Mikrocząsteczki nadziei
MŁODE OSOBY AKTORSKIE. – Kult pracy, poświęcania duszy, ciała i całego siebie w imię nie wiadomo do końca czego wciąż ma się na tej uczelni dobrze – mówi Agnieszka Rajda, studentka warszawskiej Akademii Teatralnej i odtwórczyni głośnych ról w spektaklach Katarzyny Minkowskiej i Agaty Dudy-Gracz.
JUSTYNA SZCZEPANIAK: W wyreżyserowanym w Olsztynie przez Katarzynę Minkowską Wszyscy jesteśmy Belén grasz postać tytułową – młodą kobietę, którą argentyński wymiar sprawiedliwości skazał za samoistne poronienie na osiem lat więzienia. Mocny temat, bliski wielu kobietom, również w Polsce…
AGNIESZKA RAJDA: No tak, dziewczynom z zespołu zaczęły się śnić obrazy związane z kobiecością, z ciałem, z dziećmi, z porodami.
JS: Przedstawienie pokazuje, że walka o nasze prawa może zakończyć się sukcesem.
AR: W Polsce jednak wciąż musimy ją toczyć. W stuporze, w którym obecnie tkwimy, spektakl Kasi trafia w te nasze czułe kobiece miejsca. To, że podczas każdego grania spotykamy się z tak intensywnym odzewem ze strony publiczności, że dochodzi między nami do żywej wymiany, jest dla mnie naprawdę niesamowite. Szczególnie utkwiła mi w pamięci niedawna reakcja trzech licealistek. Pokaz dla szkół, dziesiąta rano, uczniowie i uczennice siedzą na widowni i są bacznie obserwowani przez grono pedagogiczne…
JS: Nie do końca wiadomo, czy można się głośno zaśmiać, czy wypada się wzruszyć.
AR: No właśnie. Granie mordęga. Po ostatniej scenie spektaklu te trzy dziewczyny, nie zważając na nic, wystrzeliły do oklasków, jak z procy. Wstały i biły brawo z takim żarem w oczach… Bardzo mnie to poruszyło i jest chyba najlepszym przykładem zarówno mocy tego przedstawienia, jak i samej siły zjednoczenia kobiet o podobnych doświadczeniach.
JS: W spektaklu rozszerzacie tę wspólnotę. Komunikujecie to wyraźnie już na poziomie zapożyczonego z reportażu Any Eleny Correi tytułu przedstawienia – zamieniając słowo „wszystkie”, na „wszyscy”.
AR: Prawa kobiet nie są tylko „kobiecą sprawą”. Walka o nie jest naszym wspólnym zadaniem.
JS: Twoja bohaterka staje się symbolem rewolucji, która doprowadza do zmian w argentyńskim prawodawstwie. Wszyscy jesteśmy Belén przenosi energię i postulaty tego zrywu na scenę. To spektakl silnie zaangażowany społecznie i politycznie. Wierzysz w moc sprawczą teatru?
AR: Oczywiście, że tak. Myślę, że warto opowiadać na scenie takie historie – niełatwe, ale prowadzące ku nadziei. Teatr jest sprawczy, bo może zawierać jej zalążek. Sztuka potrafi wzniecać i podtrzymywać rewolucyjny żar, przypominając o miejscach, w których wciąż się tli. A to właśnie daje szansę na dalsze kroki w przyszłości. Wyobrażam sobie, że osoby, które obejrzały Belén, wzięły od nas te mikrocząsteczki nadziei i poszły z nimi dalej w świat. Wierzę, że energia, która w nas jest, nie gaśnie tak łatwo. Trzeba ją tylko podtrzymać przy życiu i się nią dzielić.

JS: Belén to Twoja pierwsza główna rola w teatrze repertuarowym, ale na profesjonalnej scenie debiutowałaś nieco wcześniej. Na czwartym roku studiów w Akademii Teatralnej wcieliłaś się w Barbarę w Wiśniowym sadzie, który był ostatnim spektaklem Pawła Łysaka w warszawskim Teatrze Powszechnym. Chwilę później zagrałaś na tej samej scenie w Sublokatorce w reżyserii Mai Kleczewskiej. Twój zawodowy początek wydaje się wręcz wymarzony.
AR: Być może. Na pewno bardzo się cieszę, że mogłam debiutować już na czwartym roku, i staram się to doceniać każdego dnia. Myślę sobie czasem o tej małej Adze, która w wieku siedmiu lat trafiła na deski raciborskiego offowego Teatru Tetraedr, coś jej kliknęło i poczuła, że przepadła. Moja przygoda z aktorstwem od początku toczy się tak naturalnie, że nigdy nie podawałam w wątpliwość decyzji o występowaniu na scenie. Praca w teatrze repertuarowym była wymarzonym kolejnym etapem. Role, o których mówisz, pokazały mi, na czym to naprawdę polega, i otworzyły kolejne zawodowe furtki.
JS: Jak się zdobywa role na początku kariery?
AR: Zadałaś bardzo trudne pytanie. Nie ma zasady, co jest jednocześnie i problematyczne, i dające szansę na fajne nieszablonowe działania oraz ciekawe twórcze krzyżówki. Za większością moich ról stały różnego rodzaju ludzkie przecięcia i spotkania. Kasia Minkowska widziała mnie w dyplomie i w egzaminie – Zachodnim wybrzeżu Koltesa, który wystawiliśmy pod opieką Pawła Łysaka w dość szalonym miejscu, bo pod Mostem Świętokrzyskim. Wygląda na to, że musiała mnie wtedy zapamiętać, bo odezwała się latem zeszłego roku z propozycją roli w spektaklu, który przygotowywała w Olsztynie. Dyrektor Paweł Dobrowolski zgodził się na moją gościnę i tym właśnie sposobem trafiłam na scenę Jaracza.
JS: A do Teatru Powszechnego?
AR: Wojciech Malajkat kończył kadencję rektora Akademii Teatralnej i przekazał prowadzenie zajęć z naszym rokiem Pawłowi Łysakowi, który wykłada zazwyczaj na reżyserii. To właśnie wtedy powstał ten szalony Koltes. Zagrałam w Wiśniowym sadzie,bojedna z aktorek musiała nagle zrezygnować z roli Barbary. Paweł mi zaufał i wskoczyłam do obsady w ostatniej chwili, dzień przed rozpoczęciem prób. Sporo w tym wszystkim przypadku, ale myślę, że zbiegi okoliczności potrafią zadziałać tylko wtedy, gdy trafią na osobę w gotowości do pracy.
JS: Kończysz właśnie studia w warszawskiej Akademii. Co Ci dały?
AR: Czas w szkole pogłębił moje poczucie aktorskiej niewiedzy, co uważam za bardzo cenne. Uświadomił mi też moje mocniejsze i słabsze strony. Najważniejszym aspektem studiowania było jednak rozpoznanie środowiska i aktywne budowanie sieci ludzkich połączeń. Zaliczyłam w Akademii Teatralnej twarde zderzenie z rzeczywistością, nie ukrywam. Gdy jeszcze kilka lat temu myślałam o szkole, czy w ogóle o aktorstwie, widziałam ich wyidealizowany obraz. To był świat z dziecięcego marzenia. Teraz wreszcie go sobie urealniłam. Mierzyłam się w czasie studiów z różnymi trudnościami, nie wszystkie ludzkie spotkania były łatwe, ale dzięki nim uczyłam się też, jak higienicznie pracować, jak o siebie zadbać.
Przez ostatnie lata uświadamiam sobie, jak trudno utrzymać w aktorstwie zawodową higienę – ile czasu, doświadczenia i siły to wymaga.
JS: Zacytuję Ci coś: „Wierzę, że istnieje zdrowe aktorstwo, i takie właśnie zamierzam uprawiać”. To z wywiadu, którego udzieliłaś jeszcze przed maturą jednemu z raciborskich portali kulturalnych.
AR: Ale pogrzebałaś! (śmiech) Temat bezpiecznego bycia w zawodzie rzeczywiście jest mi od dawna bliski. Piszę nawet magisterkę o zaburzeniach odżywiania u aktorek, właśnie w kontekście higieny pracy. Chcę się w niej zastanowić, jak my same, bo nie do końca wierzę w skuteczność rozwiązań systemowych, możemy zdrowo funkcjonować w środowisku i zadbać o siebie w procesie twórczym.
JS: Udaje Ci się bezpiecznie pracować?
AR: Tu też nastąpiło zderzenie z rzeczywistością. Przez ostatnie lata uświadamiam sobie, jak trudno utrzymać w aktorstwie zawodową higienę – ile czasu, doświadczenia i siły to wymaga. Praca artystyczna pełna jest wzlotów i upadków, momentów hałasu i ciszy. Samo tworzenie spektaklu i postaci też potrafi być obciążające. To bardzo ważne, żeby umieć sobie to poukładać – znaleźć bezpieczne miejsce w całym tym chaosie. Wierzę, że da się to zrobić, choć to niełatwe.
JS: Jak sobie z tym radzisz, wcielając się w Belén? To rola wymagająca emocjonalnie i fizycznie.
AR: Granie Belén jest gigantycznym wyzwaniem. Przed każdym setem myślę: „O Jezu, jak ja to w ogóle przeżyję?”. Często zaraz po zejściu ze sceny zastanawiam się, co się właściwie wydarzyło, co ja tam wyprawiałam. Naturalnie zaliczyłam kilka przesileń. Na szczęście Kasia zawsze pozostawała w czułej gotowości do rozmowy ze mną i zarażała mnie swoim spokojem. Bywało trudno, śniły mi się po nocach koszmary i na maksa się tym spektaklem przejmowałam, ale wszystkie te moje stresy i obawy zostawały zaopiekowane. Pomimo oczywistych trudności wynikających z tego, co przeżyła moja bohaterka – poronienia, pobytu w więzieniu, procesu sądowego i medialnego szumu, który wokół niej powstał, praca nad spektaklem okazała się higieniczna i dobra.
JS: Wspomniałaś, że gorsze momenty, których doświadczałaś na studiach, uczyły Cię tego, jak o siebie dbać. Szkoła wyposaża w konkretne narzędzia zdrowej i bezpiecznej pracy?
AR: Nie mieliśmy w Akademii oddzielnych zajęć z higienicznego przejścia przez proces twórczy czy funkcjonowania w zawodzie. Wykładowcy i wykładowczynie udzielali nam wskazówek, ale bardziej koleżeńsko niż oficjalnie. Szkoła nie za bardzo wspiera prowadzenie zdrowego trybu życia. Dzieje się w niej za dużo, program jest przeładowany. Kult pracy, poświęcania duszy, ciała i całego siebie w imię nie wiadomo do końca czego wciąż ma się na tej uczelni dobrze.
Pierwsze trzy lata studiów były dla mnie supertrudne. Funkcjonowałam w wiecznym przeciążeniu, wciąż czułam się zmęczona. Czasem brakowało nawet czasu na spokojny posiłek. Wielu z nas żywiło się w smutnej Żabce naprzeciwko szkoły.
JS: Mimo wszystkich zmian, które następują w ostatnim czasie w edukacji artystycznej?
AR: Tak, niestety. Oprócz zajęć ujętych w planie mamy nieformalne, ale konieczne próby. Wracamy po nich do mieszkań i zamiast odpocząć, uczymy się tekstów. Pierwsze trzy lata studiów były dla mnie supertrudne. Funkcjonowałam w wiecznym przeciążeniu, wciąż czułam się zmęczona. Czasem brakowało nawet czasu na spokojny posiłek. Wielu z nas żywiło się w smutnej Żabce naprzeciwko szkoły. Pamiętam, jak strasznie zrobiło mi się smutno, gdy po przeprowadzce z Raciborza do Warszawy dotarło do mnie, że praktycznie nie będę miała okazji, by spędzić weekend w domu. Wystarczą jakieś dwie ekstra próby w sobotę albo w niedzielę czy dodatkowe warsztaty i osoby, które dojeżdżają, tracą możliwość powrotu na chwilę do rodziny, do ciepełka. Był to dla mnie prawdziwy zimny prysznic. Brałam go właściwie do czwartego roku studiów.
JS: Zwieńczeniem edukacji aktorskiej jest przygotowanie roli dyplomowej. W Twoim przypadku była to kreacja Matki w spektaklu Ojciec w reżyserii Agaty Dudy-Gracz, nagrodzona na zeszłorocznym Festiwalu Szkół Teatralnych. Przedstawienie dotyka tematów, które właśnie poruszyłyśmy. Opowiada o obsesji artystycznej doskonałości i niezdrowym zatraceniu się w pracy.
AR: Oj tak, zdecydowanie. Pokazuje koszty dążenia do mistrzostwa, które ponosi nie tylko sam twórca, lecz także jego bliscy, w tym moja bohaterka.
JS: Ojciec to teatr silnie fizyczny i muzyczny. Więcej niż słów jest w nim obrazu, ruchu i dźwięku. Kończąc studia, wracasz więc poniekąd do artystycznych korzeni. Prowadzony przez Grażynę Tabor raciborski Teatr Tetraedr opiera swoje spektakle na podobnych środkach wyrazu.
AR: Masz świetną intuicję! W pracy nad Ojcem wiele rzeczy rymowało się z tym, co robiliśmy w Tetraedrze. I w spektaklach Grażyny Tabor, i w naszym dyplomie dużo było tej – jak by to powiedzieć – surowej prostoty teatru. Stół, krzesło, rytm, ciało, głos. Do wspólnych mianowników należał też pewien rodzaj bezwzględnej dyscypliny scenicznej, w szczególności rygor ruchu polegający na podtrzymywaniu napięcia i kumulowaniu ładunku emocjonalnego w ciele.

JS: W Wiśniowym sadzie używasz z kolei białego śpiewu, który – jak słyszałam – uwielbiasz.
AR: To prawda. W teatrze offowym, na festiwalach, było bardzo dużo śpiewania i muzyki. Panował kult pieśni wielogłosowych, tradycyjnych. Miłość do nich rzeczywiście przejęłam z Teatru Tetraedr. Kolekcjonuję je do dziś i uwielbiam się nimi dzielić. Śpiewam, kiedy tylko mogę. Bardzo cieszę się, że w Wiśniowym sadzie również znalazła się na to przestrzeń.
JS: Porozmawiajmy o filmie. Debiutowałaś przed kamerą już jako siedemnastolatka, wcielając się w mierzącą się z depresją Krysię – główną bohaterkę krótkiego metrażu Chodźmy w noc w reżyserii Kamili Tarabury. Jak do tego doszło?
AR: Kamila udostępniła w swoich mediach społecznościowych informację, że pracuje nad debiutem filmowym i szuka odtwórczyni głównej roli. O możliwości wzięcia udziału w castingu usłyszałam od Magdy Kwiatkowskiej, córki Grażyny Tabor, która trafiła na post Kamili. Działałam już długo w teatrze i coraz bardziej chciałam zrobić coś filmowego. Najpierw musiałam nagrać selftejpa. Nie miałam wtedy pojęcia, czym on właściwie jest i jak powinien wyglądać. Pamiętam, że nakręciłyśmy go jakąś starą kamerą u Grażyny na poddaszu. Dowiedziałam się potem, że został odtworzony przez Kamilę i Paulinę Krajnik, reżyserkę castingu, jako pierwszy i od razu im się spodobałam. Kolejny etap odbył się już na żywo. Do roli Krysi sprawdzano jeszcze wiele innych dziewczyn. Zebrała się przy tym projekcie wspaniała ekipa, złożona w większości z debiutantów. Pamiętam, że wyjazdy do Warszawy były dla mnie wielkim wydarzeniem, a sam tydzień zdjęć to już w ogóle był kosmos.
JS: I przepadłaś po raz drugi.
AR: Wiedziałam, że chcę postawić na aktorstwo, a rola u Kamili utwierdziła mnie w tym wyborze. Była też dla mnie przełomowa pod względem poznania realiów, które panują w środowisku filmowym. Po premierze Chodźmy w noc i nagrodzie na Warszawskim Festiwalu Filmowym, dzięki której nasz krótki metraż trafił na oscarową longlistę, weszłam we współpracę agencyjną, co zaowocowało kolejnymi propozycjami zawodowymi. Byłam jeszcze w liceum, więc żeby pogodzić granie ze szkołą, musiałam przejść na indywidualny tok nauczania.
JS: Rozpoczęłaś właśnie ostatni semestr studiów. Spotykamy się więc w czasie „pomiędzy”. W jakim momencie Cię zastaję? Chodzisz na castingi? Starasz się o etat w teatrze? Skupiasz na pisaniu pracy magisterskiej?
AR: Masz rację, jestem w pewnym rozkroku. Od rzeczywistości szkolnej odklejam się jednak sukcesywnie od dwóch lat. Obecnie toczą się jakieś rzeczy filmowe, co mnie bardzo cieszy. Castingowo dzieje się trochę mniej, dzięki czemu zwolniła się przestrzeń na zamknięcie tematu uczelni i napisanie magisterki. Strasznie się z nią szarpię i sama siebie oszukuję, że pracuję. Mam na razie konspekt, wstęp i wspaniałą promotorkę. Teatralnie gram to tu, to tam. Szczęśliwie pojawiają się też opcje etatowe. Jestem dziś w dobrym miejscu. Nie martwię się o to, czy coś się pojawi. Czuję, że tak. Przejmuję się ewentualnie tym, kiedy, z kim i na ile życiodajne to będzie.