Firma Sakowicz

Firma Sakowicz
Paweł Sakowicz i Natalia Sakowicz-Cempura / fot. archiwum prywatne
Wyjątkowo ruchliwe rodzeństwo z Białegostoku, które w dzieciństwie zaczęło od turniejów tańca towarzyskiego i latino, dziś rozwija performatywne talenty w autorskim teatrze i nowej choreografii nie tylko na polskich scenach. Natalia Sakowicz-Cempura i Paweł Sakowicz opowiadają o swojej artystycznej drodze czasem usłanej brokatem, zawsze zroszonej potem.

ANNA SAŃCZUK: Wpadłam dziś w sieci na Wasze nastoletnie zdjęcia z turnieju tańca towarzyskiego. Wymalowana tleniona blondyna – aż się przyglądałam, czy to na pewno jest Natalia, i opalony elegancik w smokingu pod muszką, powyginani w wyśrubowanych tanecznych pozach. Bardzo mnie to wzruszyło, bo gdzieś tam jest początek Waszej dzisiejszej scenicznej kariery. Jak doszło do tego, że jako dzieci zdobywaliście laury w tańcu towarzyskim? Nie miałam pojęcia, że Białystok był takim tanecznym ośrodkiem!

NATALIA SAKOWICZ-CEMPURA: Zaczęło się od Pawła, który jest dwa lata starszy ode mnie. To on najpierw wpadł po uszy w tę pasję i mnie w nią wciągnął. Może Ty opowiedz, Paweł, bo to Twoja historia…

PAWEŁ SAKOWICZ: Wszystko zaczęło się od turnieju tańca „Złote Pantofelki” w Białymstoku. Miałem wtedy 8 lat. Firma, w której pracował nasz tata, dostała bilety na turniej jako sponsor i tata mnie tam zabrał. A ja po prostu oszalałem od tych świateł, kostiumów, muzyki.

AS: Były złote pantofelki?

PS: Tak. I cekiny, i brokaty, i frędzle (śmiech). Od razu poprosiłem tatę, żeby zapisał mnie na zajęcia i następnego dnia już należałem do klubu tanecznego „Rytm” w Białymstoku.

NS-C: To był najlepszy klub tańca w mieście, który organizował właśnie międzynarodowy turniej „Złote Pantofelki”, jeden z ważniejszych w całym kraju. A ja najpierw bardzo chciałam być baletnicą i przez rok chodziłam na zajęcia w białostockim ognisku baletowym. Marzyłam, że będę jak w tych reklamach Raffaello – tancerka w białym tutu i tzw. paczkach, czyli baletkach, a to wcale tak nie wyglądało, udawaliśmy kaczuszki i czułam się jednak trochę rozczarowana. Jeden pokaz na rok i to w pożyczonych z magazynu strojach, a tu Paweł z tymi cekinami wyskoczył. Widziałam, że u niego są turnieje co tydzień, są kolorowe ciuchy i błyskotki, reflektory, scena, oszałamiająca muzyka. Zostawiłam więc ognisko baletowe i poszłam w ślady brata. Na początku Paweł był w starszej kategorii wiekowej, miał swoją partnerkę, a ja byłam początkująca i też tańczyłam z innym chłopakiem. Ale po kilku latach pojawił się pomysł trenerów i naszych rodziców, żeby nas połączyć.

PAWEŁ SAKOWICZ: Kiedy przed magisterką rzuciłem politologię dla choreografii, tata powiedział: – I bardzo dobrze, synu, cieszę się, że idziesz swoją drogą.

AS: Bo będzie łatwiej wozić Was na te treningi i turnieje…

NS-C: Brzmi jak żart, ale naprawdę tak to wyglądało! W ten sposób powstał nasz czteroosobowy, rodzinny team. Mama szyła nam stroje, tata był kierowcą…

PS: Sam nazywał siebie zaopatrzeniowcem.

NS-C: …Albo sponsorem. Kiedy jechaliśmy gdzieś na turniej, tato zawsze znajdował po drodze rozmaite atrakcje i łączyliśmy to z wycieczką krajoznawczą. Tak wyglądało nasze życie rodzinne. Co drugi weekend, albo i częściej, byliśmy w trasie: na turniejach, warsztatach, szkoleniach. A w tygodniu – tuż po szkole przebieranie się w samochodzie i szybko na trening.

PS: Naprawdę firma Sakowicz była bardzo sprawna. Było wspólne wymyślanie kostiumów i kreowanie naszej marki, bo zawsze staraliśmy się, żeby to było trochę inne niż standard wokół. Mama całość realizowała, a potem razem te kreacje ozdabialiśmy. Tata przywoził i odwoził, kombinował, jak rozwiązać logistyczne problemy. Przede wszystkim rodzice wydali mnóstwo kasy na to nasze hobby, które stało się po części startem do tego, co robimy dzisiaj. Jesteśmy im ogromnie wdzięczni za to, że zawsze wspierali nasze pomysły. Nawet kiedy przed magisterką rzuciłem politologię dla choreografii, tata powiedział: – I bardzo dobrze, synu, cieszę się, że idziesz swoją drogą. Może było tak dlatego, że oboje rodzice mieli kiedyś marzenie o liceum plastycznym, którego nie udało im się zrealizować? Do dziś się zdarza, że mama mi uszyje rękawiczki do spektaklu albo Natalce kawałek scenografii, a tata wciąż ma smykałkę ogarniacza i szuka różnych rozwiązań technicznych dla naszych scenicznych kombinacji.

NS-C: Zamawiam też u niego różne elementy scenografii. Ostatnio planuje robić coś w drewnie, więc może nawet jakąś marionetkę mi wystruga za parę lat!

Sensus, reż. Agata Puszcz / fot. Bartek Warzecha

AS: Zawsze się zastanawiam, co tak naprawdę ciągnie dzieciaki do takiego kieratu jak treningi tańca? Rozumiem pierwszy zachwyt, ale potem wkracza codzienna, mordercza dyscyplina. Odciąga to od przysłowiowej piłki (a dziś pewnie od smartfona), a potem od imprez z rówieśnikami. Co Was tak nakręcało i sprawiało, że jednak chciało się Wam codziennie ćwiczyć?

PS: Muszę przyznać, że mnie chyba najbardziej kręciło to, że był to też trochę sport i to sport nastawiony na rywalizację. To mnie porwało. Turnieje, w których zdobywało się kolejne klasy. Ambicja, żeby pokazać, na co mnie stać. Dość wcześnie się okazało, że mamy do tego jakiś dryg, więc doszły dodatkowe szkolenia, poznawanie nowych ludzi oraz wygrywanie turniejów – to było chyba najfajniejsze. Oraz kształcenie kunsztu. Kojarzę z tych czasów sytuacje, jak ćwiczę jedną rzecz godzinami, żeby być w niej lepszym.

AS: Widzę po Twoich współczesnych pracach tanecznych, że coś Ci z tego zostało. Kiedy robisz np. obroty raz za razem albo skaczesz w nieskończoność w Twoim głośnym performasie Jumpcore i powtarzasz pewne gesty do obłędu. Z Tobą jest podobnie, Natalia?

NS-C: Pamiętam, jak mieliśmy kiedyś szkolenie w Szczecinie z Melą, Agnieszką Melnicką, która była swego czasu wielką gwiazdą tańca towarzyskiego. I my przez te dwa dni ćwiczyliśmy ciągle ten sam krok w przód. Rozłożony na pierwiastki, detale. Jak widać, praca nad kunsztem naprawdę nas oboje zajmowała.

AS: Mieliście duże osiągnięcia jako polscy wicemistrzowie tańca latino w grupie juniorów i potem w grupie młodzieżowej…

PS: …a później Natalka miała innego partnera i jeszcze raz została wicemistrzynią Polski.

AS: To znaczy, że coś naprawdę kliknęło. Ale też, że musicie mieć w sobie coś, co nie każdy ma – umiejętność wypracowania żelaznej dyscypliny.

NS-C: Mieliśmy masę innych kolegów i koleżanek, którzy zaczynali tak jak my, niektórzy równie zdolni, ale zabrakło im tej dyscypliny. To nasze nieodpuszczanie owocowało sukcesami, napędzało nas, pchało dalej.

PS: Kiedy byliśmy już bardziej rozpoznawani w środowisku, zrezygnowaliśmy z pracy z klubem białostockim. Pojawił się wtedy trener Bolesław Bara w Lublinie. Tata woził nas do niego co weekend na dwudniowe szkolenia. A w tygodniu wynajmowaliśmy salę gimnastyczną w naszym liceum i tam sami ćwiczyliśmy. Bez niczyjej kontroli.

PAWEŁ SAKOWICZ: Taniec towarzyski to taki teatr odtwarzania ról płciowych. Byliśmy rodzeństwem, a graliśmy w parze emocje uwodzenia, więc to było dość pokrętne.

AS: Paweł, mówisz, że gen rywalizacji i ambicja Cię uruchamiały, ale pewnie jest tu więcej czynników. Ja w głowie mam cały czas te cekiny, bo to jest jednak forma sztuki, poszukiwanie harmonii i czaru. I do tego adrenalina, czyli sport!

PS: Na pewno. Dzisiaj wciąż jesteśmy przecież oboje w sztuce, w światłach rampy, w adrenalinie stawania przed publicznością. Tylko zdecydowanie mniej już jest w tym brokatu. Ale występowanie i spotkanie z widzem są jak narkotyk. Uzależniasz się. Już w dzieciństwie to mieliśmy, trudno nam było potem wyobrazić sobie, że możemy pójść inną drogą.

AS: Jak wtedy funkcjonowaliście jako rodzeństwo? Byliście tym idealnym, kochającym się rodzeństwem, które się wzajemnie wspierało i tworzyło zawsze jedną drużynę? Czy była też rywalizacja między wami?

NS-C: Myślę, że takie urocze rodzeństwa to tylko na słodkich pocztóweczkach można znaleźć (śmiech). My oczywiście ścieraliśmy się i bywało różnie. Raz zgodnie, innym razem kłótnie i szarpaniny. Ale jak zaczynał się turniej, nagle byliśmy drużyną!

PS: Na pewno było dużo napięć typowych dla rodzeństwa. Także z powodu ilości czasu, który spędzaliśmy razem, bo byliśmy we dwójkę ciągle – w domu, na treningach i turniejach. Musiały pojawiać się tarcia. Ale były równoważone przez rzeczy, w których musieliśmy być razem za wszelką cenę.

AS: Niesamowity budulec dla więzi.

PS: Dziwniejszy jeszcze o tyle, że taniec towarzyski to taki teatr odtwarzania ról płciowych. Byliśmy rodzeństwem, a graliśmy w parze emocje uwodzenia, więc to było dość pokrętne.

NS-C: Wtedy specjalnie się nad tym nie zastanawialiśmy, traktowaliśmy to dość sportowo czy teatralnie. Dopiero z czasem przyszła refleksja, że podświadomie to musiało nas dużo kosztować. W pewnym momencie musieliśmy się też rozstać jako para taneczna, bo Paweł wyjechał na studia do Warszawy.

AS: Tańczycie jeszcze czasem razem?

PS: Do dziś nam się zdarza zatańczyć razem jakiś nasz stary układ, już z nostalgicznym uśmiechem. W końcu tańczyliśmy razem przez lata. Te rzeczy zostają w ciele chyba na zawsze.

Jumpcore, chor. Paweł Sakowicz / fot. Maciej Rukasz

NS-C: Z nikim na całym świecie nie tańczy mi się tak dobrze, jak z moim bratem. Wyczuwamy się bez słów. Zawsze wiem, kiedy mam zrobić krok, kiedy obrót. Wytworzyliśmy własny język i nawet jeśli parę lat nie tańczymy wspólnie, ciągle to czujemy. Mieliśmy taką sytuację z rok temu u Pawła w mieszkaniu. Był tam jeszcze mój mąż, kiedy z Pawłem zaczęliśmy się zastanawiać: jaki był ten nasz układ sprzed 20 lat? Nic nie pamiętaliśmy, ale zaczęliśmy tańczyć i zanim się obejrzeliśmy, zatańczyliśmy całą choreografię. A mój Maciek widział tylko jakieś wirujące w salonie w zapamiętaniu dwie osoby.

AS: On sam jest zresztą kompozytorem i aktorem, prawda?

NS-C: Tak, i ja nawet dzisiaj śmiałam się, że miałam w dzieciństwie duet prywatno-zawodowy z bratem, a teraz mam z mężem. Robimy z Maćkiem rodzaj teatru performatywnego z użyciem lalek i obiektów.

AS: Latino, które z Pawłem tańczyliście, też jest bardzo teatralne. Ma w sobie jakąś przesadę, wszystko jest tam pociągnięte grubą kreską. Możemy to nazywać kiczem, ale ma to też niesamowity urok. Jak na to dziś spoglądacie? Sięgacie czasem do tego świata?

NS-C: Świat latino ma bardzo konkretną estetykę i będąc wtedy w nim, akceptowaliśmy ten kod. Blond włosy, czarne oko i krwiście czerwona pomadka. Ta estetyka nie była nasza, była po prostu estetyką tańca towarzyskiego i wszyscy tam tak wyglądali, więc i my też. Potem, jak już przestałam tańczyć, miałam moment odrzucenia tego. Zwłaszcza że zajmowałam się teatrem alternatywnym, autorskim, w którym panowała naturalność i psychologia. To mnie wtedy fascynowało, a nie bycie jakimś klaunem. Ale z wiekiem nabrałam do tego dystansu i mogę się tym bawić.

PS: Na co dzień to ja się wtedy przejmowałem, że mam zacieki po samoopalaczu na palcach, i wstydziłem się iść z tym do szkoły. Dziś patrzę na to tak, że latino to uniwersum całkowicie sztuczne i przez to fascynujące. Już samo tańczenie, szczególnie w tańcach latynoamerykańskich, jest jakimś odgrywaniem „Innego”. I to innego „wyobrażonego”, którego tak naprawdę nie ma. Bywam w Ameryce Środkowej i tam nikt tak nie tańczy! Ale muszę powiedzieć, że w całym tym cyrku i kiczu były we mnie takie emocje na turniejach, których nigdy nie zaznałem w swoim spektaklu tańca współczesnego. Styk sztuki i sportu jest niesamowity.

NATALIA SAKOWICZ-CEMPURA: Po liceum zakochałam się w teatrze ożywionej formy – nie takim dla dzieci, ale bardziej alternatywnym, plastycznym, poetyckim.

NS-C: Niesamowite było to, że my – umalowani i ufryzowani – przyjeżdżaliśmy na turnieje w dresie z orłem na piersi. Rozgrzewka była czysto sportowa, ale już anturaż balowy. To było połączenie specyficznej estetyki i emocji sportowych z jakimś teatralnym odgrywaniem ról.

AS: Pochodzicie z Białegostoku, ale oboje mieszkacie w Warszawie. Ty, Natalio, zostałaś w rodzinnym mieście dłużej, bo studiowałaś tam na wydziale lalkarskim w filii stołecznej Akademii Teatralnej. Znam wielu wybitnych aktorów, włącznie z Mają Komorowską, którzy mieli epizod lalkarski na drodze do aktorstwa, traktowali go jednak raczej jako przechowalnię albo etap. Z Tobą było chyba inaczej?

NS-C: U mnie wybór wydziału lalkarskiego był świadomy. Po liceum zakochałam się w teatrze ożywionej formy – nie takim dla dzieci, ale bardziej alternatywnym, plastycznym, poetyckim, jak np. Wierszalin czy teatr Kompania Doomsday (twórcy dzisiejszego Teatru Malabar Hotel i Grupy Coincidentia). Estetyka czy raczej plastyka była też dla mnie super ważna, więc wybór lalek wydawał się naturalny. Wciąż jestem związana z tą uczelnią. Wykładam tam, mam otwarty przewód doktorski, który może na macierzyńskim uda mi się wreszcie domknąć.

AS: Podlasie to bardzo wyrazisty kawałek Polski, mocno zaznaczony w stylistyce, kulturze, obyczajowości i języku. Z drugiej strony, Wy funkcjonowaliście tam w specyficznym tanecznym podzbiorze, też wyrazistym, ale inaczej. Ile z Podlasia jest w Was?

NS-C: Był moment, kiedy bardzo chcieliśmy do większego miasta – do Warszawy, do Londynu, gdziekolwiek, byle pójść dalej. Ale dziś z dużym sentymentem wracamy na Podlasie, może już rzadziej do Białegostoku. Jesteśmy z dziada pradziada stamtąd i czujemy się tam bardzo u siebie. Poza tym ja lubię to połączenie życia w dużym mieście z wyskokami w stronę swoich korzeni, żeby złapać inną energię, nakarmić czymś, co jest z tej ziemi.

Pobudka, reż. Natalia Sakowicz / fot. Tomasz Pienicki

PS: Ja po maturze od razu porzuciłem Białystok. Byłem najpierw w Warszawie na politologii, później w Londynie studiowałem choreografię. Nie za bardzo lubiłem Białystok, ale z czasem, kiedy zbudowałem się już jako artysta i jako człowiek, zacząłem myśleć o tym miejscu jako o czymś, co mnie w pewnym sensie stworzyło. Z jednej strony są więc powroty do białostockiego domu rodzinnego, a z drugiej strony, tak jak Natalka mówi – chyba jeszcze bardziej do drugiego domu, który wraz z kawałkiem ziemi rodzice kupili na podlaskiej wsi. Jest on dla nas miejscem oddechu, potrzebnego w tej gonitwie kreatywności i wytrwałości.

AS: No właśnie, życie w teatrze to życie w drodze, pracujecie przy różnych projektach w różnych miastach i krajach. To jest fajne, ale też bardzo męczące…

NS-C: Tak, i trzeba mieć dokąd czasem wrócić, żeby się uziemić, sprawdzić, z czego jesteś utkany. Nasza Wieżanka jest takim miejscem. Mimo że nie spędzaliśmy dzieciństwa na wsi, to jednak nasi przodkowie są stamtąd i mamy to gdzieś w genach zapisane. Pochodzimy z mieszanej katolicko-prawosławnej rodziny, jestem z tego dumna i zawsze bardzo mnie cieszyły podwójne święta i prezenty (śmiech). A jeszcze kiedy możesz pójść do cerkwi, gdzie w języku, którego nie rozumiesz, śpiewają tak pięknie – to jest czysta inspiracja. W cerkwi zawsze było ciekawiej niż w świątyni katolickiej – zapach kadzideł, migoczące świece, muzyka i barwny ikonostas zasłaniający ołtarz. To wszystko było dla nas jakąś mistyką, tajemnicą i w pewnym sensie to był też nasz pierwszy teatr.

PS: W Wieżance było już całkiem sporo rezydencji artystycznych, bo zapraszaliśmy tam na twórcze weekendy naszych współpracowników z różnych projektów. Dom stoi z dala od sąsiadów, lubię więc włączać sobie bardzo głośną muzykę, tańczyć na golasa i wymyślać różne rzeczy. To Ty, Natalka, powiedziałaś mi wczoraj, że będąc tam, inaczej się widzi…

NS-C: Tak, tam oczy patrzą na kilometr albo dalej. I to na zieleń, bo wokół tylko pola i łąki, w oddali las.

AS: Do jakich miejsc w Białymstoku wracacie? Które z nich są „Wasze”?

NS-C: Dla mnie olśnieniem i źródłem inspiracji na pewno były studia lalkarskie. Tyle lat żyłam w tym mieście, a nie miałam pojęcia, że tam jest w ogóle Akademia Teatralna! Po czym okazało się, że w centrum miasta, jak tylko przekroczy się próg pewnej kamienicy, wchodzisz w magiczny świat, w którym ożywają lalki, przedmioty, materie. To mnie zachwyciło. Dałam się w to wciągnąć i od 2009 roku jestem związana z tą uczelnią. Najpierw jako studentka, a potem od razu zaczęłam tam pracę. To jedyne stałe miejsce w moim niestałym życiu, bo poza pracą na uczelni nie mam nigdzie etatu. Raz robię spektakl w Krakowie, innym razem gram w Białymstoku albo jeżdżę ze spektaklami po całym świecie na festiwale.

W Białymstoku uwielbiam jeszcze Park Branickich, który kojarzy mi się rodzinnie z babcią, bo często wakacje spędzało się obok, u babci na Lipowej. I jeszcze nasz klub „Rytm”, który mieścił się w super miejscu, w starym carskim budynku, idealnym, żeby przerobić go na teatr. Kiedyś nawet mieliśmy takie fantazje, niestety, ktoś nas uprzedził i zrobił z niego hotel.

PS: Ale restaurację mają tam dobrą, byliśmy tam niedawno świętować urodziny mamy. Zresztą w sali, w której latami trenowaliśmy i wylaliśmy tam hektolitry naszego potu.

STORM, chor. Paweł Sakowicz / fot. Pat Mic / Pawilon tańca

AS: Z Białegostoku poszliście jednak w świat. Wasze zawodowe drogi nie są już ze sobą związane bezpośrednio, ale jednak znajdują się w podobnym, artystycznym obszarze. Czujecie, że w tym, co robicie, jest jakieś połączenie? Ja widzę na przykład, że w spektaklach Natalii jest bardzo dużo ruchu i performatyki tanecznej.

NS-C: Rzeczywiście. Ja pracuję z lalkami czy z obiektami, które ożywiam, animuję, czyli – wprowadzam w ruch. Mocno czerpię więc ze swojego dziedzictwa tanecznego. Nawet moja praca doktorska, którą teraz piszę, tego dotyczy, a mianowicie połączenia ciał – żywego z nieożywionym. Wiele z tego, co sobie wypracowaliśmy w dzieciństwie, jako nasze narzędzia, sprawdzam teraz w pracy z materiałem nieożywionym, bo jednak praca z lalką jest rodzajem tańca.

Jakiś czas temu podjęłam też decyzję założenia swojego teatru i robienia własnych rzeczy – wszystko to z głodu własnej twórczości i potrzeby wyrażania siebie. Mam doświadczenie bycia na etacie jako aktorka w teatrze dramatycznym, także w teatrze lalkowym, ale zawsze czułam, że potrzebuję nie tylko być aktorką, ale też produkować i reżyserować swoje rzeczy, samej decydować, o czym mają być moje spektakle.

AS: Paweł, Ty z kolei często sięgasz po inspiracje z okresu klubu „Rytm”. Co rusz wyjmujesz ze swojej wyimaginowanej cekinowej torebeczki z piórami kolejny temat jakiegoś tańca ze sfery tańca towarzyskiego czy latynoskiego i na tym pracujesz.

PS: To prawda, że dużo wyjmuję z tej torebki, ale musiałem do tego dojrzeć. Kiedy studiowałem w Londynie, chciałem zupełnie zerwać z tą estetyką, wydawała mi się ona przaśna i nieinteresująca. Ale kiedy zacząłem robić nowe prace, poczułem, że to też jest część mnie i mam tam cały katalog tematów choreograficzno-teatralnych, z których mogę skorzystać. Poza tym, poza praktyką taneczną, od zawsze byłem zainteresowany teoretycznym wymiarem tańca. Historia tańców, ich korzenie, znaczenie i w ogóle ciało w ruchu są bazą dla moich zainteresowań i prac, które powstają.

PAWEŁ SAKOWICZ: Oglądamy nawzajem swoje prace, zdarza się, że przychodzimy na próby okołogeneralne, żeby druga strona miała to szczere, dobre oko zewnętrzne. Nawet krytyczne, ale z założenia pełne miłości.

AS: Śledzicie wzajemnie swoją twórczość, oglądacie swoje prace?

NS-C: Bardzo się wspieramy i zawsze oglądamy to, co robi druga osoba. Jestem wielką fanką Pawła, śledzę wszystko, co wyjdzie spod jego ręki. A Paweł ostatnio przyleciał z Monachium do Krakowa specjalnie na moją premierę Przemian w Teatrze Groteska, po czym następnego dnia rano wrócił do Monachium. To było dla mnie ważne, bo pierwszy raz zrobiłam spektakl na grupę aktorów i różnego rodzaju lalki. Z kolei kiedy ja oglądam spektakle brata, mam poczucie, że on ma już taki swój podpis – i w ruchu, i w dramaturgii, ma też własny język estetyczny. Uwielbiam te jego adidasy z błyskotkami!

PS: Oglądamy nawzajem swoje prace, zdarza się , że przychodzimy na próby okołogeneralne, żeby druga strona miała to szczere, dobre oko zewnętrzne. Nawet krytyczne, ale z założenia pełne miłości.

AS: Natalia na razie robi przerwę zawodową i szykuje się teraz do roli matki, czekamy na narodziny Henia. A Ty, Paweł, nad czym dzisiaj pracujesz, co Cię interesuje w obszarze tańca?

PS: Sięganie do tego, co mnie szczerze i głęboko pasjonuje, z czego wyrastam, choć tym razem nie chodzi tu konkretnie o miejsce, z którego wyrosłem. Ostatnio np. dużo zastanawiam się nad tańcem jako rytuałem. To coś, nad czym będę pracował w Wilnie w tym roku. Wczoraj byłem na warsztatach flamenco w Pawilonie Tańca i oszalałem po prostu. Przypomniałem sobie paso doble z naszych układów tanecznych z Natalią, to połączenie precyzji i dzikości. No i cały czas wraca w moich pracach skok, wraca obrót, wraca przyspieszenie. Chcę wkrótce polecieć do Argentyny, więc może wróci też tango?

AS: A jest szansa na jakąś Waszą wspólną pracę?

NS-C: Dużo osób nas o to pyta. Myślę, że przyjdzie taki moment.

PS: Tak, wielokrotnie już o tym rozmawialiśmy, żartowaliśmy, że musimy coś razem wytańczyć. Na pewno to w końcu zrobimy. Czekamy tylko na duże propozycje budżetowe (śmiech).

Natalia Sakowicz-Cempura – aktorka i lalkarka, absolwentka i wykładowczyni białostockiego Wydziału Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie. Autorka spektakli, m.in. Pobudka (2017), Romans (2021), Przemiany (2026).
Paweł Sakowicz – choreograf, tancerz, reżyser. Autor spektakli, m.in. Jumpcore (2017), Drama (2020), Boa (2023), STORM (2026).

Anna Sańczuk

Dziennikarka, historyczka sztuki, autorka podcastów i programów poświęconych kulturze. Współpracuje z redakcjami „Vogue Polska”, „Newsweeka”, „Spotkań z zabytkami”, Programem 1 PR i „Halą odlotów” w TVP Kultura.