Jedna z nas
Są arie, są duety i jest zbiorowy przebojowy finał. Twórcy nowej telewizyjnej Moralności pani Dulskiej zdają się mówić wprost: Zapolską trzeba grać lekko, bawić się jej ostrymi, trafnymi portretami ludzi.
W długim ujęciu kamera przepływa nad współczesnym miastem. Zna swój cel, pikuje w fasadę solidnej, szykownej kamienicy. Spodziewamy się, że za chwilę nastąpi atak z zewnątrz i rozpęta się piekło. Ale nie, piekło już trwa – w środku.
Tak zaczyna się Moralność pani Dulskiej w reżyserii Agnieszki Glińskiej i Franciszka Przybylskiego (prywatnie matka i syn). Z offu dochodzą komendy wypuszczane niczym naboje z karabinu maszynowego: „Kucharka! Hanka! wstawać! Księżniczki! […] Hesia! Mela! wstawać!”. Zanim przez uchylone okno kamera dostanie się do środka mieszkania, zauważymy wyposażenie studia telewizyjnego – jesteśmy na planie, nie ma tu więc iluzji i podglądania żyćka. Jest jego kwintesencja.
Prolog zdradza wiele z przyjętej przez realizatorów konwencji, ale nie wszystko. Po przekroczeniu ramy okiennej kamera sytuuje widza w salonie z epoki, w której Gabriela Zapolska umiejscowiła swoją komedię. Jesteśmy w mieście (tu w Krakowie, nie we Lwowie) na samym początku XX wieku. Ale Glińska i Przybylski na tym kończą budowanie rodzajowości. Interesuje ich bowiem nie tyle konkret historyczny, ile model życia i mentalność, które zwykło się przypisywać mieszczaństwu, a które okazują się przecież ponadklasowe.
Scenografki Jagna Janicka i Katarzyna Polak nie zagracają wielopokojowego mieszkania, tak jak zapisano w didaskaliach. Są w nim, owszem, meble i rekwizyty, ale giną na tle ścian obitych sielankowymi tapiseriami portretującymi życie rodzaju ludzkiego na łonie natury. Tym wyraźniejsze stają się kostiumy Katarzyny Lewińskiej – z epoki, ale jednocześnie w celnym skrócie charakteryzujące postaci. Dulska (Kinga Preis) w koszuli nocnej lub w narzuconym na nią szlafroku, Dulski (Olaf Lubaszenko) w sztywnych uniformach w deseń jak z tapety – niczym kolejny mebel w tym mieszkaniu. Hesia (Martyna Byczkowska) w takiej samej jak Mela (Weronika Krystek) koszuli nocnej, ale w zgodzie z dzisiejszą modą wsuniętej z przodu za pasek i bez papilotów. Zbyszko (Michał Balicki) po powrocie z lamparciej nocy chowa twarz za ciemnymi markowymi okularami.
Aktorzy bawią się swoimi rolami, zamiast psychologizować. Wszystko dzieje się w zawrotnym tempie – zgodnie z tekstem autorki podanym z wdziękiem, celnością i dowcipem. Gdy już wydaje się, że silnik Zapolskiej w końcu zakaszle, Glińska i Przybylski zmieniają konwencję i mrugają do widza okiem kamery. Na ekranie niczym w sitcomie pojawiają się napisy – powtórzone kwestie Dulskiej: „Dla kobiety nie ma jak dom”, „Skromność skarb dziewczęcia” itp. W scenach podniesionych emocji twórcy wprowadzają kolejny środek wyrazu – musicalowe piosenki. Tu Aniela Dulska znów przoduje. Już w prologu wykonuje pierwszy numer muzyczny – ustawiwszy wszystko w domu po swojemu, otrząsa się jak triumfująca gwiazda przed wyjściem na estradę; ma poczucie, że panuje nad swoim światem. Co więcej, przemienia się w swej wyobraźni w rudowłosą diwę w opiętej, błyszczącej sukni bez ramion.

Słowa piosenek napisała para reżyserska, wyraźnie bawiąc się tym zadaniem. Nie uwspółcześniają dialogów Zapolskiej, ale w dopisanych kawałkach mówią swoim językiem. Wszystkie teksty w pierwszej osobie wyrażają emocje i myśli danej postaci. Muzyka (Mariusz Obijalski) i choreografia (Weronika Pelczyńska) utrzymane są we współczesnych popowych konwencjach. Montaż (Beata Barciś) zdjęć (Maciej Edelman) wykorzystuje triki komputerowe. Śpiewane są nie tylko słowa Glińskiej i Przybylskiego, czasem także Zapolskiej – niczym recytatywy. Są arie, są duety i jest zbiorowy finał – wszystkie piosenki brzmią przebojowo. Twórcy zdają się mówić wprost: Zapolską trzeba grać lekko, bawić się jej ostrymi, trafnymi portretami ludzi.
W kulminacyjnej scenie, gdy Zbyszko twierdzi, że żeni się z Hanką (Maja Wolska), i prosi matkę o błogosławieństwo, a Felicjan wypowiada swą jedyną kwestię: „A niech was wszyscy diabli!!!”, pozostali kryją się w kątach. By życie wróciło na właściwe tory, każdy z bohaterów musi pójść na swoisty kompromis. Dlatego w finale cała obsada ubrana zostaje w szlafroki Dulskiej i chórem śpiewa, że moralność Anieli ma wielu wielbicieli. Że Dulska jest jedną z nas.
Na koniec ujęcie kamery oddala się od mieszkania. Ponownie ukazuje się panorama miasta; widać dźwigi, a więc buduje się tu coś nowego. Obraz po chwili rozpływa się w szarości, a z offu powracają początkowe polecenia Dulskiej. Jej osłabiony wydarzeniami głos szybko nabiera właściwej sobie mocy. Rytm powtarzalności podkreślany jest też przez operatora. Kamera nie raz, nie dwa krąży wokół postaci, tworząc autoportret wielokrotny dulszczyzny. Z salonu, jak z błędnego koła, nie sposób się wyrwać, mimo że prowadzi do niego wiele drzwi. Zdaje się, że od tego świata i od tej gęby nie ma ucieczki. W scenach, gdy kamera patrzy przez okno na zewnątrz, widzimy nie prawdziwe miasto z czołówki, ale malowane dekoracje – krainę łagodności, sferę marzeń. To do niej odpływa Felicjan Dulski po wypowiedzeniu słynnej kwestii.
Agnieszka Glińska i Franciszek Przybylski obsadzili aktorów w punkt, dowcipnie wykorzystując ich warunki zewnętrzne. Maja Wolska jako Hanka góruje nad wszystkimi wzrostem. Jest prosta jak trzcina, dumna, choć jako służąca ciągle chyli kark. Warto dodać, że tylko jej przestrzeń – kuchnia z przepierzeniem do spania – jest jasna i pozbawiona tapet. Martyna Byczkowska i Weronika Krystek znakomicie bawią się skontrastowanymi wizerunkami tej, której tylko chłopcy w głowie (giętka i wiotka, chętnie odsłaniająca ciało Hesia), i tej poczciwej, poświęcającej się dla innych (zaokrąglona tu i ówdzie, zapięta na ostatni guzik Mela). Znakomita jest Maria Kania jako Juliasiewiczowa, uosobienie nowego pokolenia Dulskich, podobnie jak Zbyszko Michała Balickiego – to ludzie świadomi tragizmu swego położenia. Olaf Lubaszenko gra Felicjana niczym kukłę-kostium, który odwiesza się od czasu do czasu w rekwizytorni, pielęgnując swoją tajemnicę milczenia.
W centrum stoi rewelacyjna Kinga Preis, czyli tytułowa bohaterka, choć prawdę mówiąc, jest to spektakl zespołowy, w którym każda z postaci ma swoje pięć minut. Także Małgorzata Biela jako Lokatorka i Anna Smołowik jako matka chrzestna Hanki. Z wszystkimi tymi aktorami Agnieszka Glińska pracowała wcześniej, miała więc jasne powody, by ich zaprosić na plan telewizyjny.