Jedna z najlepszych rzeczy na świecie
NAGRODY „TEATRU”. Zrobiła fenomenalną światową karierę. A teraz zastanawia się, co dalej. Ewa Dziarnowska, laureatka naszej tegorocznej Narody Specjalnej za spektakl This resting, patience, opowiada, jak wygląda życie po sukcesie.
Kiedy piszę maila, by poinformować ją, że otrzymała w tym roku naszą Nagrodę Specjalną, i zaprosić na galę wręczenia, odpisuje z podziękowaniami, ale od razu uprzedza, że nie będzie w stanie przyjechać. W tym samym czasie ma zaplanowane występy w Nowym Jorku. To kolejny przystanek na rozrastającej się trasie spektaklu This resting, patience. Dotychczas Ewa Dziarnowska zdążyła pokazać go m.in. na ImPulsTanz w Wiedniu, Kunstenfestivaldesarts w Brukseli, Festival dʼAutomne w Paryżu, Malta Festival w Poznaniu, Triennale Milano, w Palazzo Grassi w Wenecji. Za chwilę pojawi się w TR Warszawa. Same prestiżowe adresy. W 2027 roku dojdą kolejne – kalendarz artystki jest już wypełniony. Od czasu największych międzynarodowych sukcesów Lupy i Warlikowskiego nikt z rodzimego środowiska sztuk performatywnych nie funkcjonował na takim poziomie, może tylko Łukasz Twarkowski. To chyba najlepsza odpowiedź dla wszystkich, którzy wciąż pytają, kim właściwie jest ta Dziarnowska i gdzie można ją zobaczyć.
Choć w jakimś stopniu pytania są zrozumiałe: nawet ci, którzy uważnie śledzą naszą scenę eksperymentu choreograficznego czy performatywnego, mogli do tej pory na Dziarnowską nie zwrócić uwagi. Od lat mieszka w Berlinie, tam pracuje, w Polsce rzadko pojawiała się ze swoimi wcześniejszymi efemerycznymi projektami. Niektórzy mogli ją zapamiętać jako performerkę z ważnych przedsięwzięć Alexa Baczyńskiego-Jenkinsa, ale niewiele ponadto. Sukces This resting, patience musiał być zaskoczeniem – także dla niej samej. Kiedy na początku września rozmawiamy długo o tym, z czym ten sukces się wiąże, mam wrażenie, że Dziarnowska wciąż zastanawia się, co zrobić w tej sytuacji, jak się w niej odnaleźć.
– W Berlinie nie jest wesoło – mówi. – Wiele osób z mojego otoczenia ma bytowe kłopoty. Coraz trudniej utrzymać się ze sztuki, coraz trudniej zdobyć budżet na nową produkcję. Tymczasem ja mam sukces. To trochę dziwne uczucie… Bardzo mi zależy, żeby ten sukces nie wyizolował mnie z mojego własnego środowiska.
Wie, że jej spektakl stał się pożądanym produktem na rynku festiwalowym. Ale nie zamierza tego monetyzować bez umiaru.
Wie, że jej spektakl stał się pożądanym produktem na międzynarodowym rynku festiwalowym. Ale nie zamierza tego dyskontować, monetyzować bez umiaru. Miała propozycje od kilku dużych agencji, które chciały reprezentować jej interesy, ale odmówiła. Wciąż sama prowadzi całą korespondencję związaną z pokazami This resting, patience – to wiele godzin spędzanych przy komputerze. Taki jest koszt niezależności. – Na pewno nie chcę budować wokół siebie zespołu, struktury organizacyjnej. Ostatnie miesiące były dla mnie czasem zastanawiania się, jak wykorzystać ten sukces. Jak się nim cieszyć, a jednocześnie pozostać wierną wartościom, które w dużej mierze sprawiły, że ta praca odniosła taki sukces. Bardzo dużo myślę o tym również przy tworzeniu nowych prac. Zastanawiam się, jak iść dalej, nie tracąc tego, co było najważniejsze na początku – deklaruje. – Inspirujące są dla mnie historie artystek i artystów, którzy potrafią rozwijać kariery na luźniejszych, freelanserskich zasadach, jak Eszter Salamon, La Ribot czy Frédéric Gies.
Brzmi to trochę tak, jakbym rozmawiał z eksperymentującym muzykiem, który przez lata cierpliwie rozwijał własny, trudny idiom, aż w końcu niespodziewanie nagrał hitowy album i znalazł się na listach przebojów. A teraz i cieszy się z tego powodzenia, i odrobinę się go boi.
Gra spojrzeń
Powodzenie This resting, patience, zwłaszcza w tej skali, naprawdę było nie do przewidzenia. Spektakl powstawał w tych samych, niełatwych instytucjonalnych warunkach, co wcześniejsze projekty Ewy. Artystka złożyła projekt w open callu ogłoszonym przez berliński festiwal TanzTage, którego kuratorem jest Mateusz Szymanówka. – Założenie było takie, że to ma być instalacja performatywna. Czyli coś, co długo trwa. Najpierw wymyśliłam, że zrobię trzy sekwencje po pół godziny. Ale Mateusz powiedział, że to za krótko. I żebym napisała w projekcie „trzy godziny”, a potem będziemy się martwić. Ostatecznie okazało się, że mam tyle materiału, że to po prostu musi trwać tak długo. Że tego nie da się przeprowadzić krócej.

Ale na początku nic nie było jasne. Z tego wczesnego etapu, kiedy wydawało jej się jeszcze, że pracuje nad instalacją, pozostał skierowany do widzów komunikat, że This resting, patience mogą przyswajać w dowolnych dawkach, czyli wchodzić i wychodzić, kiedy chcą. Dziś Ewa przyznaje, że zwykle publiczność ogląda spektakl w całości, od początku do końca. – Na premierze Szymanówka wyszedł na papierosa i stracił całe moje solo. Potem pytał: „Ale jakie solo? Nic nie widziałem”. Zobaczył dopiero za drugim razem – śmieje się choreografka. – Teraz zazwyczaj jest tak, że widzowie krążą za nami po przestrzeni, chcą nas zobaczyć z różnych perspektyw, ale pozostają w sali, spektakl ich angażuje.
„Angażuje” w tym przypadku to chyba słowo klucz. Siła This resting, patience wynika z faktu, że wciąga publiczność w emocjonalną grę. Żeby przypomnieć to, co już kiedyś napisałem o tym spektaklu: u Dziarnowskiej aż kipi od afektów. Rzecz rozgrywa się na niebieskiej wykładzinie sporej wielkości. Wokół niej czekają na widzów rozstawione krzesła. Gdy publiczność zajmuje miejsca, performerki już działają. Są dwie – i to chyba najważniejsza współrzędna całego przedsięwzięcia. Przez trzy godziny obserwujemy dwie kobiety w różnych układach wzajemnej zależności, niekiedy fascynacji, kiedy indziej walki o samodzielność. Nie ma tu otwartej erotyki, ale jest dużo wymian znaczących, naładowanych emocjami spojrzeń. Po wielokroć zostaje w spektaklu powtórzona soulowa piosenka What the World Needs Now w wykonaniu Dionne Warwick. Tekst utworu sygnalizuje tematykę przedstawienia: „What the world needs now is love, sweet love / No, not just for some but for everyone”. This resting, patience mówi o miłości, a przynajmniej o jej potrzebie, o jej niełatwej dynamice ujawniającej się w ciągach zbliżeń i oddaleń.
W grę spojrzeń wciągnięta zostaje także publiczność. Performerki kilkukrotnie zmieniają układ krzeseł. Dostawiają kolejne i zapraszają na nie widzów. W obrębie wyjściowego scenicznego pola tworzą się niejako mniejsze scenki. Zachęca się nas, byśmy uważnie przyglądali się artystkom. I to nasze spojrzenie zostaje stematyzowane. Jesteśmy podglądaczami, ale to nie oskarżenie. Dziarnowską najwyraźniej bardziej od pouczeń interesuje wykreowanie możliwie intymnej relacji między sceną a widownią.
Zdarza się, że wykonawczynie wchodzą z widzami (zwłaszcza widzkami) w bardzo bliską interakcję, na granicy dotyku. Pytam Ewę, czy nigdy nie było z tym kłopotu, czy nikt nie poczuł się zagrożony, czy one same zawsze czuły się bezpieczne, inicjując takie gry. – Premierę miałyśmy w Sophiensæle w Berlinie. Tam było łatwo – odpowiada. – Grałyśmy dla przyjaciół, znałyśmy osobiście pewnie z 80 procent publiczności. Teraz jeździmy z tym spektaklem po całym świecie i oczywiście bywa różnie. Staramy się wyczuć, kto jest gotowy na podobne działania.

This resting, patience dość otwarcie operuje motywami queerowymi, uruchamiane tu erotyczne napięcie wydaje się bardzo nienormatywne. Gdy podejmuję ten temat, Ewa tłumaczy: – W środowisku queerowym czuję się bezpiecznie. Jeśli mam iść na imprezę, to zdecydowanie wolę klimat queer. Na imprezach hetero nie umiem się już odnaleźć, to nie jest mój świat. Wrażliwość queer jest mi bliższa. Także wynikający z niej stosunek do takich spraw, jak pieniądze czy etyka pracy.
Mocno queerowe były inne przedsięwzięcia, w których wcześniej brała udział Dziarnowska, zwłaszcza projekty Baczyńskiego-Jenkinsa. W ikonicznej pracy Nim zakwitnie tysiąc róż (z Warszawą w tle) (2018) performerska grupa tańczyła w zapętleniu do piosenki Urszuli Sipińskiej, ewokując przy tym atmosferę cruisingu, przypadkowego seksualnego spotkania. Jakieś ślady tamtej choreografii widać w This resting, patience – trwającym niemal równie długo, podobnie zbudowanym wokół popowej melodii. Ale ważne są też różnice: Baczyński-Jenkins w queerowym zaangażowaniu jest manifestacyjny, jednoznaczny. Dziarnowska pozostawia więcej przestrzeni na domysły. – Nie chciałabym, by This resting, patience było określane jednoznacznie jako praca queerowa – stwierdza. – Oczywiście queer tam jest, ale wolę nie nazywać tego wprost.
Może dlatego kiedy pytam, czy ja sam, hetero-cis-mężczyzna w średnim wieku, jestem odpowiednim widzem This resting, patience, śmieje się i mówi: – Jasne. Wszyscy są zaproszeni.
Erudytka
Droga do sukcesu This resting, patience była długa i niełatwa. Rozpoczęła się od prywatnej szkoły baletowej w Poznaniu. – Rano były lekcje w normalnej szkole, po południu – w baletowej – opowiada Dziarnowska. – Nie wspominam tego jako doświadczenia bardzo opresyjnego. To nie był zamordyzm klasycznej edukacji tanecznej. Dobrze się tam czułam, lubiłam to miejsce, ludzi, których tam spotykałam.
Ale z czasem tradycyjne konwencje przestały jej wystarczać. Jako nastolatka trafiła do Starego Browaru, gdzie Joanna Leśnierowska rozwijała program Stary Browar Nowy Taniec. – Zobaczyłam prace Xaviera Le Roya, Yvonne Rainer. Wsiąkłam w to – wspomina. Zaczęła uczestniczyć w warsztatach, coraz więcej oglądać.
Potem był wyjazd do szkoły SEAD w Salzburgu, założonej przez Susan Quinn, tancerkę z kompanii Merce’a Cunninghama. – To była trudna przeprawa. Dużo tam było niepotrzebnych struktur, relacji, hierarchii. Przebrnęłam przez to i po dwóch latach mogłam się trochę odkleić od głównego programu, bo wybrałam tzw. moduł choreograficzny. Tak naprawdę mogłam robić, co chciałam. Byłam zwolniona z wielu zajęć, sama sobą nawigowałam. Skupiłam się na własnej pracy.
Z Salzburga pojechała do Berlina, do szkoły HZT – o zupełnie innej specyfice: – HZT promuje bardzo konceptualne, intelektualne podejście do tańca. To nie jest szkoła techniki tanecznej, ale właściwie art school. O ile w SEAD musiałam dużo tańczyć, o tyle w HZT byłam namawiana, by taniec analizować, umieszczać w kontekstach.
Po ukończeniu HZT była zmęczona. Jakiś czas spędziła wtedy na zabawie w berlińskich klubach. – To było mi potrzebne. Chciałam być wśród ludzi. A poza wszystkim cielesne doświadczenie tańczenia w klubie jest ważne dla mojej praktyki scenicznej. Więc to był także research – śmieje się.
Dziś ceni i podtrzymuje oba podejścia: lubi tańczyć, być w studiu, niekoniecznie w próbach, ale po prostu w sytuacji pracy z własnym ciałem. Ale równocześnie lubi taniec oglądać, śledzić spektakle innych, analizować je. – Niedawno przez semestr prowadziłam zajęcia w HZT. I bardzo się zdziwiłam, kiedy okazało się, że osoby studiujące niewiele oglądają, niekoniecznie są zainteresowane sceną tańca, mają jakieś własne indywidualne fascynacje, zajawki – mówi. – Ja zawsze miałam inaczej. Jak występowałam na jakimś festiwalu, to oglądałam inne pokazywane tam przedstawienia. Ostatnio byliśmy na ImPulsTanz w Wiedniu i poszłam na TAO Dance Theatre. To nie jest mój gatunek tańca, pewnie nie zapłaciłabym za bilet, ale dostałam wejściówkę, poszłam do tego Burgtheater i to było mega ciekawe doświadczenie.
Jako tancerka współpracowała z wybitnymi choreografami: Tino Sehgalem, Michelem Rizzo. Środowisko poznawała także w inny sposób: przyznaje, że po ukończeniu HZT, a tak naprawdę po 20 latach wypełnionych tańcem, była zmęczona. Jakiś czas spędziła wówczas na zabawie w berlińskich klubach. – To było mi potrzebne. Chciałam być wśród ludzi. A poza wszystkim cielesne doświadczenie tańczenia w klubie jest bardzo ważne dla mojej praktyki scenicznej. Więc to był także research – śmieje się.
W efekcie jest erudytką z bardzo rozległą wiedzą o współczesnej praktyce choreograficznej. Co skądinąd zostawia ślad w jej autorskich projektach – długich, ale tkanych z krótszych sekwencji, wyraźnie od siebie oddzielonych i wynikających chyba z dość różnorodnych fascynacji. W This resting, patience mamy trochę konceptualnego tańca w bardzo powolnych rytmach, a z drugiej strony – solo Dziarnowskiej do piosenki Janet Jackson jakby wprost przeniesione z danceflooru. Pytam o skojarzenie, które pojawiło się w kilku tekstach poświęconych przedstawieniu: początkową i finałową sekwencję wykonywaną do piosenki Warwick porównywano do klasycznych dzieł Piny Bausch. – To zabawne – komentuje Ewa. – Kiedy pracowaliśmy nad This resting, patience, nie myślałam o Bausch, nie inspirowałam się nią. Ale teraz, pracując nad nowymi rzeczami, oglądam dużo Piny.
Jednak od razu zastrzega: to nie działa tak, że przenosi do własnych prac rzeczy podpatrzone u innych. Po prostu dużo widziała i dzięki temu wie już dość dobrze, co przylega do jej wrażliwości, jest z nią zgodne, a co nie. Najbardziej lubi obserwować na próbach inne osoby performerskie zaproszone do współpracy. Tak było w przypadku This resting, patience: Ewa zaprosiła Leah Marojević, którą widziała w kilku przedstawieniach i bardzo ceniła. – A potem poprosiłam w studiu, żeby pokazała mi jakąś sekwencję ruchów, w których dobrze się czuje. Patrzyłam na to i wybierałam, układałam w strukturę. Tak powstało solo Leah – wspomina. Może dlatego Marojević robi w spektaklu tak fenomenalne wrażenie – bardzo pewna i dobrze osadzona w swojej choreografii. Tak samo budowane są nowe prace Dziarnowskiej: Ewa jest trochę jak widzka, najpierw uważnie patrzy, dopiero potem wskazuje to, co – jej zdaniem – pasuje do powstającej konstrukcji.

Nasze ciała
No właśnie: nowe prace. Po sukcesie This resting, patience środowisko czeka na nie z dużą uwagą. To spora presja. Dziarnowska nie chce jednak się jej poddać. Deklaruje, że nie interesuje jej powtarzanie pomysłów, które już się sprawdziły. W tej chwili pracuje równolegle nad dwiema premierami. Zapowiedzią pierwszej – przygotowywanej w trio z kianą rezvani i Sunayaną Shetty – był lipcowy pokaz work in progress na festiwalu w Santarcangelo. Na obecnym etapie Like It Is coś bierze z This resting, patience – znów trwa trzy godziny, znów wykorzystuje klimat starych przebojów, choć nie jednego, lecz bardzo wielu (w wykonaniu m.in. Niny Simone, Labiego Siffre’a czy Betty Carter; w jednej sekwencji soul ustępuje klasycznym nagraniom spiritual jazzu). Ale struktura całości jest luźniejsza. Zmiana podstawowa: trzy performerki wytwarzają między sobą zupełnie inny rodzaj energii niż dwubiegunowe napięcie definiujące This resting, patience. To już nie podszyta erotyzmem fascynacja, ale kobiece współdziałanie, wytwarzanie wspólnej przestrzeni.
Kolejny spektakl będzie miał premierę w grudniu w Berlinie. To większa produkcja z pięcioma osobami performerskimi. – Nie wiem jeszcze, o czym to będzie – przyznaje Ewa. – Ale kiedy siedzę w studiu i patrzę na te cztery osoby, które po prostu wymyślają, próbują, poruszają się, czasem czerpią z tego czystą przyjemność, to jest dla mnie coś niezwykłego. Nie wiem nawet, jak o tym mówić, żeby nie popaść w banał, ale mam poczucie, że to jedna z najlepszych rzeczy na świecie. Wzrusza mnie to, ciekawi i nie przestaje fascynować. I choć zabrzmi to może trochę sentymentalnie, to właśnie takie chwile nadają temu wszystkiemu jakiś sens.
Na koniec pytam, co by się stało, gdyby z zamówieniem choreograficznym zadzwoniła jutro Opera Paryska. Na poziomie, na jakim znalazła się dziś Ewa, nie jest to rzecz zupełnie nie do wyobrażenia. – Miałam już propozycję z naprawdę dużej instytucji – odpowiada. – Odmówiłam. Nie wiedziałabym, jak się w czymś takim odnaleźć.
Po raz kolejny powtarza, że woli pracować we własnym tempie i w zgodzie z własnym etosem. A czy wyobraża sobie, że będzie grała This resting, patience za dziesięć czy piętnaście lat? – Tak – mówi. – Chciałabym. Ale koniecznie w tym samym składzie. Nie planuję zastępstw w tym spektaklu. To muszą być nasze ciała.