Monologi wybrane Macieja Pesty
NAGRODY „TEATRU”. Miał dar zwracania się bezpośrednio do widowni. Szczęśliwie trafił w czas, kiedy teatr chciał mówić wprost i bez czwartej ściany, nie stronił od frontalnej konfrontacji. Maciej Pesta był tego teatru frontmanem. Za dorobek całego życia aktor uhonorowany został pośmiertnie Nagrodą im. Aleksandra Zelwerowicza.
Rola Suchego Faktu była chyba tą, która wyraźnie wyznaczyła kierunek jego teatralnej drogi. Zawsze już potem wychodził od konkretu i robił z niego koncert, performans, manifest czy co tam było trzeba. Wbrew chrzestnemu imieniu nasycanie, nie odwirowywanie faktu stało się jego specjalnością. Był świetny w monologach i miał szczęście do dobrych monologów.
W Joannie Szalonej, Królowej (reż. Wiktor Rubin, Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, 2011) w roli Suchego Faktu Maciej Pesta pełnił funkcję objaśniacza, konferansjera, komunikował coś w rodzaju przypisów czy didaskaliów. Mówił na przykład:
SUCHY FAKT: Portret królowej Joanny, namalowany prawdopodobnie przez nadwornego malarza, przedstawia młodą, miłą kobietę w wytwornym, choć prostym stroju. Jej jeszcze dziecinna twarz jest znużona i apatyczna.
Wyklejał ścianę historycznymi portretami bohaterów sztuki, by na koniec wszystkie je zedrzeć, podając w wątpliwość sens wysiłku sprowadzania historii do faktów.
Suche fakty otwierają jednak pole emocjom. Aktor, performer, pedagog. Daty życia: 1983–2026. Wodnik. Role w teatrze: 57. Role w filmie i serialach: 25. Etat przez osiem lat, od 2009 w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach i do 2017 w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy. Freelancer. Na fotografiach z ogoloną głową, z włosami długimi jasnymi, z aureolą włosów, z krótkimi ciemnymi, z brodą, bez brody, z wąsem, z uśmiechem, bez uśmiechu, w okularach, częściej bez. Ciało smukłe, ciało szczupłe, ciało wychudzone. Wysoki, z wiekiem jakby wyższy. Oczy niebieskie.
Miał dar zwracania się bezpośrednio do widowni i często była po temu okazja, bo szczęśliwie trafił w ten czas, kiedy teatr chciał mówić wprost i bez czwartej ściany, nie stronił od frontalnej konfrontacji, nawiązywał kontakt wzrokowy, perswadował, wykładał racje. Maciej Pesta był tego teatru frontmanem.

W Detroit. Historii ręki (reż. Wiktor Rubin, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy, 2014) zagrał Eminema. W robociarskich spodniach, prosto z linii montażowej Forda wyrywał się na niezależność, ale walczył jedynie o wolność wkurwu, bo przecież nie wierzył w zmianę:
EMINEM: Nie bądźcie Syzyfami. Nie ma żadnego rozwoju. Ani wodopoju wspólnych plag i wspólnych idei. Nie ma ja dopóki nie krzykniesz ja ja ja ja ja ja jajajajaj ajajajaj. A nawet jak krzykniesz, nikt cię nie słyszy.
Śpiewał więc, a umiał śpiewać. W Studiu Aktorskim w Olsztynie uczył piosenki. Jak świetnie to robił, można się dowiedzieć z odcinka Podcastu o teatrze, w którym opowiadają o tym jego studentki.
W spektaklu Afryka (reż. Bartek Frąckowiak, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy, 2014) wygłosił cyniczny odczyt o problemie głodu i niedożywienia dzieci z punktu widzenia współczesnego biznesmena – kolonizatora, korpoturbokapitalisty. Niezbitą logikę wywodu charakterystyczną dla altprawicowych forów przełamywał karykaturalną ekspresją i nieznośnym skrzypieniem flamastra, którym pisał na tablicy z infografiką.
BIZNESMEN: Być może nie jest to kwestia niskich wynagrodzeń. Przyczyna może być zgoła inna. Migracja, pijaństwo, hazard, niezaradność rodziców. To problem nie tylko Afryki, to problem całego świata, a przede wszystkim tak zwanej biedoty. A bieda nie spada na nikogo z nieba, na biedę też można zapracować. Bieda towarzyszy ludziom niegospodarnym, rozrzutnym, pozbawionym ambicji, leniwym i marnotrawnym. Nie wszystko zależy od pieniędzy…
Również w Henrietcie Lacks (reż. Anna Smolar, Centrum Nauki Kopernik, 2016, Nowy Teatr w Warszawie, 2017) nie zabiegał o sympatię widowni, lecz o jej krytyczną uwagę. Zagrał lekarza naukowca, który do swoich badań wykorzystał komórki rakowe pobrane z ciała tytułowej bohaterki i udostępnił je innym laboratoriom. I choć przyczynił się do niewiarygodnego postępu w medycynie, to umożliwił też komercyjne wykorzystywanie tych komórek bez wiedzy i zgody spadkobierców pacjentki. Zadufany lekarz przekonany o własnej racji, bez oporu sięgając po rasistowskie i klasistowskie argumenty, wygłaszał swój agresywny i pogardliwy monolog bezpośrednio do widowni.
GEORGE GEY: Ja jestem postępem i nie można mnie zatrzymać. […] Wy się cieszcie, że ja się nad wami pochylam, nad waszymi chorobami, wy się cieszcie, bo ja uosabiam postęp.

Tu Pesta był niemal wcieloną reprezentacją fenomenalnie wykształconego, nienagannie ubranego, przepełnionego pychą harvardzkiego nadczłowieka. Zupełnie inaczej niż w Żonach stanu, dziwkach rewolucji, a może i uczonych białogłowach (reż. Wiktor Rubin, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy, 2016), gdzie pośród kobiecej rewolucji wygłaszał płomienny monolog w jeszcze jednej niezałatwionej sprawie.
ESQUIROL: Czy na marginesie marginesów nie ma wzmianki, że rewolucja mężczyzn, co kochają mężczyzn, również wyłoniła bohaterów i krwawe ofiary? Kto o nich napisze lamenty smutne, skoczne hymny kolorowe? Kto o mnie napisze, który wśród faktów nieznanych we własnym się obliczu rozpoznać nie może? Kim jestem na obrazie Delacroix? Kim jestem na obrazach Caravaggia? A jeśli nawet gdzieś się pojawiam, to bezimiennie, bezdźwięcznie, jako ten, którego przez wieki czasem sugerowano, kto nie miał swoich rozdziałów, świąt, publicznych miejsc. Zawsze oddychał połową oddechu, skulony, ramiona mocno przyciśnięte do ciała. Ten, który nie ma swoich podręczników, którego historia jest historią poniżenia, bólu. Historia szukania kryjówek, historia kamuflaży. Pod podłogą przez wieki nauczyłem się szeptać, czujnie rozglądać, tropić zagrożenia, istnieć, jakby mnie nie było, bezprawny, bezdomny, nieprawomocny, niechroniony, nieodnotowany, nieopisany, nieznaczący, niewidoczny, niereprezentowany, nieujawniony, nieuznany, niechciany, nieprzewidziany, nieoczekiwany, niewyczuwalny, niewyróżniony, nieuchwycony, niewprost, niebezpośrednio, nie, nie, nie, nie, nie…
Przytaczam ten piękny tekst niemal w całości, bo zgaduję, że może był dla Macieja Pesty ważny nie tylko jako zadanie i fragment roli, ale także osobiście. Wypowiadał go, stojąc na proscenium, w białym T-shircie, już bez kostiumu, w którym dotąd występował. Mówił dobitnie, na poły z rozpaczą, na poły z gniewem. W poczuciu, to też zgaduję, że pośród żądań wypisanych na transparentach Czarnego Protestu i w tym politycznym krajobrazie, który w 2016 roku stawał się coraz bardziej ponury, nie może zabraknąć jego głosu.
Pesta uczestniczył w niejednym teatralnym przedsięwzięciu zdradzającym wyraźne zaangażowanie społeczne. Sądzę, że identyfikował się z programem ideowym Teatru Polskiego w Bydgoszczy, w którym był wówczas zatrudniony i gdzie powstała większość przywoływanych tu spektakli. A jeśli nawet powstały gdzie indziej, to z osobami wcześniej pracującymi razem w Bydgoszczy (w Henrietcie Lacks grali: Sonia Roszczuk, Marta Malikowska, Jan Sobolewski; w Rewolucji, której nie było m.in. Martyna Peszko i Beata Bandurska; w You can fail! Porażka show – Martyna Peszko). Z perspektywy czasu widać, że było to silnie upodmiotawiające doświadczenie. Improwizacje aktorskie, z których korzystali na potęgę twórcy spektakli, nieraz współtworzyły ich sensy. Nieustający trening rozumienia tego, co się mówi i po co się to mówi ze sceny, przekładał się na jakość sztuki aktorskiej.
Maciej Pesta na koniec swego pobytu w Bydgoszczy wziął udział w spektaklu Solidarność. Rekonstrukcja (reż. Paweł Wodziński, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy, 2016), którego późniejsza warszawska edycja nosiła tytuł Solidarność. Nowy projekt. To przedsięwzięcie w reżyserii Pawła Wodzińskiego kończyło w swojej pierwszej wersji jego dyrekcję w Teatrze Polskim, a w drugiej otwierało działalność nowej instytucji – Biennale Warszawa. To pod jej szyldem powstał spektakl w koprodukcji z Teatrem 21 Rewolucja, której nie było (reż. Justyna Sobczyk, Teatr 21 we współpracy z Biennale Warszawa, 2018), mówiący o kilkumiesięcznym sejmowym proteście osób z niepełnosprawnościami i ich rodziców. Pesta wszedł w ten projekt niczym zawodowy kaskader z zaufaniem do swoich umiejętności, ale też z dużym entuzjazmem.

Spektakl zaczynał się przewrotnie od prologu, w którym aktor tłumaczył, czym jest śmiech, jak działa na ciało, jakie są rodzaje śmiechu i jego niebezpieczeństwa zdrowotne. Wszystko po to, by widowni, już niemal rozbawionej, zrobiło się nieswojo, gdy Peście wchodziła w słowo Aleksandra Skotarek i zaczynała mówić o swoich chorobach. Podczas opowieści o przebiegu protestu Pesta wcielał się w rozmaite postaci z mediów i polityki. A potem siadał na ziemi z aktorem Teatru 21 i opowiadali sobie nawzajem, co potrafią robić, a czego nie. Justyna Sobczyk, reżyserka Rewolucji…, wspomina, że Pesta przeszedł w tej pracy drogę od obserwacji do uwolnienia pełnej ekspresji w relacji z aktorami z niepełnosprawnością. A to było coś, za czym podobno tęsknił, wygłaszając przez lata na scenie mądre monologi.
W jednym ze swoich ostatnich teatralnych przedstawień, You can fail! Porażka show (reż. Justyna Sobczyk, Teatr 21 i Teatr Komedia w Warszawie, 2025), Maciej Pesta znowu był objaśniaczem, didżejem, konferansjerem, czy, jak przedstawiał się publiczności, „uroczym prowadzącym”. Panował nad tym, co na scenie, i nad tym, co na widowni, dając przyzwolenie na wszelką porażkę i nierespektowanie zasad. Był tak blisko queerowego performansu, jak tylko się da na publicznej scenie w przedstawieniu dla dzieci.
MACIEJ: Na spektaklu można się śmiać i klaskać w nieodpowiednich momentach. To nie będzie przypał. Można głośno reagować, czasem nawet krzyczeć i wejść na scenę. Można fałszować na piosenkach, można nie umieć w karaoke. Spóźnialscy i wszyscy, którzy utkną w kolejce do toalety, zostaną wpuszczeni na widownię. Można robić słabe zdjęcia i nagrywać filmiki w złej rozdzielczości. Można liczyć nasze porażki, będzie ich wiele. Można nie znać angielskiego i nie rozumieć napisów na koszulkach. Można nawet nie rozumieć tytułu…
Suchy fakt jest taki, że nowych monologów Pesty nie będzie. Została jeszcze rolka na Instagramie, w której mówi, że uwielbia „pływać w żenadzie, brodzić w żenadzie, tarzać się w żenadzie, robić orła w żenadzie”. To brzmi jak tekst jakiegoś ślubowania aktorskiego, a może po prostu jak przejaw zawodowej nadświadomości?