramat psychologiczny”. Są to rzeczy kameralne obsadowo, oszczędne i eleganckie wizualnie. Najczęściej oparte na współczesnej dramaturgii. Czasem lżejsze, choć głównie podejmujące tematy największego kalibru. W minionym sezonie takim przedstawieniem było Ellen Babić Patryka Warchoła, adaptacja znakomitego dramatu Mariusa von Mayenburga. Zaliczyć możemy do nich również komediowe Z miłości Alana Ayckbourna w bardzo dobrej reżyserii Radosława B. Maciąga.
Syn, matka i ojciec siedzą przy stole i długo milczą Ivora Martinicia w reżyserii Viktorii Dulak to z założenia ten właśnie rodzaj teatru – ze skomplikowanymi psychologicznie postaciami, z siecią relacji kształtowanych zarówno przez społeczne oczekiwania, jak i osobiste zobowiązania. Martinić proponuje tu rozmowę na swój ulubiony temat: rodzinnej bliskości. To, co w teorii jest przemilczaną oczywistością (miłość może mieć różny charakter, nie każdego kochamy tak samo), w praktyce codziennego życia okazuje się odkryciem bolesnym i radykalnie zmieniającym sposób rozumienia własnego miejsca. I to nie tylko tego w systemie rodzinnym.
Syn (Kacper Sasin) dość niespodziewanie odwiedza Matkę (Katarzyna Kaźmierczak) i Ojca (Grzegorz Gzyl). Po krótkiej wymianie zdań o remoncie kuchni, nowych meblach i wymagającym renowacji dachu rozmowa schodzi na temat, który nieoczekiwanie sprowadził Syna do rodzinnego domu. Matka i Ojciec, podobnie jak inne rodziny, otrzymali do obowiązkowego wypełnienia ankietę – ma ona sprawdzić ich przygotowanie na wypadek ogólnoświatowej katastrofy. W dziesiątym pytaniu muszą wskazać, które ze swoich dzieci zabiorą do ratującego życie schronu. Które ocalą, a które pozostawią na pewną śmierć? Jak łatwo przewidzieć: ich wybór nie pada na Syna, który właśnie przyjechał z wizytą.
Scenografia Bartłomieja Kruka łączy realizm współczesnego mieszkania z nieokreślonością świata czekającego na katastrofę. Głębię sceny zajmuje ekran złożony z dziesiątek lśniących kafelków, a po jego obu stronach ustawiono bliźniacze konstrukcje, również zbudowane z błyszczących płytek. Na tym majestatycznym, utrzymanym w ciemnych barwach tle stoją drewniane meble – podesty, ciąg komód, solidny stół. Ten ostatni, zapowiedziany w tytule element znajduje się pośrodku czerwonych okręgów, przywołujących na myśl tarczę strzelniczą. To mroczna i niepokojąca przestrzeń, a jej nieprzyjazny charakter podbijają muzyka Bartosza Jędrasia i świetna reżyseria światła Michała Wojtasika. Wiadomo, że tu nic dobrego się nie wydarzy.
Trudno przejąć się światem opowiadanym przez Martinicia, chociaż reżyserka i zespół aktorski robią, co mogą, żeby zróżnicować monotonny obraz. Rzecz rozpoczyna się od przysłowiowego wyłożenia kawy na ławę. Matka w kompulsywnie wyrzucanym monologu informuje Syna, że nie tylko nie jest tym najbardziej kochanym, ale na dodatek jest tym najmniej lubianym. Po tym wyznaniu Syn wciąż pozostaje w domu rodzinnym, krążąc od ściany do ściany i wysłuchując kolejnych zarzutów. Martinić podejmuje ważny temat: emancypacji rodziców dorosłych dzieci, ich prawa do osobności i odrębności. Jednak sposób, w jaki zostały napisane postaci Matki i Ojca, skutecznie sabotuje intencję poważnego opowiedzenia o życiu w ponownie pustym gnieździe. Katarzyna Kaźmierczak i Grzegorz Gzyl starają się rozszczelnić swoje postaci, ale odnoszą połowiczny sukces – jedynie momentami wychodząc z ciasnych, karykaturalnych ról: kontrolującej i sfrustrowanej Matki oraz unikającego odpowiedzialności Ojca. Kacper Sasin ma tu do zagrania niewiele – jego bohater albo tłumaczy się ze swojego dorosłego, wypełnionego sukcesami życia (sic!), albo stoi pod ścianą i milczy.

Co ciekawe, to nie on jest, a przynajmniej nie musi być, tym milczącym dzieckiem z tytułu sztuki Martinicia. W pewnym momencie w trakcie swojej męczącej tyrady Matka wspomina sytuację, która przynosi jej wyraźne ukojenie: młodszy syn siedzi z nią i Ojcem przy stole, wszyscy milczą długo, uśmiechając się do siebie nawzajem. Niepokojący kontekst tego sielankowego landszaftu rozjaśnia się stopniowo. Najmłodszy syn, którego na scenie nie zobaczymy, od dzieciństwa sprawiał trudności, od zawsze był inny, wymagający większej opieki i uwagi. Tak pozostało do dzisiaj – jako dorosły, uzależniony od alkoholu i nieporadny społecznie człowiek wciąż stanowi epicentrum rodzinnych spraw, chociaż fizycznie bywa na ogół dojmująco nieobecny.
Mamy więc kolejny wielki, a przy tym niestety wciąż zbyt rzadko obecny w teatrze temat – dysfunkcyjność (współ)uzależnionej rodziny. Na horyzoncie (dosłownie i w przenośni) pojawia się Córka (świetna Izabela Baran), której obecność doprecyzowuje rodzinną tajemnicę. Oto dom, w którym funkcjonować można wyłącznie w obrębie odgórnie ustalonych, sztywnych ról. Tylko taki system jest gwarantem trwania. Każde odstępstwo od tej zasady będzie surowo karane, o czym przekonuje się Syn, najstarsze dziecko, które wyszło poza przypisaną mu rolę, stając się zbyt samodzielne i zbyt oddalone od zajmującego rodzinę centrum. Dziesiąte pytanie ujawnia wybór, którego rodzina dokonała znacznie wcześniej: komu podporządkować swoje życie, a czyją samodzielność uznać za zdradę. Ale znów – Martinić szybko porzuca to rozpoznanie, mnożąc jedynie obrazy komunikacyjno-emocjonalnej atrofii. Kolejne rozmowy dopowiadają rodzinne krzywdy, nie zmieniają jednak układu sił ani nie podają go w wątpliwość. Syn przyjmuje kolejne oskarżenia, rodzice utwardzają swoje stanowiska. Ujawniane okoliczności dostarczają następnych uzasadnień dla sytuacji, którą już znamy. I stąd nużąca statyczność tej opowieści: przybywa słów i pretensji, niewiele za to dzieje się między ludźmi. Rozmywa się stawka tego spotkania. Prawo rodziców do odrębności, potrzeba uznania dorosłego dziecka i mechanizmy rodzinnego uzależnienia zostają wywołane, ale żaden z wątków nie otrzymuje dość przestrzeni, aby ujawnić swoją złożoność.
Viktoria Dulak buduje na scenie gdańskiego teatru krajobraz międzyludzkiej katastrofy, starając się zaznaczyć jej wewnętrzne splątanie i niespójność. Spojrzenia, ruch sceniczny (bardzo dobra choreografia Aleksandry Kuś) – tu reżyserka poszukuje tego, czego nie znajdziemy w słowie. Tęsknoty, pragnienia bliskości i sympatii, ale też zazdrości czy obojętności. Tę wieczną ambiwalencję najmocniej widać w finałowej scenie, w której gest groteskowej przemocy łączy się z nieoczekiwaną czułością. Ojciec, Syn i Matka zastygają w uścisku, ubrani w plastikowe, ochronne kurtki, które mają ich osłonić przed katastrofą. W tym uścisku trudno oddzielić potrzebę bliskości od przymusu pozostania razem. Dulak mocno podkreśla: czułość nie unieważnia przemocy, krzywda nie gasi tęsknoty za utuleniem. To najbardziej przejmujący moment przedstawienia – rodzinne więzi odzyskują niejednoznaczność, której tak brakuje wielu wcześniejszym rozmowom.