Jak umiera gwiazda?
Spektaklowi Kalwat brakuje gradacji, celu, nadrzędnego zamysłu. Jak na traktat filozoficzny jest zbyt powierzchowny i chaotyczny, jak na teatralny eksperyment – za bardzo skonwencjonalizowany i epigoński.
Słońce zbliża się do kresu swojej ewolucji. Najpierw zmienia się w czerwonego olbrzyma, później w białego karła, aż wreszcie stygnie i gaśnie. Wraz z nim gaśnie możliwość życia na Ziemi: temperatura gwałtownie rośnie, wybuchają kolejne pożary, wszędzie unosi się popiół, a oceany wyparowują. Nie ma lub zaraz nie będzie ludzi, choć wielu z nich cieszy się jeszcze z tego, że lata są coraz bardziej upalne i łatwiej się opalić. Tak mniej więcej można by zarysować sytuację, w której znaleźli się bohaterowie i bohaterki Słońca. Powietrza. Popiołu, najnowszego spektaklu Katarzyny Kalwat, powstałego w koprodukcji Teatru Polskiego w Podziemiu, Instytutu im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu i Narodowego Forum Muzyki. Przedstawienie – inspirowane niewydanym jeszcze w Polsce tekstem Elfriede Jelinek (tłumaczenie i libretto: Monika Muskała) – jest jednak nie tyle apokaliptyczną wizją przyszłości lub kolejnym głosem w sprawie katastrofy klimatycznej, ile filozoficznym traktatem o życiu i czasie.
Postaci jest kilka, a część z nich to uosobienia bytów abstrakcyjnych, zjawisk przyrody lub gwiazd. Główną bohaterką jest Słońce, które – co w trakcie spektaklu nie jest wcale takie oczywiste – ma dwa wcielenia: Słońca (Agata Zubel) i Furii (Agnieszka Kwietniewska). Pierwsze z nich jest martwe (lub dopiero konające), drugie – wciąż żywe. A może inaczej: jedno z nich to materia, drugie – jej nieśmiertelne ego. Zubel, kompozytorka i śpiewaczka, wykonuje napisane przez Muskałę libretto o śmierci, nie-byciu, zabijaniu i czasie. Kreowana przez artystkę postać wydaje się pochodzić z innego porządku: ma w sobie coś z wiedźmy, jest tajemnicza, nie wchodzi z nikim w interakcje. Mocny operowy głos śpiewaczki świadczy o symbolicznej władzy Słońca. Jego siła jednak maleje – kolejne wykony Zubel są coraz cichsze, bardziej spokojne. „Jak umiera gwiazda?” – pyta w jednej z ostatnich scen dziennikarz-filozof (Tomasz Lulek). Właśnie tak: stopniowo wygasa, traci blask, znika.
Inaczej wygląda to w przypadku Furii. Bohaterka daje się poznać jako wściekła na wszystkich i wszystko, a jej złość wynika z tego, że jako Słońce umiera. Nie może lub nie chce się z tym pogodzić. Jest egocentryczna, skupiona na sobie, pała chęcią zemsty, żąda, by ją podziwiać. Oburza się, gdy któraś z postaci mówi o Bogu, jakimś Panie, który żyje gdzieś w niebie. Nikogo, jak twierdzi, poza nią tam nie ma. To ona jest alfą i omegą, czasem i życiem: „urządziłam was, urządziłam czas”. Nic bez niej nie jest możliwe, na wszystkich patrzy z góry. Na pochlebstwa zawarte w pieśniach intonowanych przez Śmieciarza (Michał Opaliński), m.in. fragmentach Pochwały stworzenia św. Franciszka z Asyżu, reaguje słowami: „ten cud to ja”. Na scenie towarzyszy jej równie wyniosły Apollo (Michał Mrozek) oraz wylegująca się na leżaku Plażowiczka (Janka Woźnicka).
Przedstawienie rozpoczyna się od emisji nagrania z udziałem Dziennikarza. Wyświetlane jest ono na znajdującej się na środku sceny ogromnej dmuchanej białej kuli, zmieniającej w trakcie pokazu wielkość i kształt. To najważniejszy element zaprojektowanej przez Philipa Bussmanna scenografii. Dominuje nad kilkoma drewnianymi leżakami, budką telefoniczną, hałdą śmieci oraz kilkoma obiektofonami, na których Opaliński wygrywa mniej lub bardziej słyszalne dźwięki. Wraz z początkiem spektaklu zza widowni wychodzą Lulek, Kwietniewska i Mrozek, by chwilę później wejść między publiczność. To stamtąd – z jednego z ostatnich rzędów – Furia przez długi czas prowadzi monologi. Ponoć niczego już nie ma, a na Ziemi wybuchają kolejne pożary. Apokalipsa nadeszła, opowiada o niej – słowami Ojca Pio – Śmieciarz. Nic nie da się już zrobić, Słońce i Furia też niebawem znikną. Wszystkim udziela się elegijny nastrój.
Kalwat w Słońcu. Powietrzu. Popiele powtarza rozwiązania i pomysły, które przesądziły o powodzeniu Finnegans W/Fake, jej poprzedniego przedstawienia z Teatru Polskiego w Podziemiu. Spektakl z 2022 roku, powstały na motywach Finneganów trenu Jamesa Joyce’a, podporządkowany był żywiołowi słowa. Aktorzy i aktorki opowiadali historię Polski, mówiąc m.in. o przyjęciu chrztu przez Mieszka I, sprowadzeniu Żydów przez Kazimierza Wielkiego, potopie szwedzkim, rozbiorach i komunizmie. Celowa ułomność i nienaturalność ich sposobu mówienia wydobywały z poszczególnych fraz mniej oczywiste znaczenia oraz podkreślały przemocowy i traumatyczny charakter opisywanych wydarzeń. Na scenariusz składały się m.in. wypowiedzi polityków i fragmenty różnych tekstów, w tym Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, Zemsty Aleksandra Fredry i Deklaracji praw człowieka i obywatela.
W przedstawieniu inspirowanym tekstem Jelinek jest podobnie, choć fraza okazuje się mniej zaskakująca i poetycka niż w Finnegans W/Fake. Język wydaje się bowiem pozbawiony politycznego i performatywnego potencjału, jest wtórny wobec wcześniejszego spektaklu, nie wyzwala nieoczywistych znaczeń ani nie ujawnia semantycznych napięć. Na Słońce… składają się cytaty z wielu różnych dzieł i tekstów kultury (tym razem m.in. z Pochwały stworzenia, Pieśni nad Pieśniami, Księgi Rodzaju i bodaj Bycia i czasu Martina Heideggera), ale poza zarysowaniem szerokiego kontekstu myślowego niewiele one wnoszą. Bohaterowie i bohaterki, na czele z Furią i Dziennikarzem, podnoszą zawiłe problemy natury filozoficznej i teologicznej, ale żaden z nich nie zostaje należycie pogłębiony i nie staje się przewodnią myślą spektaklu.
Mówi się tu dużo o różnych koncepcjach Boga i czasu, przywołuje rozmaite perspektywy, ale jakby bez przekonania i zrozumienia, w czym właściwie rzecz. Dziennikarz retorycznie pyta, czy może istnieć coś, czego nie widać, ale nie jest zainteresowany odpowiedzią; Śmieciarz, tylko z sobie znanego powodu, zaczyna nagle mówić o „trwodze jako drzemiącej możliwości bycia w świecie”; Furia któryś z dialogów puentuje słowami: „czas nie mija, to nas ubywa”, choć nie do końca wiadomo, jak właściwie postrzega istotę czasu. I tak przez prawie dwie godziny – od Sasa do Lasa, od Franciszka z Asyżu do Heideggera. Mitologia grecka przechodzi tu w Biblię, dystopia w odwieczny boski porządek. Po co? Nie mam pojęcia.

Największym mankamentem nowego przedstawienia Kalwat jest jednak nie tyle pozorne bogactwo odniesień, ile jego zero-jedynkowość i brak dramaturgicznego napięcia – od samego początku stawka spektaklu zostaje jasno określona (Słońce umiera, świata nie ma lub zaraz nie będzie; słowem – jedna wielka degrengolada) i nie ulega żadnemu przewartościowaniu. Wszystkie sensy i znaczenia wyłożone są niemal od pierwszej sceny, a sytuacja bohaterów i bohaterek pozostaje niezmienna. W Finnegans W/Fake główną osią dramaturgiczną był upływ czasu oraz następujące po sobie wydarzenia z historii. Wsłuchując się w niekończący się potok słów, wiadomo było, czemu on służy, w jaką strukturę został wpisany i do czego prowadzi. Nowy spektakl Kalwat jest przegadany, monotonny, oparty na zaledwie kilku chwytach i pomysłach, wtórny zarówno wobec realizacji z 2022 roku, jak i innych tytułów Podziemia. Może charakterystyczna estetyka, z którą kojarzony jest ten zespół, powoli się wyczerpuje lub staje się manieryczna? Ożywcze w Słońcu… są jedynie te momenty, gdy wszechobecny, potęgowany operowymi wykonami patos ustępuje przewrotnemu humorowi – jak w trakcie scen, gdy Apollo zaczyna niespodziewanie rapować.
Niemało czasu i energii poświęcono najpewniej na przygotowanie tej premiery – zwłaszcza że wraz z aktorami oraz Zubel występują także grający na fletach, wiolonczeli i puzonie muzycy (Mar Sala Romagosa, Miłosz Drogowski, Eloy Panizo Padrón). Widać to również w wizualnej stronie przedstawienia: kostiumach Tashy Katsuby i zachwycających światłach Daniela „Qmana” Kuźmy.
Ostateczny efekt jest jednak rozczarowujący – spektaklowi brakuje gradacji, celu, nadrzędnego zamysłu. Jak na traktat filozoficzny jest zbyt powierzchowny i chaotyczny, a jak na teatralny eksperyment – za bardzo skonwencjonalizowany i epigoński. Trudno traktować go również jako rodzaj paraboli czy alegorycznej opowieści o śmierci. Słońce. Powietrze. Popiół nie staje się dla widza doświadczeniem, nie prowokuje też do zadawania niestawianych wcześniej pytań. Choć od samej Kwietniewskiej, jak zawsze swobodnie operującej gęstym i hermetycznie napisanym tekstem, trudno oderwać wzrok, to dla jej Furii reżyserka nie znalazła szerszego kontekstu. Bohaterka funkcjonuje przez to w próżni – podobnie jak pozostałe postaci. Jaka jest ich rzeczywistość? Co o niej stanowi? Co to za porządek? Nie wiemy. Zakończenie spektaklu może sugerować, że to, co wydarzyło się na scenie, nie rozegrało się na szczycie Olimpu, firmamencie nieba, w świecie pojęć lub idei, lecz w prowadzonej przez Dziennikarza audycji. Jeśli tak, to w przyszłości, słuchając radia, wolałbym na ten program nie natrafić. Gdyby tak się stało – przełączę!