Jedźcie
Anna Karasińska tworzy prawdziwą scenę niezależną i alternatywną – choć może wcale nieteatralną. Scenę wędrowną, pojawiającą się raz tu, raz tam. Teraz – we Wrocławskim Teatrze Pantomimy.
Podróż do Wrocławia w piątek kończący rok szkolny i zarazem jeden z najbardziej upalnych dni w roku to doprawdy niezbyt mądry pomysł. Już sama proporcja czasu podróży (w moim przypadku czternaście godzin, jeśli doliczyć dwukrotne czekanie na spóźniony nocny autobus) do czasu trwania przedstawienia (80 minut) jest dla wielu osób przekonującym dowodem, że ktoś, kto się na to decyduje, musi być niezdrowy na umyśle. A mnie przypomniały się dawne wyprawy do Wrocławia, do zupełnie innych teatrów, do których też tłukłem się kilka godzin, by obejrzeć godzinne przedstawienie i potem wracać długą nocą z pełnym przekonaniem, ba – cielesną, organiczną pewnością, że było warto. Tamtych teatrów już nie ma i choć wielokrotnie w minionych latach wracałem nocą z odległych geograficznie przedstawień, to tego doświadczenia sensu i słuszności podróży brakowało mi coraz bardziej. I właśnie wróciło.
Jeśli rzeczywiście – jak twierdzą niektórzy – podstawowym celem recenzji miałoby być przekazanie informacji, czy warto wybrać się na omawiany spektakl, to moje zadanie w odniesieniu do Wiecznego rodeo Anny Karasińskiej we Wrocławskim Teatrze Pantomimy byłoby bardzo proste. Powinienem napisać: jedźcie i przeżyjcie to sami. A potem jeszcze ewentualnie mógłbym wyrazić wdzięczność dyrektorce Agnieszce Charkot, że tak konsekwentnie realizuje program spotkań pantomimy z oryginalnymi osobami twórczymi, oraz prosić, żeby nie szła w ślady innych polskich teatrów, które zaprosiły w ostatnich latach Annę Karasińską tylko po to, by po kilku premierowych pokazach odesłać jej kolejne przedstawienia w niebyt.
Jednak życie krytyka nie jest aż tak proste, zwłaszcza gdy pisze się nie w mediach społecznościowych, ale w piśmie teatralnym o kilkudziesięcioletniej historii. Tu już trzeba wyłożyć, dlaczego warto, a nawet trzeba jechać do Wrocławia, opowiedzieć, co Anna Karasińska tym razem przygotowała, jak zostało to zrealizowane i co z tego mieć może publiczność. Więc samo: przyjdźcie, zobaczcie, czego doświadczycie – nie wystarczy.
O sztuce Anny Karsińskiej pisać jest szczególnie trudno. Wiem, co mówię, bo popełniłem nawet kiedyś na jej temat książeczkę, w której próbowałem opowiedzieć, co moim zdaniem jest w jej przedstawieniach szczególnego. Powtarzać tego nie mam zamiaru, nawet jeśli wciąż podtrzymuję większość tego, co tam z prawdziwą radością napisałem. Trudność, z jaką próbuję się mierzyć, odwlekając zabranie się za właściwy temat (chyba to już widać, prawda?), nie polega na tym, że Wieczne rodeo to jakaś wyjątkowo skomplikowana kompozycja oparta na złożonym koncepcie, wymagająca erudycji i rozległej wiedzy. Wprost przeciwnie: wrocławskie przedstawienie jest proste i wprost, skromne i ubogie (choć oczywiście pod tą prostotą kłębią się głębie i złożoności). Grupa sześciu aktorek i czterech aktorów (wszyscy znakomici) z radosną swobodą i precyzją wykonuje w pustej przestrzeni kolejne czynności układające się w cztery wyraźnie oddzielone sekwencje. Trudność polega na tym, jak przekazać własne doświadczenie wynikające z tego, co się zobaczyło i przeżyło, w taki sposób, by uprzedzając, nie popsuć doświadczenia cudzego. Jak zachęcić do spotkania z tym przedstawieniem, nie formatując go według własnego rozumienia? Jeśli akceptuje się ateatralną postawę Anny Karasińskiej, która do ostatniej chwili nie informowała, czego się można po Wiecznym rodeo spodziewać, to nie można przecież teraz niszczyć zaskoczeń i niespodzianek, których w tym przedstawieniu wiele i które odgrywają w nim naprawdę ważną rolę.
A przecież odwlekać nieuchronnego bez końca nie można i chcąc nie chcąc trzeba powiedzieć coś o przedstawieniu… Może zatem tak: Anna Karasińska spotyka się tym razem z teatrem pantomimy. Świetna pisarka, autorka znakomitych scenariuszy, w których dowodziła niezwykłej wrażliwości językowej i prawdziwie poetyckiej wyobraźni, zgodnie z podstawową konwencją pantomimiczną (niemal) całkowicie zrezygnowała ze słowa. Pracuje z osobami aktorskimi, które wypowiadają się językiem ciała i mimiki, co – jak mi się wydaje – stanowi i dla niej, i dla nich doświadczenie ożywcze i odświeżające.
Tak jak w swoich przedstawieniach zrealizowanych w teatrach dramatycznych, w których punktem wyjścia czyniła ujawnianie i podważanie obowiązujących zasad i ukrywanych zwykle reguł, tu też rozpoczyna od sekwencji autotematycznej – swoistej prezentacji alfabetu i semantyki pantomimy oraz sposobu, w jaki będzie je na własne potrzeby przekształcała. Ta pierwsza część stanowi swoistą ekspozycję przedstawienia: fazę, w której wyznaczane są podstawowe dla niego połączenia i ambiwalencje, na czele z płynnością granicy między przeciwstawnymi emocjami, zwłaszcza śmiechem a płaczem, radością i rozpaczą.
Nie sposób nie przyznać, że przez większą część wieczoru na scenie i na widowni dominuje śmiech. Obserwując zachowania i reakcje osób aktorskich i publiczności, można bez wahania napisać, że Wieczne rodeo to bardzo zabawne przedstawienie. Są tu wszak sceny, które opisane „naiwnie” i wprost, wydać się mogą niemal kabaretowymi numerami: ludzie przesadnie udający zwierzęta, parodie kowbojskich popisów, rozszalałe części ciała przejmujące władze nad osobami, do których należą nieudolne naśladowanie profesjonalnego chóru, poważne, uczuciowe czytanie trywialnych tekstów powszechnie znanych piosenek. Boki zrywać! I aktorki oraz aktorzy zrywają, co chwila śmiejąc się na scenie do rozpuku w sposób tak szczery, że nie ma pewności, czy rzeczywiście ktoś z partnerów ich nie „ugotował”, sprawiając, że nie są w stanie powtrzymać się od nieplanowego chichotu. Publiczność też śmieje się w głos. Nawet w scenie, gdy dwóch siłą wynosi na środek trzecią, by pokazała, co potrafi – śmiech na sali!

A przecież od pierwszej solowej sekwencji, swoistego prologu całości wykonanego przez Dawida Sozańskiego, po ostatnią nutę zaśpiewaną przez Izabelę Cześniewicz nie opuszcza mnie wrażenie jakiegoś wielkiego, przenikającego i podmywającego ten ubaw smutku, a może wręcz rozpaczy. Kilka razy nawet wewnętrznie się żachnąłem, gdy głośny śmiech rozlegał się w scenie, w której mnie do śmiechu wcale nie było, choć nie umiałbym powiedzieć dlaczego.
Tak jak w poprzednich swoich przedstawieniach, Anna Karasińska zanurza się w Wiecznym rodeo w daleką od wielkich ról i dramatów sieć wyuczonych reakcji i schematów, które zwykliśmy nazywać codziennością. Tym razem oplata i przenika ona ciało, poddawane ujeżdżaniu, dyscyplinowane, by wyrażało to, co do wyrażenia dopuszczane, bo uznawane za komunikowalne. Ale pantomimiczne ciała wyraziste od początku wyrażają więcej, zanadto – i w efekcie dobrze znaną normalność czynią osobliwą, podważając w ten sposób jej oswojoną jedyność. Uchylają ją, biorą w nawias i dzięki temu ujawniają niewysławialne.
Kolejną niezwykłą właściwością sztuki Anny Karasińskiej jest to, że to, co wydaje mi się stanowić jej istotę, a co w wielkim i bolesnym skrócie ośmielę się nazwać doświadczeniem transgresji, nie otrzymuje u niej żadnych znamion wzniosłości czy misteryjności, nie mówiąc już o sakralności. Z głośników płynie wprawdzie liturgiczny chór, ale przejęta przez głosy zespołu aktorskiego pieśń traci całą swoją podniosłość, staje się śmieszna właśnie w tym, co zwykle stanowi sygnaturę „duchowości”. Podobnie wzniosłość miłości wyparowuje, gdy wypowiada się ją językiem popularnych, trywialnych właściwie piosenek biesiadnych i imprezowych. A przecież nie sposób powiedzieć, że brak tych wszystkich kulturowych „znaków wyjątkowej jakości” oznacza brak najczystszego tonu, który w starożytnej grece nazywano arretha – niewysławialne. I jak najsłuszniej kazano na jego temat milczeć.
Bo największa trudność pisania o przedstawieniach Anny Karasińskiej polega na tym, że jak każda wielka sztuka i ta ostatecznie zmierza do milczenia. Do tej chwili ciszy, która zamienia dyskotekowy hałas L’Amour Toujours Gigiego D’Agostino w przejmujące wyznanie pełne tęsknoty i która zapada po ostatnim wersie.
Zaraz potem wybuchają brawa i wraca teatr, którego przecież Karasińska nie pragnie, ale na który się z konieczności godzi, bo nie bardzo ma inne wyjście, choć sama wciąż powtarza, że jej „przedstawienia” to właściwie doświadczenia przygotowane dla publiczności i za każdym razem na nowo przed nią otwierane i zmieniane. Więc wszystko to, co w trudzie napisałem powyżej, by jakoś uzasadnić to, co najważniejsze – jedźcie i sami przeżyjcie, może nie mieć dla następnych osób, które zasiądą na widowni, żadnego znaczenia. Ich doświadczenie zapewne będzie odmienne, choć przez te same ramy przedstawieniowo-dramaturgiczne generowane.
Żeby móc rzeczywiście obcować ze sztuką Anny Karasińskiej i móc o niej pisać bez potykania się co chwilę o wątpliwości i niepewności, trzeba by brać udział w kolejnych odsłonach tych doświadczeń. Wsłuchiwać się w publiczność i wpatrywać w to, co dzieje się i rozwija na scenie. Najlepiej byłoby dać tej sztuce jej osobne, własne miejsce, które nie byłoby żadnym teatrem, ale czymś bardzo prostym: ośrodkiem pracy twórczej. Żeby był czas i przestrzeń dla niej i dla wszystkich, którzy potrzebują takich doświadczeń, jakie właśnie ona jest w stanie powołać bez odwracania się od współczesności, codzienności, a nawet trywialności. Takie marzenie – żeby powstał w Polsce ośrodek sztuki prawdziwie niezależnej, w którym Anna Karasińska mogłaby spokojnie pracować bez wciskania się na siłę w schematy repertuarowego teatru instytucjonalnego.
Nierealne? A przecież tyle się mówi o uważności, trosce, odejściu od coraz bardziej jałowej krytyczności ku czemuś, co będzie chronić i ocalać. O sztuce, która mogłaby wytwarzać ocalające doświadczenia. Tak często się narzeka, że takiej sztuki nie ma. A tu proszę – jest. Niestety nie ma swojego stałego miejsca, więc trzeba się trochę wysilić i ruszyć w drogę, by ją spotkać. Teraz ta podróż wiedzie do Wrocławia, do Piekarni, w której gości Wrocławski Teatr Pantomimy. Nie wiadomo, jak długo będzie mogła tam zostać, więc nie ma co zwlekać. Jedźcie i przeżyjcie sami.