Jest ksiądz, to musi być diabeł

Jest ksiądz, to musi być diabeł
Michał Kmiecik / fot. Nomade Creatives
– Mam poczucie, że księży w teatrze jest dużo, bo jest ich stanowczo za dużo w polityce. To trochę jak z myśliwymi – mówi dramatopisarz Michał Kmiecik przed premierą Prałata, spektaklu o księdzu Henryku Jankowskim w Teatrze TVP.

WITOLD MROZEK: Myślałem, że skandale w polskim teatrze już się skończyły, a Wy chyba liczycie na skandal w Teatrze Telewizji.

MICHAŁ KMIECIK: Nie, dlaczego?

WM: Ksiądz prałat Henryk Jankowski pokazany w piekle. Diabeł, który, jak twierdzi, stoi za wydarzeniami polskiej historii od Powstania Warszawskiego po samobójczą śmierć Magika i Smoleńsk… Nie chcę spojować, ale przecież tekst już ukazał się w „Dialogu”. To chyba dość ofensywna strategia – to, co wy tam robicie z reżyserem Marcinem Liberem.

MK: Naprawdę? Nie myślałem o tym w ten sposób. Oczywiście, sztuka jest otwarta na przeróżne interpretacje. No ale gdzie, jak nie na największej scenie świata, zadawać pytania o to, skąd bierze się zło.

WM: Co pomyślałeś, gdy Michał Kotański zaproponował Wam zrobienie spektaklu na temat Jankowskiego? Bo to była propozycja dyrektora Teatru Telewizji…

MK: Pomyślałem, że to wspaniale. Przez lata misja Teatru Telewizji była postrzegana w kategoriach „dziedzictwa narodowego”. Żeby utrwalać ważne przedstawienia i je udostępniać, jako archiwum. A kiedy Michał Kotański zapytał: „Czy nie chcielibyście zrobić przedstawienia o Jankowskim?” – to bardzo zaimponowały mi ambicja i odwaga pana dyrektora. Zwłaszcza, że byliśmy już po kieleckiej zawierusze wokół oprotestowania przedstawienia Ale z naszymi umarłymi.

WM: Które też zresztą trafiło do Teatru Telewizji. Co było potem?

MK: Potem był bardzo długi, bardzo trudny i bardzo bolesny research wokół postaci księdza prałata. Oczywiście ze względu na przywilej wczesnego urodzenia pamiętałem go jeszcze ze schyłkowej działalności medialnej. Pamiętałem też sygnowane przez księdza prałata wino Monsignore, chociaż nie miałem przyjemności. Pamiętałem wreszcie słynną rozmowę prałata z Tomaszem Sekielskim. Pytanie dziennikarza: „Księże prałacie, chcemy pokazać księdzu…” oraz odpowiedź księdza: „Co, fiuta?”. Pamiętałem też okładkę płyty zespołu Apteka, na której to okładce widniało zdjęcie księdza Jankowskiego. To trudna historia, ale ważna.

Dla mnie było jasne, że nie będziemy robić „przedstawienia o księdzu pedofilu”, bo jest wielu takich księży pedofili, o których by można zrobić „przedstawienia o księdzu pedofilu”. Natomiast w historii księdza Henryka Jankowskiego, poza historią przemocy seksualnej wobec dzieci, jest jeszcze kilka innych historii. Chciałem ten splot w sztuce porozplątywać i pozawijać trochę inaczej.

Prałat, reż. Marcin Liber / fot. Waldemar Kompała / TVP

WM: Co to za splot?

MK: Z jednej strony historia kilku dekad przemocy seksualnej wobec dzieci, z historią najnowszą, historią i teraźniejszością Polski w tle. Czułem, że to jest sedno – o księdzu prałacie warto opowiedzieć nie dlatego, że był to ksiądz pedofil, tylko dlatego, że był to ksiądz pedofil będący jednocześnie kapelanem „Solidarności”, będący jednocześnie publicystą mediów Tadeusza Rydzyka, będący jednocześnie gospodarzem parafii św. Brygidy w Gdańsku, ale również gospodarzem przyjęć wyprawianych tam z udziałem Margaret Thatcher czy Roberta De Niro, czy wielu premierów wielu polskich rządów na przełomie XX i XXI wieku. W tej biografii działa bardzo dużo sił, jest bardzo dużo napięć.

WM: Wcześniejsza biografia Jankowskiego też Cię zajmowała?

MK: Tak, bo z kolejnej strony to opowieść o chłopaku z polsko-niemieckiej rodziny, który po wojnie dzięki Kościołowi dokonuje awansu społecznego.

WM: Kiedyś to była typowa ścieżka awansu społecznego na wsi, „pójście na księdza”.

MK: No tak, tak, pisał o tym Wyspiański w Weselu, ale czuję, że nam ten klasowy aspekt trochę zniknął z radaru.

WM: Nie zrobiliście jednak z Prałata teatru dokumentalnego. Dlaczego?

MK: Bo to po pierwsze byłoby nudne, a po drugie byłoby jakoś… nietrafne. W tej historii nie to jest sednem, jak to się działo punkt po punkcie, baza po bazie. Zwłaszcza że to zostało już opowiedziane w świetnej książce reporterskiej Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego. Kluczowe dla mnie jest to, jak ksiądz, który najpierw został wykreowany na wielką postać, po prostu na herosa, w pewnym momencie został pozbawiony tej pozycji, przestał być kingmakerem, roztrwonił cały swój kapitał. W końcu obalono jego pomnik.

WM: Tego już nie dożył. W Twojej sztuce ksiądz Jankowski w piekle ogląda, jak na GIF-ie, zapętlony upadek swojego pomnika. Ale dlaczego w tym spektaklu musiał pojawić się diabeł, duchy, całe to polskie teatrum eschatologiczne?

MK: Wydaje mi się, że jak jest ksiądz, to musi być diabeł. Dyrektor Kotański, gdy byliśmy już chyba po zdjęciach, w jakimś wywiadzie dotyczącym sytuacji teatru w Kielcach użył sformułowania, że „każdy jest architektem własnego piekła”. Ja tam nie wiem, bo nie wierzę w Boga, ale wyobrażam sobie, że jak się wierzy w Boga, który jest dobry, to też uznaje się, że są jacyś szatani i że są oni czynni. Dlatego wydało mi się to jakoś właściwe, by w historii księdza Jankowskiego było piekło i były diabły.

WM: Inaczej się pisze do telewizji niż na scenę w Kielcach, Wałbrzychu czy Wrocławiu? Myślałeś o tym, że widzów w Teatrze TVP będą setki tysięcy, a nie setki czy tysiące?

MK: Z reguły nie piszę w pustkę, tylko myślę o konkretnej realizacji i tę widownię, z którą się będzie rozmawiało, staram się brać pod uwagę. Pisząc Ale z naszymi umarłymi, myślałem o tym, że widownia w Kielcach i też województwie świętokrzyskim, z którego przyjeżdżają widzowie, jest dość zróżnicowana. Dość durny był kiedyś cykl artykułów pod hasłem „Rozmawiam z moim wujkiem PiS-owcem” [Kmiecik ma na myśli cykl tekstów Grzegorza Wysockiego w „Gazecie Wyborczej” – przyp. red.]. Ale to fakt, jak rozmawiam z wujkiem PiS-owcem, to rozmawiam trochę inaczej – inaczej formułuję myśli. Łatwo można odrzucić jakąś niewygodną myśl czy przedstawioną sytuację, gdy skupia się za bardzo na formie czy języku. Dlatego gdy pracowałem nad Prałatem, zależało mi, żeby pisać w trochę innym rejestrze języka, żeby był bardziej user friendly. Poniekąd stąd konwencja „Przychodzi diabeł do księdza”. Ta konwencja jest zrozumiała, przyjazna – choć oczywiście możemy z niej wyjść i kogoś zaskoczyć. Po prostu zawsze myślę o tym, z kim my tu będziemy rozmawiać.

WM: Jak to: z kim? Z prokuratorem.

MK: Jest jeszcze Rada Etyki Mediów, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji…

WM: Cały czas myślę, czy jakiś fragment można podciągnąć pod obrazę uczuć religijnych.

MK: No kurczę, to jednak jest diabeł. On nie jest obiektem czci religijnej.

WM: A ksiądz Jankowski nie był kanonizowany, więc też raczej nie. Ale skoro mówisz o konwencjach: zastanawialiście się z Marcinem Liberem, na ile zrobić Prałata teatralnie, a na ile w popularnej znów opcji „Teatr Telewizji jako szansa realizacji niskobudżetowego filmu”? Bo o ile rozumiem, wybraliście opcję zdecydowanie teatralną. Debiut filmowy nie kusił? Konwencja realistycznego filmu też jest chyba najbardziej „przystępna” czy „przeźroczysta”.

MK: Oczywiście, że o tym rozmawialiśmy. Natomiast Marcin podjął jednoznaczną decyzję, że to ma być teatr telewizyjny. Wiadomo było, że będziemy korzystać z elementów języka filmowego. Był przecież operator, Marcin Łaskawiec. Ale od początku było jasne, że robimy teatr: przedstawienie dokamerowe.

WM: Mam wrażenie, że niemal zawsze, a przynajmniej od czasów Klątwy z Powszechnego, gdy w teatrze wraca wątek krytyki Kościoła, to słyszę głosy: „Znowu? Przecież tyle już tego było”, „Teatr ciągle zajmuje się tymi księżmi”. Na ile to prawda, to inna sprawa. Ale co myślisz o takich reakcjach – i z prawej, i z lewej?

MK: Ja mam poczucie nadmiaru księży.

WM: Ale w teatrze też?

MK: Mam poczucie, że księży w teatrze jest dużo, bo jest ich stanowczo za dużo w polityce. To trochę jak z myśliwymi. Masz w skali całej Polski, naszej ojczyzny, niezbyt liczną grupę, która jest totalnie nadreprezentowana w kręgach władzy i która ma stanowczo zbyt duży, biorąc pod uwagę swoją liczebność, wpływ na kształt naszego społeczeństwa. Pod tym względem nie dziwi mnie, że skoro organy ścigania się księżmi nie zajmują, to zajmuje się nimi teatr. Księżmi, Kościołem czy raczej tym społeczno-kryminalnym aspektem działalności Kościoła w Polsce.

Prałat, reż. Marcin Liber / fot. Waldemar Kompała / TVP

WM: Osobiście mam wrażenie, że polski teatr więcej uwagi poświęca sam sobie niż Kościołowi i księżom. Jest obecnie więcej spektakli o teatrze niż spektakli o księżach i Kościele. Wasz spektakl zresztą też jest trochę o teatrze. Macie tam postać dyrektora Teatru Telewizji, który zamawia spektakl o prałacie Jankowskim. Nie było opcji, żeby zagrał go sam Kotański, zamiast Andrzeja Kłaka?

MK: Jak by to powiedzieć: jeżeli jest opcja, żeby zagrał Andrzej Kłak, to przy całej ogromnej sympatii do dyrektora Kotańskiego… Andrzej Kłak jest plusem. Ale wracając do tematu: nie wydaje mi się, żebyśmy poświęcali teatrowi dużo uwagi i grzebali sobie w pępku. To nie jest o kulisach – zresztą w Teatrze Telewizji nie ma kulis.

WM: Diabeł mówi dyrektorowi, żeby Kościoła nie ruszać… Były jakieś naciski, gdy robiliście ten spektakl? Pewnie jak były, to i tak nie powiesz. Kolaudacje były burzliwe?

MK: Ja nie do końca pamiętam, jak brzmią zapisy umowy, co ja właściwie mogę mówić, a czego nie. Czuliśmy wagę sprawy. Po to są teatry publiczne i telewizja publiczna, żeby się również tymi trudnymi sprawami zajmować. Zresztą nie jest to pierwszy ksiądz w Teatrze TVP – był przecież Prymas w Komańczy

WM: Ha, ha. A na poważnie?

MK: Spójrzmy na to tak: te „księdze” to są ważne figury polskiego życia publicznego. Od wielu, wielu lat. Wielkość księżowska to jest temat. I tak naprawdę tych wielkich księży, w tym Jankowskiego, tworzą osoby, które czegoś potrzebują – nie wiem, guru, przewodnika polityczno-duchowego. Że jest jakaś potrzeba, jakiś brak, na który taki wielki kapłan może odpowiadać. Być może brak nauczyciela i mistrza. Dla mnie to właśnie było ciekawe – że to my jako społeczeństwo stworzyliśmy takiego gnoja.

WM: A nie diabeł? On u Was jest jak Palacz z serialu Z archiwum X – który w tamtym uniwersum stoi za wszystkim, zabił i prezydenta Kennedy’ego, i Martina Luthera Kinga.

MK: A dlaczego nikt nie chce o tym rozmawiać? Dlaczego nie słucha się ofiar, kiedy próbują mówić? Dlaczego nikt nie chce zajmować się sprawą, kiedy już nieco ucichła?

Dla mnie wstrząsające przy lekturze tamtego reportażu było uświadomienie sobie, ile razy można było tę historię zakończyć, ile osób przez te wszystkie lata, dekady miało możliwość ukrócić to, co robił Jankowski. Począwszy od werbujących Jankowskiego oficerów Służby Bezpieczeństwa, którzy mogli skierować sprawę do prokuratury, zamiast go szantażować. Przez ludzi z „Solidarności”, którzy widzieli te chmary dzieci na parafii. Po rodziców, w tym rodziców dziewczynki, która miała dziecko z Jankowskim, dziecka, które miało z księdzem dziecko – i które w końcu popełniło samobójstwo. Jej rodzice wiedzieli, że córka jest w ciąży z Jankowskim. Po prostu się spakowali i wyjechali, a córka się zabiła. Potem, kiedy inna sprawa była w prokuraturze, już w latach dwutysięcznych – ukręcono jej łeb. Dlaczego nikt tego nie przerwał, gdy Jankowski pojawiał się z nieletnimi chłopcami w gdańskich klubach? Dużo osób mogło coś z tym zrobić i nikt z tym nic nie zrobił. I to jest dla mnie najbardziej wstrząsająca rzecz w tej historii, fakt, że te zachowania trwały latami i wszyscy je normalizowali. To nie był jeden „wypadek” w konfesjonale.

WM: Jak radziłeś sobie z pisaniem na tak trudny temat jak skrzywdzone dzieci? Ostatecznie śpiewają one coś na kształt psalmu…

MK: Wiesz co, w wielu z nas, tak myślę, gdzieś tam w głębi kryje się skrzywdzone dziecko, więc to nie jest radykalnie odległy i niedostępny temat, ale oczywiście jakąś pracę trzeba wykonać, by się tam dobić. Ja dość szybko podjąłem decyzję, że wśród postaci dramatu nie powinno być dzieci, tylko byłe dzieci. Równie szybko Liber po przeczytaniu sztuki podjął decyzję, że w przedstawieniu powinien być chór chłopięcy i że powinien śpiewać Zabawę w chowanego Kory. Byłem tego dnia na planie i w trakcie tej sceny chciało mi się płakać. Co mi się raczej nie zdarza przy spektaklach, przy których pracuję.

Michał Kmiecik – dramaturg, dramatopisarz, reżyser. Autor dramatu Prałat wyreżyserowanego w Teatrze TVP przez Marcina Libera (premiera: 13 kwietnia).

Witold Mrozek

Krytyk teatralny i dziennikarz. Absolwent teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorant Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2012 roku współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Berliner Zeitung”, „Krytyce Politycznej” i „Didaskaliach”. Redaktor „Teatru”. Pochodzi z Bytomia.