Kochanka mojego kochanka
Komedia ma się dobrze sprzedać, postanowiono więc uprościć wszystkie jej sensy, a język Fredry uczynić zupełnie przezroczystym. W rezultacie prześlizgujemy się wraz z aktorami i aktorkami po dość prostej fabule, niczemu specjalnie się nie dziwiąc.
Mija dwieście lat od pierwszego wydania Męża i żony Aleksandra Fredy. Być może z tego powodu Michał Zadara, który od przeszło roku kieruje Teatrem Polskim we Wrocławiu, postanowił wystawić tę XIX-wieczną komedię o niesfornej parze małżonków i ich bogatym życiu miłosnym. Reżyser, a przy tym – product owner (przedstawienie, podobnie jak inne ostatnie premiery wrocławskiego teatru, powstało przy zastosowaniu metody SCRUM), nie zdecydował się jednak zaktualizować czy zreinterpretować słynnego utworu. Przeniósł go wiernie na scenę, nieznacznie przesuwając akcenty. Choć postaci mówią kwiecistym i rymowanym wierszem, a mentalnie przynależą do minionego porządku, nie są przedstawicielami arystokracji, lecz dzisiejszej zamożnej klasy średniej.
Przez cały spektakl akcja rozgrywa się w jednej przestrzeni – przestronnym, nowoczesnym, nieco nowobogackim salonie. Podłoga wyłożona jest jasnymi drewnianymi panelami, na środku sceny stoi długi, przykryty białym obrusem, stół. Nad nim wisi kryształowy żyrandol. Horyzont wyznacza biała ściana, na której powieszono dwa duże, zaprojektowane przez reżysera, a namalowane przez Jędrzeja Sierpińskiego i Julię Godlewską, obrazy. Jeden przedstawia „rozpikselowane” samochody, drugi – przeskalowaną płytę winylową Janet Jackson. Na scenie znajdują się jeszcze industrialne metalowe krzesła, kwadratowy stolik na kółkach, adapter i stos płyt, obłożonych – jak książki w katalogu IKEA – białymi oprawami. Rodzina, która tu mieszka, z pewnością jest zamożna i interesuje się sztuką, choć niekoniecznie ma własny styl. Wnętrze salonu wyzute jest bowiem z indywidualności, przypomina raczej wystawę sklepu z designerskimi meblami. Nienaganny porządek zakłócają jedynie rozrzucone na podłodze ubrania i pozostawiona na stole opróżniona karafka. Kontekst wydaje się jasny, doskonale znamy ten kadr z filmów i seriali – ktoś musiał mieć długi i upojny wieczór, który odsypia teraz z partnerem lub partnerką w sypialni.
Podobnych obrazów w Mężu i żonie mogłoby być znacznie więcej, bo akcja tego dwugodzinnego spektaklu podporządkowana jest ekspozycji kolejnych spotkań trzech par kochanków, ale wszystko, co się między nimi wydarza, rozgrywa się jedynie w języku – nie ma tu erotycznych scen i nagości, niewiele jest nawet pocałunków; dużo jest za to szumnych i patetycznych deklaracji, romantycznych wyznań i rozpaczliwych błagań o miłość. Wacław (Andrzej Olejnik) i Elwira (Jolanta Zalewska) to tytułowe małżeństwo – oboje mogą mieć około pięćdziesięciu–sześćdziesięciu lat. Żyją w zgodzie, chodzą do teatru i kościoła, ale każde z nich ma kochanka lub kochankę. Mężczyzna, w tajemnicy przed żoną, spotyka się z pokojówką Justysią (Marta Kulas), a kobieta, w tajemnicy przed mężem, sypia z przyjacielem domu, Alfredem (Ernest Nita). Żadne z nich nie ma wyrzutów sumienia. „Mężczyźnie wszystko pozwolone” – twierdzi Wacław. Justysia i Alfred również nawiązują romans, ukrywając przed sobą, że są kochankami swoich kochanków. Cały ten układ działa bez zarzutu do czasu, gdy Justysia, najbardziej przebiegła ze wszystkich postaci, zaczyna obracać sytuację na własną korzyść – grozić Wacławowi, że od niego odejdzie i wstąpi do zakonu, zwodzić zakochanego w niej Alfreda i manipulować niezbyt bystrą Elwirą. Akcja nabiera wtedy tempa, a kolejne tajemnice wychodzą na jaw.
Wyreżyserowana przez Zadarę sztuka – mająca długą wystawienniczą historię i wymieniana obok Zemsty oraz Ślubów panieńskich jako jeden z najlepszych utworów Fredry – jest typową komedią omyłek. Jej akcja opiera się na misternie skonstruowanej sieci kłamstw, intryg i nieporozumień, a także przemyślanej i nieoczywistej grze pozorów – rozbieżności między tym, za kogo postaci chcą uchodzić (pobożnych, szlachetnych i moralnych ludzi), a kim w rzeczywistości są (rozpustnikami, hedonistami, dążącymi jedynie do zaspokajania własnych potrzeb). Tym, co determinuje zdarzenia u Fredry, jest z jednej strony rozerotyzowanie bohaterów i bohaterek oraz ich skłonność do ulegania namiętnościom, a z drugiej – lęk przed społecznym napiętnowaniem i byciem podejrzanym o nieobyczajność.
Zmieniły się czasy, przesunęły granice pruderii i moralności, a zdrada czy rozpad małżeństwa nie oburzają już tak jak dwieście lat temu. Twórcy i twórczynie, być może chcąc zrezygnować z historycznego kostiumu, ale pozostać blisko fredrowskich realiów, postanowili pójść w hiperbolę i przesadę – przejaskrawić obraz tak bardzo, by wydał się ahistoryczny. Efekt jest zgoła inny: aktorzy i aktorki grają tak, jakby występowali w paradokumencie lub operze mydlanej. Mówią nie tyle do siebie czy do widza, ile przed siebie, jakby do kamery, co potwierdza także ich praca z ciałem. Grają bardzo szerokim gestem, bez cienia subtelności czy próby psychologicznego uprawdopodobnienia swoich postaci. Płynnie i bez przejęzyczeń mówią kwiecistym tekstem sztuki, ale robią to bez przekonania – monologi i dialogi przypominają manieryczną deklamację, trącą sztucznością, egzaltacją i patosem. Czemu tak? Nie wiem.

Fraza poetycka Fredry nie jest traktowana na serio, lecz wykorzystywana jako rodzaj stylizacji – za jej pomocą bohaterowie i bohaterki manifestują wyobrażenia na własny temat. Nie chcą być postrzegani jako samotni, niezaspokojeni seksualnie i niestabilni emocjonalnie przedstawiciele klasy średniej, dlatego pozują na romantyków, wrażliwców i niespokojne dusze… Żeby podkreślić tragizm sytuacji i wagę przeżywanych emocji, inscenizują zdarzenia tak, by kłótnie czy rozstania rozgrywały się ze specjalnie dobraną do tego, włączoną na adapterze, melodią w tle. Rozpaczy Elwiry towarzyszy muzyka klasyczna, a kłótni Justysi i Alfreda – jedna z bardziej dołujących piosenek Lany Del Rey.
Szkopuł w tym, że zaproponowane przez twórców i twórczynie nadmierność, hiperbola i groteskowość do niczego nie prowadzą – nie potęgują obecnego w sztuce Fredry komizmu, nie redefiniują stosunków między postaciami, nie uwspółcześniają ich świata. Konwencja, w której wystawiono Męża i żonę, szybko wytraca bowiem wszystkie swoje potencjały – karykatura nie przechodzi w satyrę, żart nie wywołuje śmiechu, gruba kreska niczego nie podkreśla. Nie wiem, jaki zamiar przyświecał Zadarze, ale odnoszę wrażenie, że czysto merkantylny – komedia miała się dobrze sprzedać, więc postanowiono uprościć wszystkie jej sensy, wygładzić aluzje i uczynić poetycki język Fredry zupełnie przezroczystym. W rezultacie prześlizgujemy się wraz z aktorami i aktorkami po dość prostej fabule, niczemu specjalnie się nie dziwiąc. Niczego nie trzeba tu przewidywać, nic nie pozostaje w sferze niedopowiedzenia czy domysłu. Ci, którzy za wszelką cenę chcieliby w przedstawieniu doszukać się drugiego dna, mogą uznać, że wszystko jest w nim wzięte w cudzysłów, że to taka gra, przemyślana strategia.
Spektakl ma zresztą wiele innych mankamentów – w tym wyraźny problem z tempem i dramaturgią (niektóre sceny się dłużą, powielają te same rozwiązania i pomysły). Jest nierówny i niekonsekwentnie pomyślany (postaci oglądają Netflixa i słuchają Charli XCX, ale piszą do siebie listy, zamiast SMS-ować czy chatować). Jego największym grzechem jest jednak to, że nie pozwala zrozumieć motywacji bohaterów i bohaterek. Czemu postępują tak, a nie inaczej? Co nimi włada? Czego im do szczęścia potrzeba? Nie wiemy. Wart rozważenia mógłby być na przykład kontekst coraz bardziej popularnej poliamorii lub prób zagłuszania samotności, plagi XXI wieku, ale żadne tego typu rozwiązanie nie zostało wprowadzone. Logikę wrocławskiego Męża i żony ma definiować niegdysiejsza frywolność, mimo że postaci funkcjonują w innych, nie XIX-wiecznych, realiach.
Ciekawie rozpisano za to zakończenie, w którym Justysia – na wyświetlanej projekcji (światło i wizualizacje: Zadara, Mikołaj Pływacz) – odjeżdża w siną dal, bodaj czerwonym kabrioletem, z milczącym przez niemal cały spektakl Kamerdynerem (Marek Feliksiak). Choć zmanipulowała i wykorzystała dwóch mężczyzn, którym wydawało się, że mają nad nią pełną kontrolę, nie odczuwa żadnej skruchy. Radosna, pewna siebie wyrusza w podróż z nowym kompanem. Czy jego też zwiodła? Była z nim w zmowie? A może to jej kolejna zabawka? Przecież taka z niej femme fatale… Nie wiemy, co dzieje się dalej, bo film nagle się urywa. Wychodząc z teatru, pomyślałem, że choć w spektaklu Zadary trudno się rozeznać, to akurat Justysię szczerze polubiłem. Utarła nosa dwóm irytującym facetom, grając z nimi w nierówną grę, w dodatku na ustalonych przez nich zasadach.