Gdzie teatr, gdzie gastro

Gdzie teatr, gdzie gastro
Cafe Kulturalna / fot. Monika Stolarska
Kulturalna w Dramatycznym, barStudio w Studio, Wars & Sawa w Nowym, The Cool Cat w TR, Bula w Ochocie, a od niedawna także zupełnie osobny przypadek w tym zestawieniu, czyli Turnus w Komunie – w tych warszawskich miejscach pisze się nowy rozdział długiej historii pt. „Knajpa w teatrze”.

Przesiadywanie w modnych knajpach jest tak samo częścią wielkomiejskiego stylu życia jak bywanie na głośnych premierach, a pop-up kulinarnego blogera w pewnych kręgach może być równie ekscytującym tematem towarzyskiej rozmowy, co perfo w Komunie Warszawa. Związek gastronomii i teatru wydaje się równie naturalny co Pecorino Romano w carbonarze. Zwłaszcza że potrzeba bliskiego współistnienia stołu i sceny jest historycznie uzasadniona. Publiczność zawsze potrzebowała miejsca, by zamienić słowo o obejrzanym spektaklu, artyści zaś – odreagować dzień pracy i oczywiście poplotkować.

Opcją dla wszystkich bywały położone blisko teatrów kawiarnie, restauracje, bary, a dla ludzi teatru najbardziej dostępny adres stanowiły pracownicze bufety. Ale teatralne stołówki to dziś ginące zjawisko oraz nieopłacalny biznes. Jedna z nich właśnie opuszcza warszawski Teatr Narodowy.

„Być może skończy się na jakiejś przestrzeni z mikrofalówką albo o którejś godzinie, jak do korporacji, przyjedzie Pan Kanapka ze swoim asortymentem” – mówi pracownik teatru. Bufet latami był towarzyskim sercem instytucji, a w przeszłości serwowano tam także alkohol. Ćwierć wieku temu w bufecie Narodowego spotkać można było dyrektora Jerzego Grzegorzewskiego, za to dziś dyrektora Jana Klatę widuje się podobno w nieodległym od Placu Teatralnego barze mlecznym, a więc lokalu bardzo egalitarnym. Zespół zaś, jak dodaje mój rozmówca, po spektaklach najchętniej odwiedza pobliski Resort, dawniej pierwszym wyborem był umiejscowiony na tyłach budynku teatru Antrakt. Wnętrze tego pamiętnego lokalu w 2012 roku drobiazgowo odwzorował na narodowej scenie Michał Zadara w spektaklu Aktor wg Norwida.

W knajpianym mikrokosmosie minionej epoki szczególne miejsce zajmowały oczywiście także SPATIF-y. Ich kulturowe znaczenie to temat na osobną opowieść. Jednym z jej najważniejszych wątków jest oczywiście alkohol – „element środowiskowego stylu życia i ucieleśnionego habitusu, kształtowanego przez specyfikę pracy artystycznej”, jak trafnie napisały w naukowej analizie zjawiska Bogna Kietlińska-Radwańska, Monika Kwaśniewska i Katarzyna Waligóra. Kultura picia podlega dziś przeobrażeniom, coraz częściej mówi się o młodym pokoleniu, które do używek podchodzi w sposób bardziej odpowiedzialny i świadomy. Ale czy maklakiewiczowski archetyp aktora balującego do rana i stawiającego się do pracy na kacu rzeczywiście zniknął niczym meduza z lornetą z barowego menu? To nie takie proste. Młode pokolenie artystów nie sięga po alkohol tak regularnie jak ich dziadkowie, obserwujemy powolną zmianę w kulturze picia, ale problem niewątpliwie istnieje, co pokazuje choćby raport Alkohol w polskim teatrze. Poza tym w miejsce alkoholu weszły inne używki, których nie można dopisać do knajpianego menu.

Kultura, by być kulturą, potrzebuje rozmowy, nic więc dziwnego, że jedzenie i sztuki performatywne nieraz się przyciągają. Owocem są teatralne lokale gastronomiczne, które zwłaszcza w stolicy stanowią osobny fenomen: Kulturalna w Dramatycznym, barStudio w Studio, Wars & Sawa w Nowym, The Cool Cat w TR, Bula w Ochocie, a od niedawna także zupełnie osobny przypadek w tym zestawieniu, czyli Turnus w Komunie Warszawa. Miejsca te różni wiele, łączy zaś współdzielenie przestrzeni z teatrami (najczęściej na mocy umowy najmu) i w większym lub mniejszym stopniu próba współtworzenia tożsamości miejsca. To z pozoru proste: knajpa ma ekskluzywnego klienta, a teatr przychód z czynszu. Ale ile w tych relacjach symbiozy, a ile ścierania się o przestrzeń i widoczność?

Dwie strony Pałacu

Na początku była Cafe Kulturalna. Lokal stworzony został dwadzieścia trzy lata temu przez Agnieszkę Łabuszewską. „Wtedy w Warszawie nie było gotowych inspiracji dla takich miejsc. Kulturalna jako jedna z pierwszych rozpoczęła mariaż sztuki i biznesu” – wspomina szefowa i założycielka kultowego dziś miejsca. W stolicy był to czas boomu na klubokawiarnie, gdzie obok standardowej oferty gastronomicznej chciano także gromadzić społeczność – wokół sztuki, kultury czy literatury, ważnych idei czy lokalnych aktywności. Ale uruchomienie restauracji na parterze Pałacu Kultury i Nauki (wcześniej działał tam ważny muzyczny klub Jazzgot), działającej obok dużego publicznego teatru, zachowującej zarazem odrębną tożsamość, ba, posiadającej własny artystyczny repertuar i kulturotwórczą misję, było wówczas oryginalnym pomysłem. Kulturalna ściągała przez lata publiczność Dramatycznego, ale bywała też klubem festiwalowym Warszawskich Spotkań Teatralnych czy festiwalu filmowego Docs Against Gravity odbywającego się u bliskiego sąsiada – w Kinotece. Zarazem gromadziła osobną społeczność na kameralnych koncertach czy performansach niezależnych artystów.

Lokal obecnie działa w trakcie kadencji piątej już dyrekcji Teatru Dramatycznego. Łabuszewska przyznaje, że bliska relacja z publiczną instytucją to szansa, ale i potencjalne obciążenie. „Tworząc nasz harmonogram wydarzeń w Kulturalnej, dopasowujemy się do premier, spektakli, festiwali. Wymaga to partnerskiej współpracy obu stron. Niejednokrotnie wymaga to również odsunięcia własnych ambicji i celów na dalszy plan – opowiada. – Ram współpracy między instytucją publiczną a prywatnym przedsięwzięciem nie da się określić sztywno. O to trzeba z szacunkiem dbać na co dzień”.

Bliskie partnerstwo i jednoczesne budowanie własnej marki – to nieoczywiste wyzwanie. Dziś Kulturalna i Dramatyczny współżyją spokojnie, ale Łabuszewska wspomina, że w pierwszych latach działalności Kulturalnej odczuwała nieraz, że w relacji z teatrem ściera się „sacrum sztuki i profanum jedzenia”. Wspólną przestrzeń niektórzy artyści dzielili w krzywdzący sposób: na górze „świątynia”, na dole „wyszynk”. „Z perspektywy czasu widzę jednak, że etos ludzi teatru i postrzeganie jedzenia jako wyłącznie przyziemnej czynności się zmienia. Teatru nie zostawiamy już na widowni, ten proces idzie z nami dalej i dociera do stołu”.

Tego myślenia nie zdołała zmienić nawet awantura o przesunięty stolik, którą w 2021 roku w mediach społecznościowych wywołał ówczesny dyrektor Tadeusz Słobodzianek, oburzony faktem, że musiał usiąść w innym miejscu niż zawsze. Dziś tę dość żenującą sytuację pamiętamy jako jeden z wielu aktów burzliwego konkursu na nową dyrekcję Dramatycznego. A przy okazji pretekst do zadania pytania: gdzie kończy się teatr, a gdzie zaczyna knajpa?

barStudio / fot. FB

Do Kulturalnej wchodzi się albo przechodząc przez foyer Dramatycznego, albo bezpośrednio od południowego skrzydła Pałacu Kultury i Nauki, skąd bliżej jest do Kinoteki. Zupełnie inaczej lustrzaną przestrzeń zaanektował bliski sąsiad Kulturalnej, czyli barStudio. Pod wielkim banerami z afiszami aktualnie granych spektakli rozpościera się kilkadziesiąt stolików, które spod pałacowej kolumnady wylewają się na odnowioną przestrzeń placu. Wieczorami, zwłaszcza w sezonie letnim bywa tu tłoczno – barStudio jest jedną z głównych imprezowych destynacji w ścisłym centrum stolicy. Obok masywnych drzwi wejściowych znajduje się okno wydawkowe, a za nim kuchnia. Od rana przechodzą przez to okienko śniadania, a po godzinie czternastej – jedne z lepszych neapolitańskich pizz w mieście. Gdy przekroczymy drzwi, naszym oczom ukazuje się centralnie ustawiony bar ze ścianą alkoholi. Po lewej niewielka scena, na której odbywają się kameralne koncerty, dyskusje i spotkania autorskie. A którędy do teatru? Bocznymi schodami na górę.

„A wieczorem jest to samo, leją to, co rano” – skandował w 2016 zespół aktorski sfrustrowany stylem zarządzania dyrektora naczelnego. Romanowi Osadnikowi zarzucano, że ponad działalność artystyczną stawia projekty wokół teatru – w tym barStudio. W tle znowu był wewnętrzny konflikt wokół dymisji dyrektorki artystycznej Agnieszki Glińskiej, a w perspektywie – rozproszenie zespołu aktorskiego. Piosenka i nakręcony przez aktorów Studio metodą do-it-yourself teledysk Teatr Romana dziś ma 266 tysięcy odsłon na YouTubie i jest cokolwiek zdumiewającym dokumentem historii tej sceny. Oraz unikatowym przypadkiem ciętej satyry pracowników wymierzonej we własnego pracodawcę. Wiele w nim także kąśliwych odniesień do popularnego baru.

Ale mimo kryzysu sprzed dekady zarządzany przez animatora kultury Grzegorza Lewandowskiego – odpowiedzialnego w przeszłości za prowadzenie bardzo istotnej dla miejskiej kultury klubokawiarni Chłodna 25 – lokal działa do dziś i ma się świetnie. Z przyteatralnej kawiarenki zwanej w 2010 roku Bratnią Szatnią stał się autonomicznym miejscem prestiżu. Nie tylko cieszy się dużym ruchem, ma także własny wyrazisty program artystyczny: to tutaj zobaczymy solowe koncerty pianistyczne Marcina Maseckiego, autorski Late Night Show, wydarzenia związane z muzyką tradycyjną albo Mistrzostwa Polski w Naśladowaniu Ptaków.

Granica?

Czasem jednak udane partnerstwo wymaga kompromisu. „Dla nas zawsze na pierwszym miejscu jest teatr i nasza misja wobec tego miejsca, dopiero potem tworzenie własnej tożsamości” – zapewnia Marcin Sekuła, szef Warsa & Sawy, niegdyś popularnej wegetariańskiej knajpy z Powiśla, a dziś restauracji zajmującej sporą część przestronnego open space, jakim jest foyer Nowego Teatru. Iga i Marcin Sekuła wygrali wieloetapowy konkurs na prowadzenie kawiarni, który teatr ogłosił niemal dekadę temu. Dziś przestrzeń gastronomiczna, obok księgarni, stanowi integralną część wnętrza teatru powstałego w obiekcie dawnego warsztatu MPO. Na dziedzińcu i wewnątrz, przy dużych stołach przypominających bardziej miejsce coworkingu niż restaurację, spotkać można zarówno aktorów i pracowników Nowego, jak i mieszkańców Starego Mokotowa wpadających z rodziną na lunch lub popracować z laptopem.

„Chcieliśmy stworzyć miejsce oparte na wegetariańskiej kuchni otwarte dla lokalnej społeczności, sąsiadów, rodzin i ludzi spotykających się wokół jedzenia – mówi Marcin Sekuła. – Przenieśliśmy więc na Stary Mokotów ideę, którą kultywowaliśmy wcześniej na Powiślu. Czujemy się współgospodarzami tego miejsca i jego wizytówką, pierwsze wrażenie, pierwszy kontakt z Nowym Teatrem odbywa się często poprzez Warsa & Sawę. Często mówi się o nas jako o mokotowskim podwórku”.

Lunch w Warsie & Sawie w środku tygodnia rzeczywiście ma bardzo lokalną atmosferę. Ale wieczorami, kiedy zbliża się godzina grania, zmieniają się tu rytm i atmosfera. „Współpraca z Nowym Teatrem jest dla nas bardzo wartościowa, ponieważ jesteśmy częścią miejsca, które od lat odgrywa ważną rolę na kulturalnej mapie Warszawy –  przyznaje Sekuła. – Teatr naturalnie nadaje rytm tej przestrzeni, a my staramy się go uzupełniać, tworząc miejsce otwarte zarówno dla widzów, jak i lokalnej społeczności. Dzięki temu spotykają się tu różne środowiska, artyści, mieszkańcy, pracownicy teatru i nasi stali goście. To właśnie ta różnorodność sprawia, że Wars i Sawa ma wyjątkowy charakter”.

Wars i Sawa / fot. FB

Iga i Marcin Sekuła to z wykształcenia animatorzy kultury, nic dziwnego, że przyciągają ich teatry. Tak też było z prowadzonym przez nich Ocho, znajdującym się w parterze Teatru Ochoty, gdzie odpowiadali za przystosowanie dość trudnego lokalu do warunków restauracyjnych. Wcześniej za przeszkloną ścianą w szachownicę działały miejsca o charakterze raczej kawiarnianym: Kwadratowa i Królestwo Warszawa. Oba upadły ze względów biznesowych. Czasy Ocho to z kolei najodważniejsze menu i wystrój, ale nim miejsce zdążyło się dobrze osadzić, przyszła pandemia. „Do tamtego momentu wszyscy nasi ajenci to były osoby bliskie środowisku kultury, z którymi mieliśmy poczucie, że knajpa jest »nasza« – razem robiliśmy bankiety po premierach, nasi goście byli gośćmi kawiarni” – wspomina Joanna Nawrocka, była dyrektorka teatru. Przykład Ochoty pokazuje jednak, że czasem sztywne wytyczenie granicy harmonizuje wzajemne relacje. Zwłaszcza że teatr i gastro żyją swoimi rytmami.

W ostatnim roku swojej dyrekcji Nawrocka podpisała umowę najmu z Trang Moniką Nguyen i Huyen Agnieszką Nguyen, które wcześniej prowadziły kawiarnię Doza na Żoliborzu. Tak w Ochocie powstała Bula. To restauracja połączona z rzemieślniczą piekarnią: kiedy wchodzi się do lokalu od strony Skweru ks. Salamuchy, w nozdrza uderza zapach świeżego pieczywa, a w oczy kontuar z drożdżówkami, cynamonkami i croissantami, które wyglądają niczym asortyment jubilerski. W sobotni poranek długa sala i zadaszony dziedziniec są szczelnie wypełnione gośćmi. Ściągnęła ich zapewne atrakcyjna oferta śniadaniowa, gdzie pierwsze skrzypce gra oczywiście świetne pieczywo. Parter teatru tętni życiem wiele godzin, zanim budynek zapełni się widzami spektakli. Żaden to przedsionek teatru, lecz regularna restauracja w godzinie szczytu. „Szefowe Buli postawiły bardzo wyraźną granicę, gdzie kończy się teatr, a zaczyna knajpa. To początkowo wzbudzało opór naszych pracowników. Rozumiałam go, ale ufałam tej sytuacji – opowiada Nawrocka. – Były to zdystansowane ajentki, ale płaciły czynsz na czas”.

„Pozostajemy w poprawnych, sąsiedzko-najemczych relacjach – mówi z kolei Anna Rochowska, dyrektorka TR Warszawa o The Cool Cat TR. – Z biletem na spektakl widzowie mogą tam otrzymać zniżkę na wino lub kawę. Z kolei nasi pracownicy mają konkretny rabat na posiłki, więc w pewnym sensie jest to zakładowa stołówka teatru”. The Cool Cat swój pierwszy lokal otworzył w 2015 roku na Powiślu. Umowę najmu z TR Warszawa podpisał trzy lata później. Koreańskie frytki, parowane na miejscu bułeczki bao czy Kaftan burger (od nazwiska szefa kuchni) z koroną sera opanierowanego w panko – kuchnia Jakuba Kaftańskiego to kreatywna fuzja inspiracji street foodem Wschodu i Zachodu, nieprzekombinowana, ale bez wątpienia fotogeniczna. Sexy talerze na miarę centrum stolicy. „The Cool Cat TR ma swoją politykę i swoją estetykę, inną niż nasza – przyznaje Rochowska. – To restauracja, która musi zarobić, nie do końca możliwa jest więc bardziej partnerska współpraca między nami”.

Taka szorstka, ale stabilna miłość niekoniecznie jest złym układem. W przeszłości TR eksperymentował z innymi gastronomicznymi formatami: tak jak w prowadzonych przez Fundację TR Delikatesach. „Przyświecała nam idea prawdziwie symbiotycznej relacji knajpy i teatru. Odbywały się tam liczne wydarzenia artystyczne, konferencje prasowe, drinki miały nazwy naszych spektakli, a kaowcem był Mike Urbaniak. To była prawdziwie nasza przestrzeń” – wspomina Rochowska. Projekt jednak nie utrzymał się długo, godziny wydarzeń Delikatesów wchodziły nieraz w paradę wydarzeniom repertuarowym, a jego deficytowy charakter zmusił TR do wynajmu restauracyjnej przestrzeni na zasadach rynkowych, by wesprzeć budżet teatru.

Z Woli do Szkoły

Kamila Falęcka i Marcelina Gorczyńska poznały się na kierunku Sztuka Mediów w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W 2020 roku założyły grupę artystyczno-kuratorską, organizując niezależne wystawy i wernisaże, ale punktem zwrotnym było dla nich otworzenie galerii przy ul. Wolskiej. Tam przez kolejne dwa lata działał Turnus – galeria połączona z kawiarnią, w której nie tylko w milczeniu można było obejrzeć dzieła młodych współczesnych artystów, ale też usiąść, spotkać się, pobyć i zrobić coś razem. Kto nie zdążył dotrzeć przed niedawną wyprowadzką, może sprawdzić instagramowy feed Turnusu z tych lat – jest ujmujący. Młodzi ludzie przy stolikach sączą cydr i kawki z retro kubeczków, rozgrywają turniej Rummikuba, wspólnie szydełkują czy wykonują roślinne kolaże. Relacje z życia galerii – na osobnym koncie. Ale w realu przestrzeń galeryjna i kawiarniana wydawały się funkcjonować w idealnej symbiozie, tworząc razem miejsce lokalnej aktywności. W trakcie dwuletniej działalności założycielki zorganizowały blisko trzydzieści wystaw, z otwartością na inicjatywy i projekty, które przynosili im sami odbiorcy.

Być może to właśnie oddolny charakter przedsięwzięcia pozwolił twórczyniom Turnusu ulokować swój wyjątkowy projekt tuż obok legendarnego centrum niezależnych sztuk performatywnych. Od kilku miesięcy zajmują lewą część budynku Szkoły przy Emilii Plater, czyli w siedzibie Komuny Warszawa. Obiekt jeszcze do niedawna zagrożony był zrównaniem z ziemią, ale przed deweloperskimi zakusami uratował go (przynajmniej tymczasowo) wpis do rejestru zabytków. Obecność Turnusu zdaje się przypieczętowywać to zwycięstwo. Komuna ma długą tradycję oddawania swojej przestrzeni na rzecz świeżych, eksperymentalnych i zaangażowanych działań innych artystów, także tych młodych. Tym razem do Szkoły na dłużej wprowadziła się twórcza grupa ludzi, którzy działają na rzecz wspólnoty, łącząc spotkania przy stole i wokół sztuki.

Turnus Cafe / fot. Karolina Jackowska

„Turnus to przede wszystkim galeria, miejsce spotkań i wszelakich działań artystycznych. Oraz kawiarnia” – taką hierarchię wylicza Gorczyńska. Ale wydaje się, że to miejsce i marka o tak silnej tożsamości, że być może i tu potrzebny jest zdrowy dystans. Do Turnusu dziś można wejść bezpośrednio z komunowego korytarza, ale i z dziedzińca Szkoły, który w śródmiejskie majowe popołudnie jest jak sielska wyspa. Na zewnątrz skromne, ale zachęcające stoliki, przy nich zadowoleni goście. Akurat nie jest to czas hucznego pikniku, setu DJ-skiego pod szyldem EuroPOP czy turnieju państwa-miasta. Wewnątrz mamy krótkie, wyłącznie zimne menu: kanapki, sałatki, autorskie lemoniady i desery w retro stylu, w tym szczególnej urody blok pistacjowy, który triumfy święcił jeszcze przy Wolskiej. Niedawno uzyskana koncesja na alkohol obrodziła kraftowymi piwami w lodówce. Ale jedzenie i napoje to oczywiście zaledwie pretekst, by zatrzymać się tu na dłużej: za ścianą znajdują się dwa wystawiennicze pomieszczenia. W maju można było podziwiać pierwszą grupową wystawę w nowej lokalizacji zatytułowaną It’s the little things

„Turnus od samego początku był autonomicznym projektem – podkreśla Gorczyńska. – Wchodząc do Szkoły, zależało nam, by takim pozostał, nie chcieliśmy stać się bufetem w teatrze. Cały czas badamy, jak to sąsiedztwo będzie przebiegać. Będąc w jednej przestrzeni, chcielibyśmy tworzyć wspólną społeczność, wpływać na swoje publiczności i je powiększać. Tworzyć fajne miejsce w centrum Warszawy przy zachowaniu charakteru działalności Komuny oraz Turnusu”.

Szymon Kazimierczak

Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. W latach 2012-2024 redaktor miesięcznika „Teatr”, publikował również w „Dialogu” czy na portalu teatralny.pl. Obecnie zawodowo zajmuje się gotowaniem, a po godzinach gra na gitarze w zespołach Bartka Mieżyńskiego i Dla Kontrastu.