Isadora nie boi się latać
Może potrzeba nam dziś opowieści, w których pozwalamy kobietom porzucić kompas moralny, i potrzebujemy bohaterek, które nie zadręczają się poczuciem winy? Taka jest Isadora Wing w bezbłędnym wykonaniu Marty Nieradkiewicz w Strachu przed lataniem w TR Warszawa.
W Strachu przed lataniem Eriki Jong romans nieszczęśliwej mężatki Isadory Wing z Adrianem Goodlove’em rozpoczyna się od klepnięcia w pupę. „– Pyskata z ciebie cipeńka – powiedział. Chwycił mnie całą dłonią za tyłek i z uciechą ścisnął. – Masz fajną dupkę – stwierdził” (tł. Małgorzata Fabianowska). Jak pewnie większość dorosłych kobiet, też byłam kiedyś ofiarą takiej sytuacji – to mnie akurat nie szokuje, czasy aż tak bardzo się nie zmieniły (powieść została wydana po raz pierwszy w 1973 roku). Oburzyła mnie natomiast reakcja Isadory. I chyba właśnie od tego zbiorowego oburzenia ma rozpocząć się przygoda z bohaterką, której ciało bierze górę nad rozumem (a może poprzez ciało odkrywa ona to, co rozum chce odsunąć?).
Czekałam na to, jak przedstawi tę scenę Weronika Szczawińska w najnowszej adaptacji z TR Warszawa. Jak przypuszczałam, zdecydowała się tego gestu nie powtórzyć. Bohaterowie – jak w powieści – poznają się przy wejściu na konferencję dla psychoanalityków w Wiedniu. Bennett Wing (Rafał Maćkowiak), mąż Isadory, jest psychoanalitykiem. Żona przyleciała z nim ze Stanów w roli dziennikarki. Kobieta awanturuje się, ponieważ obsługa nie chce jej wpuścić do środka. Nieznajomy Anglik, Adrian Goodlove (też psychoanalityk), poucza ją, mówiąc, że gdyby była milsza, łatwiej udałoby się jej załatwić to, czego potrzebuje.
W kluczowym momencie klepnięcia widzimy Adriana z podniesioną, gotową do uderzenia ręką oraz Isadorę (Marta Nieradkiewicz), która usuwa się z jego pola (oniemiałą – feromony właśnie zaczęły krążyć, niebo się przed nią rozstąpiło, a ziemia osunęła się spod nóg). Klepnięty w efekcie zostaje Bennett. Ot, taki mały, współczesny mikrofeminizm reżyserski. Tyle że w powieści to właśnie to uderzenie otwiera bramy niebios: „Jedyne czego chciałam to, żeby złapał mnie jeszcze raz za tyłek. Poszłabym za nim wszędzie. Do Dachau, do Auschwitz – wszędzie” (bohaterka jest Żydówką, ale w przedstawieniu ten wątek nie zostaje podjęty).
Czy rezygnując z tego gestu na rzecz dzisiejszych (adekwatnych rzecz jasna) norm, nie tracimy wiarygodnego obrazu bohaterki, którą definiuje właśnie ten prosty, wręcz prostacki instynkt? Instynkt, który stwarza fascynujący obszar jej wewnętrznego konfliktu – inteligentnej pisarki, która chce być zdominowana i wykorzystana. Nie bez przyczyny Jong jako motto drugiego rozdziału wybiera wiersz Sylvii Plath: „Każda kobieta uwielbia faszystę / But na twarz, bestię / Brutalne serce, brutala takiego jak ty”. Pup w tym spektaklu jednak nie zabraknie: medal za najlepszy tyłek odegra w swoim czasie ważną rolę, a głowa Adriana chętnie będzie spoczywać na pośladkach wypiętej Isadory. Kiedy indziej dwa wypięte tyłki będą ze sobą rozmawiać.

Konwencję przedstawienia poznajemy wcześniej, w pierwszej scenie. Piątka bohaterów (prócz wymienionych Aleksandra Matlingiewicz w roli Randy i Beata Bandurska jako Judith White) stoi bardzo blisko siebie: dwójka z przodu, trójka z tyłu; Isadora i Bennett trzymają się za ręce, za nią Adrian. Cała piątka wykonuje choreografię mającą przypominać kopulację. Lecą samolotem do Wiednia, a ich tyłki podnoszą się i opadają, ocierając o innych. Erotyka będzie tu właśnie taka – formalna, choreograficzna, wypracowana bardzo konkretnym ruchem i gestem (choreografia Alicja Czyczel); pocałunki, które tak marzą się Isadorze, a którymi mąż jej w powieści nie obdarza, wydarzą się z przyjaciółką, we wspomnieniach o dawnym pisaniu nastoletnich erotyków. Seks Isadory z Adrianem ma postać bardzo formalnego, zachwycającego tańca z materacami, zakończonego oblewaniem się sugestywnym, białym jogurtem.
Nieradkiewicz od pierwszej chwili portretuje bohaterkę bezczelną, pozbawioną sentymentów, świadomą tego, że jej małżeństwo po pięciu latach od zawarcia okazało się klapą. Jej sarkastyczne wypowiedzi mówione do widza kojarzą się oczywiście z komentarzami serialowej Fleabag. Przedstawienie mniej niż książka skupia się jednak na momentach, w których kobieta wątpi i kwestionuje własne wybory – zarówno w związku ze zdradą, jak i swoją całą (okropnie) męskocentryczną postawą życiową. W powieści Isadora jest świadoma, że koncepcja małżeństwa (obecne jest już drugim, choć ona sama jest przed trzydziestką), jego pragnienie i dążenie do niego stanowią jej naczelny imperatyw i widzi w tym potencjalny problem; Isadora w spektaklu nie ma takiej świadomości, wydaje się bardziej infantylna. Autorka książki pisała piętnaście lat od jej wydania, że opisuje ona „wzlot kogoś, kto boi się latać”. Bohaterka spektaklu w ogóle nie sprawia takiego wrażenia – moim zdaniem ona się latać nie boi.
W adaptacji Piotra Wawra jr świetnie udaje się wydobyć z powieści humor. Publiczność – a przynajmniej ta przedpremierowa, ale w tym wypadku wierzę, że humor ma zasięg szerszy niż najbliższy krąg twórców i parę krytyczek – nieustannie wybucha śmiechem. Autorefleksyjność Isadory zanika chyba właśnie kosztem tego humoru. Ale może to dobrze? Może potrzeba nam dziś opowieści, w których pozwalamy kobietom porzucić kompas moralny, i potrzebujemy bohaterek, które nie zadręczają się poczuciem winy? Dla przeciwwagi wieków wyrzutów sumienia, którymi mężczyźni z reguły nie zawracali sobie głowy podczas zdrad.
Nieradkiewicz jest po czterdziestce, a Zaręba ma dwadzieścia cztery lata, co potencjalnie mogłoby przenosić tę historię w inne, „milfowe” rejony (w książce bohaterowie są w podobnym wieku, w okolicach trzydziestki), ale twórcy tego nie wykorzystują. Nie widzę w tym jednak problemu, w końcu w Hollywood dwudziestolatki notorycznie grają u boku mężczyzn po czterdziestce w filmach, które w żaden sposób nie tematyzują różnicy wieku, stwarzając pozory tego, że gdy mężczyźni są już lekko pomarszczeni i siwi, kobiety nadal pozostają gładkie.
A Nieradkiewicz i Zaręba wyglądają ze sobą naprawdę ładnie. Bo to w ogóle jest bardzo piękne przedstawienie – paleta barw wykorzystana w kostiumach i scenografii ma potężny ładunek energetyczny (scenografia i kostiumy Marta Szypulska); zabawa i radość wyczuwalne także w grze aktorów są zaraźliwe. Żałuję trochę, że za rzadko towarzyszy temu muzyka, która pojawia się dopiero w drugiej części przedstawienia, bo ten emocjonalny lot mógłby wznieść się jeszcze wyżej.
Świetnie natomiast, że twórcy sięgnęli po tę powieść, bo obserwując to, co dzieje się w mediach społecznościowych, i jak bardzo pewne środowiska próbują przekonać dziewczyny, że model trad wives ma im do zaoferowania więcej niż jakakolwiek emancypacja – to zdecydowanie czas, by wciąż na nowo pytać, czego ja jako kobieta potrzebuję, która droga jest mi najbliższa, która da mi radość i spełnienie. I która nie pozwoli mi zatracić siebie.