Montowanie urodzin

Montowanie urodzin
Być jak czterdziestolatek, reż. Damian Kocur / fot. Julia Dacka / TVP
Warszawa się zmieniła, zmienił się styl życia, musiał się zmienić także bohater. Być jak czterdziestolatek to gorzki portret mężczyzny w kryzysie, który nie wierzy już, że najważniejsze sprawy są jeszcze przed nim.

Dwadzieścia pięć. Tyle lat życia w zdrowiu ma przed sobą czterdziestoletni mężczyzna mieszkający dziś w Polsce. Dane GUS-u niejako rymują się z poczuciem humoru Jerzego Gruzy i Krzysztofa Teodora Toeplitza, którzy zatytułowali pierwszy odcinek swojego kultowego serialu Toast, czyli bliżej niż dalej. Wbrew pozorom średnia długość życia od czasów Czterdziestolatka wcale tak bardzo się nie wydłużyła. Za to wielkie budowy, przy których przed ponad pięćdziesięciu laty pracował inżynier Karwowski, to dziś stałe elementy krajobrazu miasta. Warszawa się zmieniła. Zmienił się styl życia. Musiał się zmienić także bohater.

Stefan (Mateusz Znaniecki) jest montażystą, pracuje w telewizji. Swoje czterdzieste urodziny ma spędzić z córką. Nie będzie to jednak beztroski dzień w rodzinnym gronie. Siedmioletnią Zosię (Marika Zielińska) odbiera w pośpiechu od byłej żony (Marta Nieradkiewicz). Kobieta szykuje się na lotnisko. O kostiumie na szkolne przedstawienie, w którym ma wystąpić wieczorem ich córka, przypomni Stefanowi dopiero parę godzin później. By ten dzień nie zakończył się katastrofą, potrzebnych będzie nie tylko kilka przejazdów Uberem, ale także pomoc rodziców mężczyzny (Maria Maj i Krzysztof Materna) oraz „tylko koleżanki” Pauli (Anna Kłos). Ta ostatnia poznaje w ten sposób córkę Stefana i po raz pierwszy trafia do jego nowego mieszkania, w którym pod okiem pana Włodka (Włodzimierz Tur) trwa remont. Postawa upominającego się o kolejne bliki majstra każe sądzić, że w tym przypadku do końca jest akurat zdecydowanie dalej niż bliżej.

Debiutujący w Teatrze Telewizji Damian Kocur, twórca docenionego na kilku festiwalach filmu Chleb i sól, na pomysł spektaklu Być jak czterdziestolatek wpadł przypadkowo – kiedy jego prywatne mieszkanie remontował nie kto inny, jak oglądany na ekranie pan Włodek. „Stwierdziłem wtedy, że mam czterdzieści parę lat i to idealny moment, by opisać moje pokolenie. A dodatkowo – nawiązać do tego, co w latach 70. zrobili Gruza i Toeplitz”. Ukłonów w stronę kręconego w dekadzie Gierka serialu udało się zmieścić w niespełna godzinnym spektaklu kilka – od muzyki, przez mijane lokacje, po tzw. łuk Karwowskiego. Nawiązania są nienachalne, zrobione z wyczuciem. Dla fanów Czterdziestolatka śledzenie związków może stanowić przyjemność samą w sobie. To zresztą nie jedyne skojarzenia – autorzy spektaklu umiejętnie przywołują dobrego ducha kinematografii tamtych lat. Ujęcia z korytarzy TVP siłą rzeczy przywodzą na myśl Człowieka z marmuru Andrzeja Wajdy. Na ekranie telewizora miga krótki urywek Rewizora z 1977 roku z Tadeuszem Łomnickim w roli głównej – bodaj najważniejszego przedstawienia w reżyserii Gruzy, zaliczanego do Złotej Setki Teatru Telewizji. Podobnie warta uwagi jest szkatułkowa konstrukcja spektaklu – twórcy odsłaniają kulisy planu filmowego, by ostatecznie zostawić widzów z pewną narracyjną zagadką.

Być jak czterdziestolatek, reż. Damian Kocur / fot. Julia Dacka / TVP

Formalne zabiegi chciałbym jednak odłożyć na bok. Mnie bowiem zainteresował przede wszystkim portret głównego bohatera oraz ton, jaki wraz ze scenarzystką Martą Bacewicz nadał swojej opowieści reżyser. Być jak czterdziestolatek niepozbawiony jest humoru – jak chociażby w scenach z ojcem Stefana, kiedy ten krytykuje syna czy w stylu à la Lupa (z charakterystycznie powtarzanym „jak by to powiedzieć”) wyjaśnia wnuczce Hamleta. W gruncie rzeczy Damian Kocur przedstawia jednak bohatera w ponurym kryzysie. Coś, co Gruza żartobliwie nazywał „męską menopauzą”, a z czym grany przez Andrzeja Kopiczyńskiego inżynier starał się w miarę swoich nieszczególnych możliwości uporać, tu sprawia wrażenie sytuacji patowej. Życie rodzinne Stefana jest w rozsypce – w dalszej perspektywie rysują się przede wszystkim trud wychowania córki przez żyjących osobno rodziców oraz samotność podszyta depresją, na którą nie pomogą kradzione ojcu leki.

Związany od lat z Teatrem Śląskim w Katowicach Mateusz Znaniecki znajduje dla tego stanu wyraz – w kilku scenach niemal nieruchomieje na dłuższą chwilę z nieobecnym wzrokiem. Jak gdyby chciał na chwilę wycofać się ze swojego życia. Stefan, w przeciwieństwie do inżyniera Karwowskiego, nie próbuje niczego zmienić. Potrafi działać i znaleźć rozwiązanie dla codziennego problemu, ale na poziomie bardziej ogólnym sprawia wrażenie kogoś niezdolnego do walki o to, jak dalej będzie wyglądało jego życie. Przypomina w tym trochę swojego ojca – reżysera teatralnego, któremu niby doskwiera łatka „oderwanego od publiczności” dziadersa, ale nic z tym nie robi. Jest jak rewers powiedzenia „Życie zaczyna się po czterdziestce” – w jego przypadku wydaje się, że najważniejsze sprawy niedawno się domknęły i tak już zostanie. Przed nim szereg podobnych dni w pracy – dopóki, jak ostrzega go ojciec, nie zastąpi go „sztuczny montażysta” w postaci AI.

Za sprawą długich fragmentów, zwłaszcza tych kręconych w miejskim plenerze, Być jak czterdziestolatek bardziej niż spektakl przypomina średniometrażowy film telewizyjny, a zatłoczone ulice Warszawy za sprawą zdjęć Ignacego Ciszewskiego po raz kolejny okazują się wyjątkowo fotogeniczne. Stefan nie przemierza już ich na rowerze czy w czerwonym maluchu – zastąpiły je wspomniane Ubery i elektryczna hulajnoga. Ciekawe, czym będzie się przemieszczał kolejny czterdziestolatek.

Teatr Telewizji, Być jak czterdziestolatek Marty Bacewicz i Damiana Kocura, reżyseria Damian Kocur, scenografia Elżbieta Szurpicka, kostiumy Sławomir Blaszewski, zdjęcia Ignacy Ciszewski, montaż Katarzyna Drozdowicz, premiera 14 września 2026.

Jan Karow

Krytyk teatralny, kulturoznawca. Pracuje w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Był członkiem Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.