Może jutro

Może jutro
Anioł zagłady, reż. Data Tavadze / fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Dramatyczny w Warszawie
Data Tavadze jest twórcą teatru politycznie zaangażowanego, niestety Anioł zagłady nie jest tego dobrym przykładem. Nie ma mocy satyry, prowokacji, nie skłania do rachunku sumienia.

Anioły nie mają szczęścia do Teatru Dramatycznego albo Dramatyczny do aniołów. Po zeszłorocznych Aniołach w Warszawie tegoroczny sezon kończy premiera Anioła zagłady, spektaklu – jak czytamy na stronie teatru – „reinterpretującego film Luisa Buñuela z 1962 roku”. Autorem pomysłu, scenariusza i reżyserem jest Data Tavadze. Gdybym nie wiedziała, że Gruzin nie ma jeszcze czterdziestki, pomyślałabym, że to dzieło reżysera generacji dwukrotnie starszej. Zwłaszcza tekst swoją poetyką przypomina dramat absurdu lat sześćdziesiątych, a nawet Witkacego czy Gombrowicza (wczesnego, od Iwony). W tej tradycji, ani w grach z nią, nie ma nic złego, przeciwnie. Ale wobec formalnej wtórności czeka nas tylko nieuchronna nuda.

Film trwa półtorej godziny, przedstawienie niemal godzinę dłużej. Buñuel wciąż inspiruje, zastanawia, przenikliwie diagnozuje człowieka i społeczeństwo nie tylko swego czasu. Tavadze też ma takie ambicje, ale mimo burzenia czwartej ściany jego premiera ani śmieszy, ani tumani, ani przestrasza.

Aktorzy wchodzą przez widownię, mieszając się z ostatnimi dołączającymi partiami publiczności. Ubrani są wytwornie, modnie (znaczące jest zaproszenie Gosi Baczyńskiej). Podobnie jak w filmie aranżowana jest sytuacja opuszczenia jednego salonu (opera), by udać się do kolejnego (proszona kolacja w wyszukanym gronie). Obserwujemy życie elity, niewolników etykiety. Nieważne, co wypełnia formy. Przepisanie sytuacji dramaturgicznej na „tu i teraz” w teatrze Tavadze przeprowadzone jest zgranymi chwytami: aktorzy przechadzając się po widowni, próbują nas wciągnąć w grę ukłonów, uśmiechów, powitań. Kiedy już wejdą na odsłoniętą od początku scenę, światło co jakiś czas pada na widownię, byśmy mieli poczucie, że nie przestaliśmy być częścią wspólnego świata, poza tym aktorzy czasem wracają do gry z publicznością. Agata Skwarczyńska obudowała scenę lustrami, które mnożą odbicia – w horyzontalnym majaczy widownia. W filmie Buñuela niewidzialna ściana uniemożliwiała gościom salonu powrót do świata. Przełożenie tego motywu na ogrywanie deziluzji czwartej ściany jest intrygującym punktem wyjścia. Można w ten sposób opowiedzieć i o rzeczywistości, i o teatrze.

Cóż jednak z tego, skoro to, co dzieje się na scenie Dramatycznego, tak mało nas obchodzi? Problem zaczyna się już na poziomie budowania postaci. Generał jak z Mrożka – w mundurze mało militarnym, ale za to z ikonostasem orderów i akselbantem jak bicz; androginiczny nie wiedzieć czemu lekarz; wreszcie zniewieściały gospodarz zdominowany osobowością żony. Wszyscy są groteskowo przegięci, w sposób, który uniemożliwia zaskoczenie nas rozpadem formy, anarchią biologii, wzmożeniem instynktów. Aktorzy zdejmują buty, negliżują się, mierzwią misterne fryzury.  Wszystko to jednak jedynie fasada, możemy śmiać się z rozmemłania postaci, ale trudno doszukiwać się w tym obrazu społecznego kryzysu.

Tavadze zauważa sakralne odniesienia w filmie, niektóre służyły Buñuelowi do rozwinięcia satyry na inne sfery społeczeństwa, niektóre do nieoczywistych refleksji na temat ludzkiej potrzeby transcendencji – choćby owce szukające w finale schronienia w kościele, gdy na ulicach wybucha rewolta. Warszawska reinterpretacja Anioła zagłady sugeruje, że zabawa dwunastu osób w „ostatnią wieczerzę” to dobry temat na proszoną kolację, połączoną z grą w RPG.

Anioł zagłady, reż. Data Tavadze / fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Dramatyczny w Warszawie

Scenografia przypomina prezbiterium ze stallami, bez ołtarza, z zakrystią-kuchnią, w której gospodarze i ich lokaj odgrywają niejasne ceremoniały. W początkowych scenach rozbrzmiewa muzyka przypominająca kościelną (Nikoloz Pasuri). Stół, czerwona gigantyczna lampa zjeżdżają z nadscenia niczym rekwizyty niezbędne do odegrania scenariusza. Ale przez kogo założonego? Tavadze podkreśla powtarzalność zdarzeń, tak jakbyśmy uczestniczyli w Big Brotherze czy innym Truman Show. Z nadscenia zwisa pogięte ramię potężnego żurawia (niby żyrandola, ale też kamery). Jego początek ginie w nadsceniu, końcówka rozgałęzia się nad głowami postaci na promptery, na których biegną tytuły poszczególnych scen.

To, co w filmie jest niedookreślone (przyczyna sytuacji w salonie), na scenie opatrzono sugestią, że mamy do czynienia z odmianą stanfordzkiego eksperymentu więziennego. U Buñuela więźniowie salonu walczą o wodę, rozwalają ścianę, przebijają rurę – okazują wolę zmiany swej sytuacji. W przedstawieniu woda spada z góry (niczym deszcz) – ratuje, obmywa, ale też rozmiękcza, miesza się z tym, co na podłodze, brudzi, niszczy. Tak jakby ten, kto odkręcił zawór, chciał sprawdzić zachowania uwięzionych w odmienionej sytuacji, ożywić grę, przeprowadzić na inny poziom.

Spektakl kończy się bardzo tradycyjnie – gasnącym światłem i zapadającą kurtyną. Publiczność zostaje złapana w kolejną pułapkę rytuału – oklasków. Data Tavadze jest twórcą teatru politycznie zaangażowanego, niestety Anioł zagłady nie jest tego dobrym przykładem. Nie ma mocy satyry, prowokacji, trudno nawet wyobrazić sobie świat, który zostawili za drzwiami goście salonu, a co dopiero rewolucję, która go rozsadza. Twórcy budują religijne analogie, ale nie skłaniają do rachunku sumienia. Ich dzieło nie ma wywrotowej siły. Klaszczemy i idziemy do domu.

Elfriede Jelinek odniosła Anioła zagłady do historii Austrii, do tego, co wydarzyło się w Rechnitz w marcu 1945 roku. Baronowa zaprosiła do swego pałacu oficerów SS i Gestapo na przyjęcie, które zamieniło się w polowanie. Ofiarami byli węgierscy Żydzi, przymusowi robotnicy, blisko dwie setki osób. Ślad po nich zaginął, a sprawcy pozostali nieznani dla wymiaru sprawiedliwości. Wymazywanie przeszłości, winy, pamięci – temat także Thomasa Bernharda – mocno rezonował w 2008 roku, kiedy dramat się ukazał i kiedy w 2018 adaptowała go Katarzyna Kalwat w TR Warszawa. Słowa Posłańca trwożyły: „Proszę przyjść jutro, może wtedy! Wtedy może państwo usłyszą: Oto jak kończy się świat Oto jak kończy się świat Oto jak kończy się świat Nie z hukiem, lecz ze skomleniem. Specjalnie dla państwa lada moment zacznie się historia, lada chwila zacznie się od nowa”.

Spektakl w Teatrze Dramatycznym nie skłania do powrotu.

Teatr Dramatyczny w Warszawie, Anioł zagłady, tekst i reżyseria Data Tavadze, tłumaczenie Magda Nowakowska, scenografia i światło Agata Skwarczyńska, kostiumy Gosia Baczyńska, muzyka Nikoloz Pasuri, premiera 12 czerwca 2026.

Maryla Zielińska

Absolwentka teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, na zmianę pracuje i pisze o teatrze, ostatnio wydała To. Biografię Jerzego Grzegorzewskiego (2024).