Kuriozum 

Kuriozum 
Państwo Snu, reż. Michał Kmiecik / fot. Filip Wierzbicki / Wrocławski Teatr Współczesny
Michał Kmiecik rezygnuje właściwie z interpretacji czy aktualizacji tekstu Alfreda Kubina. Serwowana nam przez reżysera postmodernistyczna pulpa nie tylko nie składa się w spójną myślowo całość, ale też pozostaje zupełnie letnia.

Wrocławskie Państwo Snu według powieści Alfreda Kubina zaczyna się nader obiecująco. Na proscenium, przed zasłoniętą kurtyną, stoi fotel, na którym główny bohater, Rysownik (Mariusz Bąkowski), przyjmuje tajemniczego gościa Franza Gautscha (Miłosz Pietruski). Elegancko ubrany posłaniec, przywodzący na myśl figurę z Kafki, przybywa wręczyć mu zaproszenie do Państwa Snu – tajemniczego, utopijnego świata, stworzonego przez najbogatszego bodaj człowieka na ziemi, a prywatnie przyjaciela głównego bohatera ze szkolnych lat, Klausa Paterę (Tomasz Taranta). To rzeczywistość hołdująca tradycyjnym wartościom, w której zrezygnowano z postępu i technologii. Trudno wymarzyć sobie lepszy materiał do nieskrępowanej pracy wyobraźni dla inscenizatora niż wizyjna, dystopijna, choć miejscami mocno już anachroniczna powieść surrealisty sprzed wieku. Zwłaszcza dziś, w epoce konserwatywnej rewolucji i przerażających, reakcyjnych snów technooligarchów pokroju Petera Thiela. Co więc kryje się po tamtej stronie?

Otóż, jak się okazuje, niewiele. Michał Kmiecik, dramaturg i dramatopisarz, a ostatnio także reżyser, twórca teatru radykalnego, mocno politycznego, tym razem, nie wiedzieć czemu, rezygnuje właściwie z jakiejkolwiek interpretacji czy aktualizacji powieści. Przez długie trzy godziny serwuje publiczności scenki rodzajowe, dość literalnie podążając za tekstem Kubina. Tekstem chwilami interesującym, chwilami zaś mocno już anachronicznym, a wręcz szowinistycznym – figury kobiece są w nim traktowane jako bezwolne trofea albo obiekty seksualne, uwięzione w dychotomii cnoty i występku, smutnej całości dopełniają niewyszukane żarty z gatunku „ach, te baby”. Odpowiedzialny także za adaptację Kmiecik wyrządza tym samym krzywdę tak Kubinowi, jak i własnej inscenizacji. O wykonawcach oraz publiczności nie wspominając. 

Całość rozgrywa się w skromnej, ale funkcjonalnej scenografii projektu Szymona Szewczyka, składającej się z trzech ruchomych platform-pokojów, o wnętrzach pokrytych zgrzebnymi tapetami. Za rekwizyty służą stolik barowy, kilka krzeseł i wspomniany fotel. Forma tej opowieści oscyluje między wodewilem a westernem: sceniczny świat przypomina miasteczko na Dzikim Zachodzie, pełne rzutkich mężczyzn hołdujących prostym wartościom i „upadłych” kobiet. Efektu dopełniają kostiumy projektu Natalii Burzyńskiej – trochę jak z wiedeńskiego salonu w początkach XX wieku, trochę jak z teksańskiego saloonu. Całość ożywia chwilami mocne, nieco ekspresjonistyczne światło (ponownie Szymon Szewczyk). Muzyka autorstwa Wojciecha Kucharczyka pojawia się raczej śladowo. Przez pierwszą godzinę obserwujemy, jak Rysownik wraz z Żoną (Dominika Probachta) snują się pomiędzy pokojami w poszukiwaniu noclegu, poznając – w założeniu co bardziej ekscentryczne, choć niestety mało interesujące, bo rysowane zbyt grubą kreską – operetkowe postaci. W drugiej, jeszcze dłuższej części, oglądamy szalony bal u pana Alfreda Blumensticha (Przemysław Kozłowski), podejrzanej konduity fundatora zakładu kąpielowego. A także nagły epizod psychotyczny Żony, po którym szybko następuje upadek Państwa Snu, spowodowany intrygami rzutkiego Amerykanina Herculesa Bella (Krzysztof Ogłoza), który ostatecznie okazuje się czcicielem Szatana.

Państwo Snu, reż. Michał Kmiecik / fot. Filip Wierzbicki / Wrocławski Teatr Współczesny

Niestety to, co u Kubina, a później także u Lupy (trudno bowiem nie odnieść się do jego inscenizacji), było opowieścią o utopii, próbie przeniesienia gasnącej Europy w „dzicz”, mechanizmach i degeneracji władzy, historiozoficznym triumfie nowego, kapitalistycznego świata symbolizowanego przez Amerykanina czy wreszcie głęboką wiwisekcją rozpadu wspólnoty wyjałowionych duchowo, do bólu zwyczajnych bohaterów, na scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego zmienia się w niezbyt zabawną farsę – bo w takiej konwencji zdają się grać aktorki i aktorzy.

Mógłby to być jakiś pomysł na interpretację surrealizmu dziś, gdyby twórcy byli nieco bardziej konsekwentni. Tymczasem pełen dramatycznych gestów, skąpany w czerwieni, stylizowany na coś pomiędzy dusznym symbolizmem filmów Davida Lyncha a dawnymi, brutalistycznymi spektaklami Mai Kleczewskiej finał – czy też seria finałów – skłania do przekonania, że jednak oglądamy jakąś kompulsywną psychodramę. Tym razem postmodernistyczna pulpa serwowana nam przez Kmiecika, w której rubaszny humor i perwersyjny erotyzm miały sąsiadować z grozą (wątek krwawego morderstwa dokonanego przez Młynarza (Maciej Kowalczyk) czy też samobójstwa Pana Goldschlagera), nie tylko nie składa się w spójną myślowo całość, ale też pozostaje zupełnie letnia.

Ani publiczność, ani starający się ze wszystkich sił aktorzy wrocławskiego teatru nie wiedzą chyba, o czym właściwie jest ta historia. I mimo kilku smacznych epizodów aktorskich (jak choćby wątek niedoszłego romansu Szarytki Magdaleny Taranty z młodym Baronem Adriana Wójcickiego) właśnie wykonawców najbardziej żal. Wyraźnie bowiem robią, co mogą, ale z tą adaptacją mogą niewiele.

Wrocławski Teatr Współczesny, Państwo Snu Alfreda Kubina, reżyseria i adaptacja Michał Kmiecik, scenografia, światło Szymon Szewczyk, kostiumy Natalia Burzyńska, muzyka Wojciech Kucharczyk, premiera 9 maja 2026.

Michał Centkowski

Dziennikarz kulturalny magazynu „Vogue Polska”, kurator Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje, recenzent teatralny tygodnika „Przegląd”. Publikował m.in. w „Newsweeku”, „Dwutygodniku” oraz „Deutsches Theater Magazine”.