Emo-spektakl
To już kolejna teatralna adaptacja Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk w tym sezonie. Co ją wyróżnia? Chyba najmocniej szczególna interpretacja głównej bohaterki: u Ewy Platt z Janiny Duszejko długo bije nie moc, ale neurotyzm, kruchość, wręcz chorobowa anemiczność.
Kiedy wchodzimy na Salę Bogusławskiego w Teatrze Narodowym, Dominika Kluźniak w roli Janiny Duszejko jest już na scenie. Ma na sobie zwykły tiszert w paski, zielone spodnie i sportowe buty (kostiumy i scenografia Anna Rogóż). Włosy związała niedbale. W ręku ściska plastikową siatę w kwiatki. Krąży nerwowo, jakby na coś czekała. Zanim spektakl się zacznie, słyszymy nieustanne skomlenie psa.
Scena została wyraźnie wydzielona i pokryta błotem. Z prawej strony stoi potężna ambona myśliwska – właściwie jedyny stały element scenografii. „Czy to nie jest szczyt pychy, żeby wieżę strzelniczą nazywać amboną?” – pyta główna bohaterka. Nie da się ukryć, że błoto, którym będą brudzić się aktorzy, mocno kontrastuje z publicznością na szpilkach. Pracownice Biura Obsługi Widowni pilnują, by widzowie i widzki nie postawili dwóch kroków za daleko i nie wylądowali w bagienku. Reżyserka spektaklu posadziła bowiem publiczność na scenie, chcąc możliwie mocno zbliżyć ją do zdarzeń. Szczerze mówiąc, chciałoby się siedzieć jeszcze bliżej, na mniejszej przestrzeni, choć wtedy realizatorzy nie mogliby wykorzystać drugiego planu, jaki oferują teatralne fotele. A to zawsze robi wrażenie.
To już kolejna adaptacja Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczukw tym sezonie. Po historię Janiny Duszejko – która wymierza sprawiedliwość polującym na zwierzęta mężczyznom – kilka miesięcy temu sięgnęły także reżyserka Lena Frankiewicz wraz z autorką scenariusza Sandrą Szwarc w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Było to przedstawienie udane, proponujące mocno wyestetyzowane obrazy, z nagimi tancerkami w rolach saren biegającymi wśród tajemniczo osnutych dymem gór Kotliny Kłodzkiej. Spektakl Frankiewicz był w jakimś sensie majestatyczny i zmysłowy, choć postać głównej bohaterki Janiny Duszejko, portretowanej przez Milenę Lisiecką, działała na kontrze. Jacek Sieradzki opisywał ją na łamach „Odry” jako „pyskatą, żarliwą i jednocześnie trzeźwo przytomną, nieczułostkową, rzekłoby się mocarną”. Mimo wizualnej formy, która może i mogłaby odsyłać w stronę baśni, zdarzenia miały jak najbardziej realistyczny porządek. Wiadomo było, że opowiada nam się fabułę.
Przywołuję łódzki spektakl, bo na tym tle dobrze widać odmienność także intrygującego przedstawienia Ewy Platt według scenariusza Miłosza Markiewicza. Duszejko Dominiki Kluźniak jest inna. Bije z niej neurotyzm, kruchość, może wręcz chorobowa anemiczność. Przez długi czas próbuje maskować to spokojnym, ciepłym tonem głosu. Wrażenie słabości wzmacnia zapewne fizyczność aktorki, choć trudno wyobrazić sobie, by Kluźniak nie potrafiła zagrać hardej baby. Nawet jednak wtedy, gdy w pierwszej scenie zgłasza na komisariacie morderstwo dzika, a policja ją wyśmiewa, jej opór jest raczej niewielki. Najwięcej emocji słyszymy w jej głosie, gdy opowiada o potędze astrologii. Przybita cierpieniem zwierząt, szuka nadziei w czymś większym niż ona sama: „Dobrze jest tak na czymś całkowicie polegać” – tym czymś jest porządek zapisany w gwiazdach.
Kluźniak jest od łódzkiej aktorki młodsza o dokładnie dziesięć lat (45 do 55), co wyraźnie wpływa na odbiór postaci. W powieści Tokarczuk Janina Duszejko jest opisywana jako wiekowa kobieta, mieszkająca na odludziu, zimą pilnująca letnich domów Wrocławian. Oczekiwanie zgodności spektaklu z książką nie jest specjalnie interesujące, ale przyznam, że Duszejko u Platt wydała mi się bliższa Wrocławianom wracającym do miasta i jego odśnieżonych dróg. To nie zarzut. Raczej obserwacja, że mamy tu do czynienia z kimś trochę innym.

Reżyserka świetnie panuje nad techniczną stroną prowadzenia opowieści. Przejścia między scenami są konsekwentne: obrazy rozmywają nam się przed oczami jak we śnie i natychmiast pojawiają kolejne. Ten sen bliższy jest jednak koszmarowi, w którym znikąd co rusz dobiegają dźwięki wystrzałów, pojawiają się mężczyźni gotowi strzelać do wszystkiego, co się rusza. Zagadka kryminalna – choć nadal porządkuje narrację – nie jest tu głównym katalizatorem emocji publiczności. Silniej wybrzmiewa powracający motyw choroby. Lekarz w niebieskim uniformie raz bada Duszejko, innym razem zwraca się do niej słowami mowy noblowskiej. „Czułość jest najskromniejszą odmianą miłości” – słysząc to siedem lat po przyznaniu Tokarczuk Nagrody Nobla, trudno nie przewrócić oczami. Trudno też zrozumieć, co miałoby to dać bohaterce, która czułości na świat ma w sobie aż nadto.
Nikt jej nie rozumie i z każdą kolejną sceną staje się to coraz bardziej jasne. Sąsiad Matoga (Oskar Hamerski), choć uprzejmy, należy raczej do ludzi myślących praktycznie. Jej dawny uczeń Dionizy (Adam Szczyszczaj), pracujący nad tłumaczeniem poezji Wiliama Blake’a i jego ciężarna dziewczyna, Dobra Nowina (Justyna Kowalska), przedstawieni są jako dzieci – niewiele rozumiejące, żyjące historiami o ludziach ze wsi. Ich dialogi prowadzone są w rytmie infantylnych historyjek dziecięcych. Siedząc na ambonie – niby na placu zabaw – nieskrępowanie huśtają nogami. Dyzio pojawia się również w dziecięcych śpioszkach, które na dorosłym mężczyźnie wyglądają komicznie.
Duszejko długo szoruje po emocjonalnym dnie. Dopiero gdy Ksiądz (Jacek Mikołajczak) z ambony (tak, wciąż tej samej myśliwskiej wieży strzelniczej) wygłasza pochwałę polowań, ujawnia się jej prawdziwy, tłamszony publicznie gniew. Scenę tę poprzedza teatrzyk w ramach obchodów Dnia Świętego Huberta, patrona myśliwych. Rewelacyjna Justyna Kowalska w roli jelenia w końcu bierze odwet na upokarzającym ją wcześniej myśliwym (Adam Szczyszczaj). Te sceny w naturalny sposób ze sobą korespondują. Teatr w teatrze jest preludium do eksplozji agresji głównej bohaterki. Platt buduje dramatyzm bez cienia żenady, korzystając z niepokojącej, rytmicznej muzyki (Dominik Ossowski) oraz zapalających się w jej rytm żyrandoli w dalekim tle.
W finale, przy misce zupy, okazuje się, że to właśnie ci mało rozgarnięci przyjaciele Duszejko szybciej niż policja odkrywają, że to ona stoi za morderstwami kolejnych uczestników polowań – i to właśnie oni chcą ochronić ją przed konsekwencjami jej własnych działań. Choć samotna w poczuciu misji, nie jest sama na świecie. Nie wszyscy, jak ona, poświęcą się dla zwierząt – ale są tacy, którzy gotowi są poświecić się dla niej. To w gruncie rzeczy dość szczęśliwe zakończenie okazuje się zaskoczeniem. W tym emo‑spektaklu można było spodziewać się innego finału. A jednak u Platt pojawia się coś na kształt nadziei.