Lepiej, jak tutaj się pokłócimy
Jacek Jabrzyk, zwycięzca konkursu na dyrektora Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, po roku sporów sądowych i negocjacji z Urzędem Marszałkowskim, ma wreszcie objąć stanowisko. Jaki teatr będzie prowadził?
KATARZYNA TOKARSKA-STANGRET: Od 18 maja prawdopodobnie zostanie Pan pełniącym obowiązki dyrektora Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, a od września jego dyrektorem – Ministerstwo Kultury podpisało porozumienie z władzami województwa świętokrzyskiego i za chwilę podpisze umowę z Panem. Z jaką emocją wchodzi Pan dziś do teatru?
JACEK JABRZYK: Z mieszanymi uczuciami. Do konkursu na dyrektora człowiek solidnie się przygotowuje, jest maksymalnie skupiony, pełen energii, która pozwala zacząć z impetem, nawet z przytupem. Teraz ta energia gdzieś przygasła, ale nie straciłem serca ani do tego teatru, ani do tego zespołu – a to jest chyba najważniejsze. Choć ten rok dał mi mocno w kość i solidnie poturbował.
KTS: Zaciętą walką?
JJ: Raczej przedłużającą się niepewnością. Do wakacji jeszcze szliśmy tym rozpędem – że to się dzieje, że walczymy. A potem nastąpił czas odwlekania. Najpierw zapewniano, że zacznę od września. We wrześniu spotkałem się z marszałkinią Renatą Janik, zresztą na moją prośbę, ale to niczego nie wniosło. To może nie od września, ale od października. Potem mówiono, że od listopada to już na pewno. Robiliśmy w międzyczasie wiele kroków: były sprawy sądowe, były próby dogadania się z Urzędem Marszałkowskim. Za każdym razem mieliśmy nadzieję, że uda się porozumieć. No i koniec końców tak się stało, ale dopiero po konkretnej interwencji ministerstwa.
KTS: Na jakim etapie umowa w sprawie Pana zatrudnienia jest teraz?
JJ: Negocjujemy jeszcze warunki mojej umowy oraz kwestie organizacji i finansów teatru. To już detale, ale bardzo istotne. Najważniejsze jest jednak to, że atmosfera tych rozmów jest dobra – jest duża otwartość ze strony ministerstwa.
KTS: Jednocześnie podczas obrad sejmiku 27 kwietnia Renata Janik stwierdziła, że „sprawa Jacka Jabrzyka ma się nijak do porozumienia z ministerstwem”, i poinformowała o złożeniu odwołania od wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego nakazującego Pana powołanie w ciągu 14 dni. Czy rzeczywiście są to dwie równoległe sprawy, niemogące już na siebie wpłynąć?
JJ: Nie powinny, bo w tej chwili organizatorem uprawnionym do powołania dyrektora jest Ministerstwo Kultury. Dla Urzędu Marszałkowskiego kluczowym warunkiem było to, żebym otrzymał minimalny okres powołania, czyli trzy lata – i właśnie o takim czasie rozmawiamy z ministerstwem. Równolegle trwają też rozmowy na temat tego, żebym od 18 maja objął funkcję pełniącego obowiązki dyrektora.
KTS: Skąd ta decyzja?
JJ: Trzeba zmienić statut teatru, bo teraz głównym organizatorem będzie ministerstwo, a współprowadzącym Urząd Marszałkowski. Do tego dochodzi korekta regulaminów, w tym schematu organizacyjnego, który jest już mocno nieaktualny – wciąż widnieje w nim na przykład stanowisko zastępcy dyrektora do spraw rozbudowy. Takie były okoliczności, to zostało, ale dziś wymaga zmiany. A zrobić to może tylko dyrektor instytucji albo osoba pełniąca obowiązki dyrektora. W tej chwili w teatrze takiej osoby po prostu nie ma.
KTS: W tej chwili teatrem kieruje Luiza Buras-Sokół, która właściwie w ostatnim momencie otrzymała pełnomocnictwa od ustępującego ze stanowiska dyrektora Michała Kotańskiego.
JJ: Żeby teatr w ogóle mógł normalnie funkcjonować, Michał powołał pełnomocniczkę. Do dziś jest ona nieformalną szefową tej sceny. Zresztą bardzo dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków – jest świetnie zorganizowana, czujna, doskonale zna tę instytucję.

KTS: Jak ma wyglądać struktura organizacyjna Teatru Żeromskiego? Będzie Pan łączył funkcje dyrektora naczelnego i artystycznego.
JJ: Tak. Myślę też o powołaniu zastępcy lub zastępczyni, która wzięłaby na siebie sprawy organizacyjne i administracyjne. Na tym etapie nie wiem jeszcze, kto dokładnie mógłby to być – być może ktoś z zespołu teatru, a być może osoba z zewnątrz. To jest kwestia do sprawdzenia i namysłu, czy taka osoba „wewnątrz” rzeczywiście jest. Planuję też korektę schematu organizacyjnego, ale bez zmian personalnych – nie chodzi o ingerencję w skład zespołu, tylko o uporządkowanie i lepsze ukierunkowanie poszczególnych działów.
Bardzo potrzebny jest silny dział programowy, który będzie wspierał działania artystyczne, a jednocześnie zajmie się ich komunikacją i promocją, czyli tym, jak to, co dzieje się w teatrze, dociera do widzów. Proszę nie przywiązywać się do samych nazw, bo to jeszcze będzie przedmiotem rozmów. Najważniejsze jest to, żeby każdy wiedział, za co odpowiada, miał jasno określone zadania i miejsce w strukturze. To bardzo ułatwia codzienną pracę.
KTS: Program, który złożył Pan na konkurs, wymaga po roku korekty?
JJ: Teatr częściowo z niego korzystał. Pisałem go nie dla siebie, tylko z myślą o tym konkretnym miejscu, więc oczywiste było dla mnie, że wyrażam na to zgodę. Zrealizowano dwie premiery, które rzeczywiście były w moim programie: Potok Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina oraz spektakl Radosława Rychcika Łatwy sposób na rzucenie palenia. W tym drugim przypadku zmienił się tytuł względem aplikacji konkursowej, ale to naturalne, bo programy wyznaczają jedynie kierunki, które później się doprecyzowuje, także na poziomie konkretnych tytułów.
Na otwarcie planuję spektakl Pawła Miśkiewicza – Powrót Odysa Wyspiańskiego, połączony z prozą Elfriede Jelinek. To będzie w pewnym sensie osobista podróż reżysera, bo z tego, co wiem, przez część życia był z Kielcami związany.
KTS: A co znajdzie się w repertuarze w przyszłym sezonie?
JJ: Nie chcę jeszcze zdradzać wszystkiego, bo wprawdzie rozmowy są już dość zaawansowane, ale wciąż trwają. Na otwarcie planuję spektakl Pawła Miśkiewicza – Powrót Odysa Wyspiańskiego, połączony z prozą Elfriede Jelinek. To będzie w pewnym sensie osobista podróż reżysera, bo z tego, co wiem, przez część życia był z Kielcami związany. Drugą premierą będzie przedstawienie przygotowane przez młode twórczynie – Weronikę Zajkowską i Julię Nowak – które napiszą i zrealizują własną, całkowicie współczesną historię.
To zestawienie jest dla mnie symboliczne. Zapowiada chęć współpracy z twórcami i twórczyniami różnych pokoleń, o bardzo odmiennych wrażliwościach, estetykach i sposobach myślenia o teatrze.
KTS: Miał Pan wpływ na to, co w obecnym sezonie działo się w Teatrze Żeromskiego?
JJ: Mieliśmy tu jasne ustalenia – powiedziałem wprost, że dopóki oficjalnie nie obejmę tej sceny, nie mam etycznego prawa realnie na nic wpływać. Jednocześnie byłem w kontakcie z Luizą i zespołem. Rozmawialiśmy, wymienialiśmy się opiniami, dyskutowaliśmy o tym, kogo zapraszać, co robić i w jakim kierunku iść. Dzięki temu jestem dość dobrze zorientowany w tym, co dzieje się w teatrze.
KTS: W jakiej kondycji jest dziś Teatr Żeromskiego?
JJ: W dobrej, choć mam wrażenie, że zespół jest przede wszystkim bardzo zmęczony – trzeba jasno powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z konfliktem z organizatorem. A to oznaczało ogromne ryzyko, bo organizator jest w gruncie rzeczy pracodawcą. Gdyby coś potoczyło się inaczej, gdyby zapadły niekorzystne decyzje, mogło to skończyć się dla ludzi bardzo źle – łącznie ze zwolnieniami. Można sobie dopisać wiele scenariuszy, także tych najczarniejszych.
Przez długi czas ludzie żyli więc w permanentnym stresie i to na pewno zostawiło ślad. A jednocześnie byli niezwykle dzielni: nie poddali się, pracowali dalej, przygotowywali kolejne premiery.
Myślę też, że wytworzyła się nowa więź z publicznością, że wykrystalizowała się grupa widzów, która teatr realnie wspierała. Podobnie zareagowało środowisko – zarówno wobec mnie, jak i wobec teatru, za co jestem ogromnie wdzięczny. Takie zjednoczenie wokół konkretnej sprawy ma ogromne znaczenie. Na konfliktach i wewnętrznych rozgrywkach jako środowisko bardzo dużo tracimy.
KTS: Słyszę w tym inną nutę niż u lubiącego konfrontacje Michała Kotańskiego. Myśli Pan, że po tym wszystkim, co się wydarzyło, da się prowadzić teatr bez walki ze współprowadzącym go Urzędem Marszałkowskim?
JJ: Mam nadzieję, że nie będzie takiej potrzeby. Po co tracić na to energię? Chciałbym skupić się na tym, po co tam naprawdę jesteśmy – na pracy artystycznej i na tym wszystkim, co jest dookoła: na relacji z publicznością, na budowaniu otwartego, przyjaznego miejsca dla widzów, dla Kielczan.
KTS: Czyli Kielczan nie zamierza Pan już prowokować w taki sposób, jak robiły to głośne premiery z czasów kadencji dyrektora Kotańskiego: Ale z naszymi umarłymi, Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję czy Protest kielecki. Do kogo należą Kielce?
JJ: Będziemy robić spektakle o wysokiej jakości artystycznej. Natomiast zawsze pozostaje kwestia tego, jak kto je odbiera. W Teatrze Zagłębia też wiele przedstawień było uznawanych za kontrowersyjne – pojawiały się skargi, głosy od widzów, którzy czuli się dotknięci ze względu na swoje przekonania czy wartości. Były takie reakcje, bo dotykaliśmy trudnych tematów, o których raczej się nie rozmawia. Ja uważam, że właśnie przestrzeń sztuki jest najlepszym miejscem do rozbrajania min, które zostawiła nam przeszłość. I że lepiej jest się o to spierać tutaj, w teatrze.

KTS: Spektakle Teatru Zagłębia sięgały po lokalną historię raczej po to, żeby budować tożsamość – jak Historia Sosnowca w reżyserii Katarzyny Szyngiery.
JJ: Lokalne opowieści są niezwykle ważne. Mogą być snute na bardzo różne sposoby – w różnych konwencjach, na różnym poziomie narracyjnym – i trafiać do bardzo zróżnicowanej widowni. To jedna z kluczowych ról teatrów w tych mniejszych ośrodkach, bo kto, jeśli nie one, ma opowiadać historie tych miejsc, tych miast? Jest w tym potencjał wyjścia poza lokalność – jeśli powstanie naprawdę dobre przedstawienie, może dostać zaproszenia na festiwale, a to sprawi, że o danym miejscu po prostu usłyszą ludzie z zewnątrz.
KTS: Teatr Zagłębia, we współpracy z Teatrem Śląskim, podejmował wiele działań mających na celu zasypywanie podziałów między Ślązakami a Zagłębiakami – zwaśnionymi sąsiadami po obu stronach Brynicy. Czy teatr rzeczywiście może mieć wpływ w podobnych sytuacjach? I czy ten konflikt udało się trochę załagodzić?
JJ: Pomysł – który wyszedł ode mnie i Iwony Woźniak – wynikał z tego, że jeden teatr jest Teatrem Śląskim, drugi Teatrem Zagłębia, więc one reprezentują regiony i ich historie oraz tradycje, a nie tylko miasta. Tych wspólnych działań było bardzo dużo. Najważniejsze były oczywiście spektakle – Robert Talarczyk reżyserował u nas spektakl Nikaj, a ja w Teatrze Śląskim zrobiłem Węgla nie ma. Potem były mecze piłkarskie między drużynami artystów, przy wsparciu urzędników miejskich, konferencja naukowa poświęcona tematowi pogranicza, różne działania społeczne. Powstało słuchowisko Śląsk lub/i Zagłębie, czytane jako „Śląsk lubi Zagłębie” i „Zagłębie lubi Śląsk” – emitowane w tramwaju, którym można dojechać spod Teatru Śląskiego niemal pod Teatr Zagłębia. Było ono dwuczęściowe, z udziałem aktorów obu teatrów i zmieniało się dokładnie na granicy regionów.
Nie wszystkie działania udało się doprowadzić do końca, bo pandemia wiele rzeczy przerwała, ale i tak było ich sporo. I mam poczucie, że to wszystko zwiększyło otwartość ludzi na siebie – że zaczęli patrzeć na siebie inaczej, słuchać się nawzajem. Ludzie często zamykają się we własnych opowieściach, a zetknięcie się z inną perspektywą potrafi naprawdę coś w głowie otworzyć.
KTS: W eksplikacji dyrektorskiej duży nacisk położony jest na działania społeczne. Czy uważa Pan, że teatr powinien pełnić właśnie taką funkcję?
JJ: Trudno sobie dziś wyobrazić nowoczesną instytucję kultury bez działań społecznych i edukacyjnych. To obszary, które bardzo wspierają tę naszą podstawową, statutową działalność artystyczną.
KTS: Pamiętam, że na WspółKongresie Kultury dwa lata temu dość mocno wybrzmiało, że domy kultury i teatry coraz częściej biorą na siebie odpowiedzialność za obszary, które systemowo powinny być wspierane w inny sposób, np. za kwestie zdrowia psychicznego, kryzysów, samotności, wykluczenia. Tyle że zarazem oznacza to dla instytucji dodatkowe obciążenie.
JJ: Zgadza się, ale patrzę na to z innej perspektywy – takie działania pozwalają nam oswajać widza z teatrem. Trzeba przy tym jasno powiedzieć, że edukacja artystyczna w szkołach podstawowych i średnich praktycznie nie istnieje. W efekcie ludzie nie są przygotowani do kontaktu ze sztuką, a teatr – zwłaszcza ambitny – tego wymaga. I nie chodzi o jakieś konkretne umiejętności, tylko o otwartość na sztukę.
Często, zwłaszcza w przypadku grup szkolnych, wciąż widzę przekonanie, że do teatru trzeba się „odpowiednio” ubrać i „odpowiednio” w nim zachowywać. A my nie robimy spektakli po to, żeby dzieci siedziały cicho – coraz częściej zapraszamy je do aktywnego udziału. Chodzi o podstawowe informacje i oswojenie języka teatru, a nie encyklopedyczną wiedzę. Z naszych doświadczeń wynika, że sami nauczyciele potrzebowaliby rozmowy o tym, na czym polega współczesna sztuka.
Więc, owszem, częściowo uzupełniamy to, czego brakuje w szkołach, ale przede wszystkim pracujemy nad naszą widownią. Dlatego edukacja i działania społeczne są dla mnie tak ważne. W Kielcach one już istnieją – ja chciałbym może coś odświeżyć i pogłębić.
W czasie pandemii Urząd Miasta w Sosnowcu zorganizował spotkanie zaniepokojony rosnącą liczbą prób samobójczych wśród młodych ludzi. I wtedy zadaliśmy sobie pytanie, jak teatr może na to zareagować. Tak narodził się pomysł nowego formatu – Teatru w Klasie.
KTS: Temu ma służyć współpraca z Teatrem Ochoty?
JJ: To jest ważne i potrzebne, żeby wypracować model współpracy z młodymi ludźmi i pogłębić z nimi relację. Dlatego rozpoczęliśmy rozmowy z Justyną Sobczyk, która prowadzi pierwszy w Polsce teatr komunikowany jako teatr dla młodzieży.
Zresztą ze spektaklem Wróg z Teatru Zagłębia byliśmy w Berlinie na festiwalu młodego teatru, gdzie funkcjonuje właśnie taki model Jugend Theater. Teatr Ochoty, jak wiadomo, działa bez stałego zespołu aktorskiego, który my akurat mamy. Byłoby cenne, gdyby Justyna i jej zespół podzielili się z nami swoim doświadczeniem. A niewykluczone, że z tych rozmów wynikną także konkretne współprace artystyczne.
KTS: A jak Pan myśli o teatrze dla młodzieży? Jaki on powinien być?
JJ: Powinien być przede wszystkim czuły i czujny. Podam przykład. W czasie pandemii Urząd Miasta w Sosnowcu zorganizował spotkanie zaniepokojony rosnącą liczbą prób samobójczych wśród młodych ludzi. Byli tam psychologowie, przedstawiciele instytucji kultury. I wtedy zadaliśmy sobie pytanie, jak teatr może na to zareagować. Tak narodził się pomysł nowego formatu – Teatru w Klasie. Pierwszym przedstawieniem była niezgoda.jpg w reżyserii Justyny Łagowskiej. To spektakl grany w szkołach, trwa dwie godziny lekcyjne. Na pierwszej dwójka młodych aktorów, niewiele starszych od uczniów, odgrywa scenariusz poruszający ważne dla nich tematy. Po przerwie do klasy wchodzą pedagog i psycholog – spektakl uruchamia emocje, a potem oni pomagają je nazwać i zrozumieć.
Gramy to przedstawienie do dziś, odniosło duży sukces, było w programie Teatr Polska, czasem pokazujemy je interwencyjnie, na prośbę szkół. Z kolei właśnie Justyna Sobczyk zrealizowała u nas Tajemniczy ogród – spektakl o inności, niepełnosprawności i trudnych relacjach. Zdobył on nagrody, był na festiwalach, ale przede wszystkim realnie działa: dzieci przychodzą i chcą go oglądać. A potem o nim rozmawiają. I tak właśnie rozumiem teatr młodzieżowy.
KTS: Po świetnym Człowieku jaki jest, każdy widzi Katarzyny Minkowskiej w Teatrze Żeromskiego pewnie jest otwartość na spektakle dla młodszych grup wiekowych, ale w Kielcach działa Teatr Kubuś – czego w Sosnowcu nie było, więc Teatr Zagłębia realizował spektakle nawet dla najnajów.
JJ: Tak, ale ja myślę, że Teatr Żeromskiego powinien się otworzyć na młodszego widza, bo to po pierwsze są różne języki teatralne, różne propozycje, inaczej się to realizuje niż w teatrze dla dzieci, którym w Kielcach jest teatr lalkowy. A po drugie, znów, chodzi o relację z widzem. Im wcześniej ona zostanie nawiązana, tym – można przypuszczać – będzie potem bardziej owocna, dla obu stron.
KTS: W eksplikacji podzielił Pan program na cztery obszary: teatr szeroko rozumianej klasyki, teatr młodych, eksplorujący nowe języki teatralne, teatr dla młodego widza oraz teatr popularny.
JJ: Tak, a łączy to ta lokalność, o której można opowiadać na różne sposoby.

KTS: Poza teatrem dla młodzieży wyraźnie widać tu myślenie tekstami – wśród tytułów pojawiają się Molière, Shakespeare, legendy świętokrzyskie. Jednocześnie planuje Pan jakościowe badanie publiczności – i zastanawiam się, czy nie mogłoby ono pomóc w mocniejszym nakierowaniu repertuaru na konkretne grupy widzów, na przykład seniorów i ich doświadczenia.
JJ: Oczywiście to możliwe. W przypadku seniorów zacząłbym od rozwiązań organizacyjnych, na przykład spektakli granych w godzinach dopołudniowych, bo dla wielu starszych osób wieczorne wyjście do teatru bywa trudne. Liczymy tu na pozytywny odzew tej widowni. Drugi krok to repertuar. Powinny pojawiać się spektakle poruszające tematy bliskie seniorom. Stąd tak silny akcent na działania społeczne w programie, bo spotkania, warsztaty i rozmowy pozwalają nam realnie namierzyć te tematy, żeby potem móc na nie artystycznie zareagować.
KTS: Michał Kotański mówił mi, że publiczność w Kielcach udało się w pewnym sensie wychować – że nawet na trudniejsze, bardziej wymagające spektakle przychodzi komplet widzów.
JJ: Podobnie działało to u nas, w Sosnowcu. W pierwszym sezonie Wiktor Rubin zrobił Dead Girls Wanted – spektakl trudny tematycznie, formalnie, estetycznie. Niestety, ku mojemu rozżaleniu, dość szybko zszedł on z afisza, bo z czasem ubywało widzów. Gdyby ten spektakl powstał dziś, byłby grany dłużej. Widzę wyraźnie, że publiczność coraz chętniej przychodzi na bardziej wymagające propozycje.
Przed chwilą mieliśmy premierę Hamleta w mojej reżyserii – to przecież ciężki, przygnębiający tekst. Często jest uznawany za „bajkowego Shakespeare’a”, a to opowieść mroczna, w której większość bohaterów wcześniej czy później ginie. Tym bardziej zaskoczyły mnie reakcje widzów. Odbyłem wiele ciekawych rozmów o świecie, relacjach i estetyce tej realizacji. To pokazuje, jak bardzo publiczność się zmieniła.
KTS: Planował Pan tego Hamleta jako spektakl pożegnalny?
JJ: Nie – to miał być ostatni spektakl grany w tym budynku przed remontem, który wkrótce się rozpocznie. Okoliczności dopisały te różne, nieplanowane postscripta.
KTS: A czy dojdzie do zaplanowanego, ale wciąż niezrealizowanego spektaklu pożegnalnego Michała Kotańskiego w Kielcach?
JJ: Rozmawiamy o tym i ja nie widzę problemu – uważam, że to w ogóle dobra tradycja. Czy i kiedy taki spektakl powstanie, zależy już jednak od rozmów z Michałem i od tego, czy znajdzie na to czas.
Natomiast bardzo ważne jest to, co on mówił o publiczności. Ja nie nazwałbym tego jej „wychowywaniem”, raczej pracą z widzami – bo to jest proces, który odbywa się wspólnie. To trochę jak z muzyką albo z oliwkami: trzeba się z nimi oswajać, spróbować kilka razy, żeby zaczęły naprawdę smakować.