Grzegorz Braun wystawia „Lalkę”
Niespodzianka! Pomysł na Lalkę wodewilowo-komediową z Teatru Rampa na Targówku jest bardziej wyrazisty niż pomysł na Lalkę postdramatyczno-krytyczną z Teatru Dramatycznego m. st. Warszawy.
Oto na scenie Rampy filmową adaptację powieści Prusa reżyseruje Grzegorz Braun. Teatr w teatrze. W końcu Braun to też reżyser, a nie tylko polityk, no i podobnie jak Wokulski też jest za handlem z Rosją. Gdy aktor Piotr Napierała w roli Brauna – z przepaską na oku i udatnie modulowanym głosem – pojawia się na scenie, trochę mnie to bawi (no, nawet całkiem mnie to bawi, bo młody aktor jest naprawdę niezły), a trochę zamieram na krześle. Czy to na pewno moment, w którym powinniśmy z tego żartować? To tacy ludzie narzucają dziś ton głównemu nurtowi faszyzującej się polskiej polityki. Bezkarne akty przemocy, antysemityzm, nagonka na Ukraińców… Wymieniać można by długo. Może jednak nie czas na żarty – myślę sobie w kolejnej minucie. Mija parę chwil i zmieniam zdanie: mogę jeszcze kpić publicznie z Grzegorza Brauna, tego im nie oddam.
Gdzie jesteśmy jako widzowie Lalki ’89?
Spotykają się tu co najmniej trzy perspektywy: dzień dzisiejszy, rzeczywistość Warszawy 1878 i potransformacyjna Warszawa roku 1989. W każdej z nich kapitalizm gwałtownie wybucha i pokazuje swoje witalne siły. Spycha jednych na dno, wynosi wzwyż drugich. Całkiem solidnie rekonstruowana Lalka Prusa zderza się między innymi z opowieścią o wampirach polskiej historii. Na te poluje zaś… sama Maria Janion (jeden z bardziej odjechanych wątków; w roli legendarnej profesor Dominika Łakomska).
Największym atutem przedstawienia są szybkie cięcia montażowe i dość nieoczywiste połączenia planów czasowych. I choć paru piosenek z dwuipółgodzinnego spektaklu spokojnie mogłoby nie być, to Lalkę ’89 uważam za projekt udany. Pewna aura tandety towarzysząca konceptowi gazetowej „powieści w odcinkach”, którą przecież była pierwotnie Lalka, spotyka tu szlachetną tandetę pisanego na ostatnią chwilę kabaretowego scenariusza. Spuszczenie powietrza z balonu nadmuchanego przez filmowo-telewizyjny marketing oraz literacką legendę pod tytułem „Cała Polska czeka na Lalkę” robi całemu projektowi bardzo dobrze.
Jedną z perspektyw, jakie proponuje spektakl z Rampy, jest wątek znudzonej licealistki, która czyta Lalkę w ramach przygotowań przed maturą. Kapitalizm jest dziś inny niż w XIX wieku, ale nadal tak samo bezwzględny. Kulturę zapierdolu i sny o awansie, jak śpiewa nasza bohaterka, zastąpiło konto na OnlyFans. I choć ponownie jest to klisza – w końcu miliony ludzi ogląda dziś serial Euforia, gdzie OnlyFans to jeden z głównych tematów, a sama platforma jest też elementem dyskursu mizoginicznej manosfery – to wątek ten i tak się broni w zdystansowanym wykonaniu Agaty Łabno, świetnej wokalnie i aktorsko (szersza publiczność może znać ją z serialu komediowego 1670 czy nagrodzonego w Gdyni filmu Wszystkie nasze strachy Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta).
Kiedyś to było
Formuła kabaretowa? Oczywiście. Reżyser i dyrektor Michał Walczak po raz kolejny odwołuje się do swojego największego dotychczas sukcesu – stworzonego w 2012 roku kabaretu Pożar w Burdelu. Łączył on aktorów dopiero zdobywających stołeczną scenę, m.in. z Wałbrzycha (Agnieszka Przepiórska!), z bardziej rozpoznawalnymi nazwiskami, jak Przemysław Bluszcz (związany z kolei z Legnicą), a także z aktorami Teatru Narodowego – w tym Oskarem Hamerskim, który w dawnym Pożarze wcielił się m.in. w kultową rolę Pałacu Kultury i Nauki.
Tamten Pożar zaczął się w piwnicy nieistniejącego już klubu Chłodna 25 na warszawskiej Woli. W szczytowym momencie popularności wędrował po mieście i wypełniał sale w Teatrze Polskim, Nowym Teatrze czy Fabryce Trzciny. Walczak prowadził też kameralną stałą scenę – Dziką Stronę Wisły przy praskim Placu Hallera, gdzie solowe spektakle komediowe miał nie tylko Andrzej Konopka, jeden z głównych artystów Pożaru, ale i chociażby sam Andrzej Seweryn. Pożar był modny, wyprzedawał tysiące całkiem drogich biletów, doczekał się nawet (nieudanej) realizacji telewizyjnej w TVN.
To było dawno temu. Gdy kilka miesięcy temu na gali Polskich Nagród Filmowych Orły Konopka jako prowadzący odwoływał się w swoich żartach do postaci Duszpasterza Hipsterów, spora część publiczności mogła nie wiedzieć, o co mu właściwie chodzi. A Duszpasterz Hipsterów to była jedna z najlepiej zrobionych postaci Pożaru – uosabiający ambiwalencje polskiego katolicyzmu ksiądz-sybaryta, niby liberalny, ale i umiejący pogrozić palcem. A przede wszystkim, ze świetnie imitowanym księżowskim tonem. „Wiedzieli, że jestem z małej miejscowości i Kościół mam w genach. Znam ten zaśpiew, ten ton, sposób przemawiania, straszenia i nagradzania. No więc napisali mi kazanie i to zażarło” – mówił mi dekadę temu Konopka w wywiadzie. Ta „mała miejscowość” to był ważny punkt zaczepienia. Dawny Pożar pokazywał Warszawę jako miasto ludzi napływowych, żądnych sukcesu, ale i po prostu życia, zabawy.

Nauczycielka ma głos
W 2026 roku samo używanie na poważnie słowa „hipster” w publicznych wypowiedziach niezawodnie sygnalizuje pewne odklejenie (to przeterminowana klisza w rodzaju „lewicy z Placu Zbawiciela”). Nic dziwnego zatem, że w Lalce ’89 tego słowa brak. Zresztą w nowych spektaklach w Rampie z pożarowego uniwersum w centrum stoi nauczycielka z Targówka w wieku średnim – Marzena Świrska-Wnerwińska, bohaterka monodramu Agnieszki Makowskiej Niepokój nauczycielski. Polonistka z liceum. Nie figury z artystycznej bohemy, nie „młodzieżowi” aktywiści miejscy ani nie dziennikarze. Wokulski w Lalce ’89 oznajmia, że – jak cała polska humanistyka – też przeszedł zwrot ludowy, stąd nie interesuje go już Izabela. Twórczość Walczaka przeszła z kolei może nie tyle zwrot ludowy, ile zwrot w stronę inteligenckiej soli ziemi (tej ziemi) – nie ludzi, którzy są o krok od wylądowania na Pudelku, jak bohaterowie starych Pożarów, tylko zwyczajnych, umęczonych zgłupieniem świata dookoła, polskich szeregowych „wykształciuchów”. Ludzi, którzy wiedzą, kto to była Maria Janion. Trochę jak kiedyś radiowa Trójka – miejsce po Pożarze nie musi być towarzyską awangardą i miejscówką do pokazania się, ale może być miejscem schronienia, pociechy, uznania i relaksu.
Koprodukowany przez warszawski Dom Spotkań z Historią spektakl chce niestety odwołać się do historycznych postaci czasu transformacji. I to właśnie skecze z Balcerowiczem czy Kwaśniewskim są w Lalce ’89 najsłabsze. „Spektakl o transformacji” to w polskim teatrze już niemal osobny gatunek: 1989 Katarzyny Szyngiery, stare przedstawienia Strzępki i Demirskiego czy niedawne Erotyczne immunitety Rubina i Janiczak z Olsztyna na różne sposoby postawiły tu poprzeczkę naprawdę wysoko. Znacznie lepiej wypada upostaciowiona przez Dominikę Łakomską „Komuna”, śpiewająca swój dwuznaczny song o tym, co traci Polska z jej odejściem, włącznie z prawem do aborcji, wątkiem pominiętym chociażby w musicalu 1989.Skuteczniej działa też na scenie prywatna opowieść pani Marzeny, naszej bohaterki, wrzuconej w historyczne wydarzenia jako ówczesna maturzystka nawiązująca romantyczną relację z chłopakiem, który później niespodziewanie okaże się całkiem ważną figurą polskiej polityki.
Od królowej do nepo baby
Od polityki nie uciekniemy, bo dla formuły tego kabaretu kontekst polityczno-społeczny jest kluczowy. Złoty okres Pożaru w Burdelu przypadał na czasy, kiedy wydawało się, że polityka miejska może być odrębna od partyjnych starć w Sejmie, a działacze ruchów miejskich przebijali się właśnie do głównego nurtu i przykuwali uwagę mediów. Z czasem coraz mniej było w Pożarze żartów o budowie metra, konflikcie o domki fińskie na Jazdowie, reprywatyzacji czy warszawskich teatrach – a coraz więcej o polaryzacji, nacjonalistach i TVP Jacka Kurskiego. Pożar jednak wciąż (w różnej skali i z różną ostrością) odnosił się też do – z reguły znacznie bardziej mściwej i bezwzględnej niż władza centralna – władzy samorządowej, wbrew mitom o „sukcesie samorządu w III RP”. Nikt nie przebije Andrzeja Seweryna, który w kierowanym przez siebie Teatrze Polskim występował jako „książę Mazowsza”, wymieniony z nazwiska Adam Struzik – bezpośredni przełożony Seweryna czy, jak to się mówi fachowo, „organizator” – w złotej koronie i na tronie.
Ważniejsza była jednak władza warszawska. W starym Pożarze była to „prezydent HGW” (Agnieszka Przepiórska). Aktorka grała ówczesną prezydentkę Hannę Gronkiewicz-Waltz jako władczą, dominującą monarchinię, która od czasu do czasu w przebraniu plebejuszki zstępuje między swoich poddanych i potrafi zaskoczyć czy to poczuciem humoru, czy nieoczywistym pomysłem. Już po zmianie prezydenta Warszawy – i już w Rampie – na scenie pojawiła się zaś wiceprezydentka Aldona Machnowska-Góra, sygnalizowana przez burzę rudych włosów i zadaniowe podejście do rozwiązywania problemów. Rafał Trzaskowski wydawał się politykiem tak nijakim, że trudno byłoby go nawet parodiować, ale w najnowszym spektaklu dotarł w końcu na scenę. Marcin Januszkiewicz wykonuje tak brawurową karykaturę włodarza, że staje się wręcz jednym z głównych atutów Lalki ’89. To karykatura jadowita i pełna energii. Paliwa dostarczyła jej druga nieudana kampania prezydencka, ale chyba również frustracja rozmaitymi decyzjami władz Warszawy.
Show must go on
Tekst oczywiście skręca w stronę nostalgii. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Walczak z Łubieńskim w Rampie świecą światłem odbitym, przetwarzają żarty, które „wiszą w powietrzu”, są obecne w mediach czy na platformach społecznościowych. Jasne. W sumie, czy nie robili tego i w złotej epoce Pożaru? W końcu od tego jest kabaret. Tyle że to tylko pół prawdy. W dodatku niekoniecznie to ważniejsze pół. Prawdą jest też, że w mieście, w którym tyle ciągle się zmienia, tyle znika, tyle energii się marnuje, Walczakowi z Łubieńskim udała się rzadka sztuka: zbudować jakąś ciągłość. Miejsce, które spora grupa ludzi pamięta – i do której wiele osób chce wracać.
Co może nawet ważniejsze: świat się zmienił. I mam tu na myśli nie tylko krajobraz polityczny Warszawy, Polski czy świata. Kultura jest w innym miejscu. Zebranie ludzi, by razem regularnie się śmiali, jest jeszcze ważniejsze i jeszcze trudniejsze niż wtedy, gdy Walczak zaczynał w piwnicy na Chłodnej, na Placu Zbawiciela stała tęcza, Wielka Brytania była wciąż w Unii Europejskiej, epidemia kojarzyła się z dżumą czy hiszpanką, a do Odessy można było polecieć Ryanairem. A, no i Braun był śmieszną postacią z YouTube’a, znaną jedynie koneserom prawicowego folkloru.