Kobieca historia Polski (Ludowej)

Kobieca historia Polski (Ludowej)
Ewa Wójciak / fot. Joanna Helander
Zamiast terrorystką została artystką. Jaki obraz PRL-u wyłania się z książki legendarnej współtwórczyni Teatru Ósmego Dnia? Są tu inteligentni cenzorzy, robotnicza bieda, która ma płeć – i zasłonięte podczas spektakli ołtarze w kościołach. Więcej niż teatr Ewy Wójciak to lektura obowiązkowa.

Trudno o bardziej zużyte klisze polskiej biografii rebelianckiej: inteligencki, choć spauperyzowany dom z pogmatwaną historią; młodzieńcze lektury poetów wyklętych i fantazje o podkładaniu bomb w imię lepszego świata; kopanie się z koniem autorytarnego państwa i spotkania z „prawdziwym ludem” w nieoczekiwanych miejscach; błyskotliwa kariera za granicą w czasach, gdy zagranica wyjątkowo wiedziała, gdzie Polska leży na mapie. Do tego oczywiście euforia rewolucji, przymus emigracji, powrót do kraju – i konstatacja, że choć całkiem sporo, to jednak nie wszystko się w Polsce zmieniło (na lepsze). A, jeszcze perypetie z hodowlą własnych cytrusów w arkadii nad Adriatykiem – to w fazie okołoemerytalnej.

Znacie? Na pewno znacie, ale i tak przeczytajcie koniecznie. Bo autorką opowieści, która zawiera to wszystko, jest Ewa Wójciak, legenda teatru zaangażowanego, awangardowego, politycznego (potrzebne dopisać, niepotrzebne skreślić), a przy tym konsekwentna buntowniczka, rzeczniczka i bojowniczka za Sprawy. Kolejno: pałowanych studentów, wyrzucanych z uczelni poetów, a potem też mordowanych działaczy robotniczych. Wreszcie: poniżanych na granicy, wyrzucanych z mieszkań w Poznaniu, ginących pod bombami w Czeczenii, Bośni lub Gazie.

Z książki Więcej niż teatr czytelnicy niemało nowych rzeczy dowiedzą się o technice aktorskiej i sztuce inżynierskiej, o improwizacji i recytacji, napięciach w artystycznej komunie i sekwencji romansów w Teatrze Ósmego Dnia, a nawet o habitusie działaczy SZSP i krytyczno-literackich kompetencjach cenzorów. Ikona Ósemek opowiada to wszystko ze swadą, a przy tym przejrzyście nawet dla ignoranta – np. takiego jak piszący te słowa.

PRL i pan Mirek

Jednak najbardziej uderzający, ale i zniuansowany przy całej wyrazistości i bezkompromisowości narratorki, jest obraz PRL, z którego wywodzi się sama Wójciak i gdzie osadzona jest twórczość poznańskiego kolektywu w jego najbardziej obrosłym legendami okresie.

W Polsce Ludowej widzianej oczami Wójciak znajdziemy wszystko, tylko nie ideologię, a już na pewno nie postępowe idee wcielone w ustrój. To kraj żebraków pod kościołem i alkoholików z kryminalną przeszłością w bramach. Poznańskie Jeżyce lat 60. i 70. zdecydowanie nie wyglądają jak mikroświat bohaterów Musierowicz. W fabrykach wyzyskuje się proletariuszki: mechaniczna, wyniszczająca praca pośród huku maszyn i wrzasków majstrowej w fabryce mydła pozwala inteligentce po miesiącu harówki kupić z pensji – „przecudne” – lakierki z Chełmka, ale już robotnice muszą za te same pieniądze utrzymać rodziny.

W Polsce Ludowej widzianej oczami Wójciak znajdziemy wszystko, tylko nie ideologię, a już na pewno nie postępowe idee wcielone w ustrój.

Służba Bezpieczeństwa czyta (czasami) ze zrozumieniem teksty niepokornych artystów, bywa groteskowa, ale też upadla ludzi, a nieraz przemawia i grozi językiem więziennym. Jak np. funkcjonariusz, który pod mieszkaniem Adama Michnika grozi bohaterce, że za znajomość z tym panem „potnie jej tą śliczną buzię”. Wielkomiejska, bądź co bądź, Polska Ludowa to także habitat powszechnej mizoginii: w oczach działacza młodzieżowego młoda dziewczyna w teatrze musi być sekretarką Artysty; w oczach przystojnego poety-wizjonera musi być istotą ułomną.

I nie był to tylko problem stereotypów i dyskursu. Raz, że kobieta zarabiała mało – jak np. matka autorki, przedwojenna polonistka, tyrająca nie przy taśmie, co prawda, tylko w bibliotece i instytutach naukowych – ale za to na zwielokrotnionym etacie, by rodzina miała co do gara włożyć. A dwa, że genderowa hierarchia w pracy dotyczyła nie tylko płac i ścieżek awansu.

Ewa Wójciak w spektaklu Ziemia niczyja / reż. Lech Raczak / Teatr Ósmego Dnia / fot. Joanna Helander

„Pracowałam też kiedyś w biurze, w trakcie przerwy między semestrami na pierwszym roku studiów – wspomina Wójciak. – Pracowałam tam z jakimś panem Jurkiem czy Mirkiem. Wytrzymałam tylko tydzień, uciekłam. Żadna fabryka, nawet żadne zbiory truskawek, od których pękał kręgosłup, a za pracę dostawało się grosze, nie były tak odstręczające jak biuro z panem Mirkiem. Przekładałam jakieś papierki, ale przy okazji musiałam cały czas odpierać jego nachalne zaloty. To było straszne. Tak wtedy widziałam cały świat wokoło, cały ten PRL – jako wielkie biuro, w którym życie jest nudne, beznadziejne i podporządkowane takim panom Mirkom. Naprawdę wolałabym wtedy nie żyć, niż kontynuować je w takiej formie. Zdawałam sobie sprawę, że nie znajdę sobie pracy, żadnego miejsca. W ogóle nie widziałam w społeczeństwie takiej luki, w której mogłabym się zmieścić, żyć, oddychać”.

Żadnych sentymentów

Dokąd uciec z takiego świata, gdzieś na przełomie dekad naznaczonych nazwiskami Gomułki i Gierka? Mężczyzna z tzw. dojściami i dyplomem inżyniera mógł starać się o płatny w dolarach kontrakt na budowie w Libii lub Iraku, z którego mógł przywieźć zachodni samochód. Pracownik uczelni, kosztem wielu kompromisów i przy dużym szczęściu, mógł mieć nadzieję na zagraniczne stypendium – żywiąc się konserwami i dorabiając w weekendy na czarno, miał szansę choćby dotknąć światowej nauki i zarobić na wkład dewizowy do spółdzielczego mieszkania. Dziecko dygnitarza lub nawet zdeterminowany arywista mieli szansę ukończyć handel zagraniczny, a z niego trafić wprost na placówkę handlową – na jeden etat lub dwa; taką drogą poszło niemało rówieśników Wójciak z elitarnych poznańskich liceów.

Będąc rodem z secesyjnej kamienicy, można też było zbudować, choćby w wyobraźni, enklawę inteligenckiej Gemütlichkeit, na pohybel plebejskiej komunie. Na taką poznańską „przytulność” pośród zakurzonych artefaktów z lepszych czasów Wójciakowie mieli nawet pewne papiery. Mama opowiadała o balach, gorsach i trenach (to taka część sukni, której nikt w PRL-u na oczy nie widział), w salonie stał fortepian, szkoła muzyczna była niedaleko, a matczyne aspiracje zaprowadzić miały dzieci na zawodowe i prywatne ścieżki Jeżycjady.

Zamiast młodej Borejko na Jeżycach mogła wyrosnąć Ulrike Meinhof. Na szczęście wywody Bakunina nie wytrzymały konfrontacji z rzeczywistością Polski Gierka.

Nie wyszło i nawet nie dlatego, że przystojni chłopcy z otoczenia szli raczej do poprawczaka niż do konserwatorium. Po prostu mental się nie zgadzał: „Mam dosyć świąt rodzinnych, mam w ogóle dosyć tych idiotycznych ckliwości. Chcę mieć tylko was kilkoro, których mogę kochać i z którymi mogę dzielić moje złudzenia (zaraz się porzygam od tych patetycznych bzdur) […]. Jestem nieuleczalnie chora na potrzebę idei i tych paru ludzi, którzy mają podobnego bzika” – pisała do chłopaka, mając lat 19. A na praktykach studenckich przed studiami polonistycznymi, przy wyrębie lasu: „Weszłam tam i od razu zapowiedziałam moim koleżankom, że nie życzę sobie, żeby mi tu czytały Pawlikowską-Jasnorzewską czy jakieś inne sentymentalne wiersze. Wprowadziłam zakaz”.

Zamiast młodej Borejko na Jeżycach mogła wyrosnąć Ulrike Meinhof. Na szczęście – vide los nieszczęsnych braci Kowalczyków, co za wysadzenie auli w Opolu poszli siedzieć na kilkanaście lat – wywody Bakunina nie wytrzymały konfrontacji z rzeczywistością Polski Gierka. Pomysły na „akcję bezpośrednią”, już pod koniec tamtej dekady, definitywnie wybił jej z głowy Adam Michnik.

Zasłonięte ołtarze

W zamian za to był teatr, owych „kilkoro, których może kochać i z którymi może dzielić złudzenia”, a przy tym przetwarzać na sztukę rzeczywistość PRL, której dominantą nie był terror, jak w czasach młodości jej ojca, lecz wielostopniowy konformizm. Gra Ósemek z systemem, a potem – dość wcześnie – już wprost przeciwko niemu to materiał na osobny tekst; podobnie jak nieustająca gra z kodami romantycznej kultury, która w karnawale „Solidarności”, a zwłaszcza w stanie wojennym, tak łatwo osuwała się w męczeński rytuał. Była więc recytacja Przesłania pana Cogito pod pomnikiem ofiar Czerwca ’56, były przedstawienia o Piotrze Bartoszcze z rolniczej „Solidarności”.

Były wreszcie gościnne występy nie tylko w kościołach, ale i na samej… Jasnej Górze. A także ustępstwa wobec narodowokatolickiego misterium, które – mimo zaskakująco otwartej i życzliwej recepcji teatru przez niewyrobioną publiczność – w połowie lat 80. uruchamiało się w ludziach samo. Wójciak wspomina: „Zaraz po zakończeniu, gdy nie ucichła jeszcze muzyka i nie wybrzmiał ostatni wers wiersza, publiczność spontanicznie podjęła wspólny śpiew Boże, coś Polskę”. I opowiada dalej: „My także w tej sytuacji płynnie przeszliśmy od ukłonów do śpiewania religijnej pieśni z podniesionymi rękami […]. Byłam przekonana, że ten śpiew »Ojczyznę WOLNĄ racz nam wrócić, Panie« nie ma siły religijnej, tylko siłę rewolty. […] Nie umiałabym tym ludziom – będącym w uniesieniu, z oczami płonącymi nadzieją, ale i wolą walki – powiedzieć: »Skończyliśmy spektakl, więc teraz spierdalajcie! Nie śpiewajcie mi tu swoich pieśni!«, bo jestem przekonana, że nie mieliśmy wtedy innego języka do wyrażenia potrzeb i pragnień niż te kościelne pieśni. Ale zaczęła nam ta sytuacja dopiekać”.

Teatr Ósmego Dnia: Marcin Kęszycki, Ewa Wójciak, Tadeusz Janiszewski, Lech Raczak, Adam Borowski, Berlin / fot. Joanna Helander

Nieuchronne, mimo artystycznej bezkompromisowości i zasłaniania ołtarzy (!), wpisywanie przekazu w narodowokatolicki kontekst przestało być istotne około roku 1986 – kolejni księża, niegdyś bardzo tolerancyjni i otwarci, zaczęli odmawiać azylu nielegalnym wtedy spektaklom „z przyczyn od nich niezależnych”. Nie dlatego, że władze znowu zaczęły siać terror. Nie, po prostu władze zaczęły się powoli z Kościołem układać.

Esbek mówi Gombrowiczem

Mimo upokarzających, czasem groteskowych perypetii z funkcjonariuszami państwa – jak wtedy, gdy esbek-polonista propozycję podpisania lojalki w stanie wojennym poprzedził sensownym wywodem o Gombrowiczu – opowieści Wójciak nijak nie da się wpisać w antykomunistyczny agitprop. Obok stereotypowych miernot urzędniczych, blokujących paszporty przed zagranicznym festiwalem, czy nieustannie pijanych działaczy studenckich na wyjazdach są też koledzy z reżimowego Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, którzy wyciągają artystów z komisariatów, oraz inteligentni cenzorzy, gotowi zawalczyć i kombinować, by wybitny spektakl jednak trafił na scenę. A w historii rodzinnej mieści się i brutalny funkcjonariusz UB, uczestnik pogromu niemieckich więźniów tuż po wojnie, i błyskotliwy obrońca poznańskich robotników z roku 1956. Tak się składa, że pomieszczony w jednej osobie, ojca bohaterki, na dokładkę ukochanego tatusia najmłodszej córki i domowego tyrana dla jej starszego rodzeństwa.

Wójciak potrafi usprawiedliwić niechęć koleżanek z polonistyki do demonstrowania sprzeciwu – w 1970 roku do studentów się nie strzelało, ale dziewczyny z małych miasteczek i wsi miejsce na studiach i w akademiku mogły stracić w jednej chwili. Nie miały rodziców w partii ani nawet rodziców koleżanek, którzy mogliby interweniować. Dużo mniej empatii ma dla odmawiających zaangażowania kolegów-artystów. Świadomie deklarowaną apolityczność – oderwanie od współczesności, rozmaite „wyspy medytacji”, przeżywanie pierwotnego kontaktu z przyrodą i drugim człowiekiem – traktuje jako wyraz oportunizmu, choćby towarzyszyła jej działalność artystycznie wybitna. Tak samo, już bez zastrzeżeń, które ma w przypadku Grotowskiego, ocenia odmowy podpisów pod listami do władz w obronie kolegów.

Kronika spełnionego życia

Choć legendarny status Ósemki zawdzięczają działalności w PRL, teatr po przełomie 1989 roku, już bez Lecha Raczaka, mierzy się z nową rzeczywistością równie bezkompromisowo. Szuka nowych środków wyrazu, od przedstawień plenerowych po teatr dokumentalny, ze słynnymi Teczkami na czele. Katalog tematów tylko się poszerza. Zamiast odgórnie narzuconego, pustego rytuału ideologii, niczym z Siły bezsilnych Havla, pleni się w dużej mierze oddolna obojętność na wojny i nieszczęścia wokół, a także kolonialna pogarda dla tych, co po granicznej korekcie „żelaznej kurtyny” wciąż znajdują się po niewłaściwej stronie – Rosjan, Białorusinów, Ukraińców. Dalej nie brakuje brutalnego wyzysku człowieka przez człowieka, dochodzi jednak ludzka zbędność, której doświadczają lokatorzy „czyszczonych” przez gangsterów kamienic. Zostaje za to stary dobry, drobnomieszczański konformizm – i feudalne obyczaje. Zasłużony teatr, choć zapraszany z emigracji do kraju przez nowe już władze, szybko mierzy się z dawnego typu oczekiwaniami: respektu dla dysponentów publicznych środków, którzy od artystów wymagają pokory i lojalności, niczym szef Agnieszki w Człowieku z marmuru.

Dziś, prosto z urokliwego domu nad ciepłym morzem, pod koniec tej niesamowitej kroniki spełnionego życia w dwóch mocno niespełnionych ustrojach Ewa Wójciak deklaruje coś w rodzaju emerytury: „Nie czuję się dość mocna, żeby kogoś ciągnąć za sobą – to jest dla mnie bardzo niekomfortowa sytuacja. Z każdym rokiem jestem coraz głębiej przekonana, że perswadowanie czy zarażanie ideą i sobą nie jest dla mnie. Czterdzieści lat temu może miałam więcej siły, teraz już tylko, jak dziewięćdziesięcioletni Sartre, mogę się gdzieś przydać – rozdawać ulotki lub uczestniczyć w jakiejś akcji, ale już nie stać na barykadzie”.

Podobnie jak w PRL, w III Rzeczpospolitej problemem jest nie tylko władza: gdy zbulwersowana przeszłością nowego papieża – za młodu sympatyka wojskowej junty w Argentynie – Wójciak nazywa Franciszka słowem na „ch”, oburza się pospołu katolicki lud z pragmatyczną kastą urzędniczą. Ze skutkiem, dodajmy, prawnym.

Wspaniale, że znalazła energię na spisanie tego wszystkiego. Po tych wszystkich spektaklach, demonstracjach, manifestach i barykadach jeszcze jej must read cywilizowanego Polaka wyszedł. Tylko niech się jej te drzewa cytrusowe dobrze chowają.

Ewa Wójciak, Więcej niż teatr, Wydawnictwo Miejskie Posnania

Michał Sutowski

Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Autor książki Aleksander Kwaśniewski. Biografia polityczna.