Na stojąco

Na stojąco
Mała empiria, reż. Anna Ilczuk / fot. Sisi Cecylia / Teatr Studio w Warszawie
Owacja na stojąco nie oznacza już wybitnego przedstawienia. Bo jeśli jesteście stałymi bywalcami teatrów, to wiecie, że widownia zrywa się do oklasków bardzo regularnie. Znacznie częściej niż kiedyś.

Tu zaszła zmiana: w ostatnich sezonach widownia wstaje do oklasków po prawie każdym warszawskim spektaklu. Dlaczego? Kiedyś przecież tak nie było – słyszymy ciągle.

Na pewno owacje na stojąco nie są kryterium pozwalającym na ocenę jakości danego dzieła czy danego przebiegu przedstawienia, a już na pewno nie świadczą o jego wybitności. Stanisław Godlewski, krytyk teatralny, na pytanie, czy pisząc recenzję spektaklu, bierze pod uwagę oklaski, zaprzecza: „Myślę, że są niemiarodajne, bo trudno powiedzieć, z czego wynikają – z zachwytu, współczucia, z przekonania, że »trzeba wstać«”.

Jeśli nie kryterium jakości, to co? Na myśl przychodzi słowo: komunikat. Owacje na stojąco są momentem wymiany między widzami a twórcami spektaklu. Jednym z niewielu, w których z natury bierny widz może wyrazić swoje zdanie na temat przedstawienia. Obecnie ta komunikacja przechodzi kryzys. Jan Karow, krytyk teatralny i selekcjoner festiwalowy, potwierdza nasze przypuszczenia: „Jeżeli uznajemy oklaski za rodzaj komunikacji między sceną a widownią, to takie nieuzasadnione owacje na stojąco stają się rodzajem szumu komunikacyjnego. Ich znaczenie zaczyna się zacierać”. Zwyczajowo owacje na stojąco zarezerwowane były dla spektakli wybitnych. Dopiero w ostatnich latach ta sytuacja uległa zmianie.

Zastanawiałyśmy się, co spowodowało, że „zwykłe”, siedzące pospektaklowe brawa przestały wystarczać i dlaczego owacje na stojąco stały się tak powszechne w polskim teatrze. Monika Świtaj, aktorka Teatru Studio: „Myślę, że miała na to wpływ pandemia. Przez to, że widzowie siedzieli w maseczkach, jako wyraz ekspresji pozostało im wstanie do oklasków. To ten czas ukształtował wstawanie do oklasków po każdym spektaklu. Wcześniej tak nie było”.

Ale czy pandemia może być jedyną przyczyną? Może znaleźliśmy się w momencie, w którym bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy realnych znaków ludzkiej współobecności i poczucia, że przeżywamy coś razem? Nawet jeśli ta wspólnota rozpada się po odebraniu płaszcza z szatni.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że „standing ovation” stało się rutyną. Reżyserka Weronika Szczawińska: „Wstanie jest dla mnie jakimś rodzajem wyróżnienia. Rzeczywiście mam wrażenie, że to przeobraża się w rutynę i przez to traci na wartości. Zaczyna być jednym z wielu teatralnych rytuałów, które paradoksalnie ograniczają widownię. Gdy cała widownia wstaje, to już trochę nie wiadomo, co to znaczy”.

Michał Czachor: „Gdy oglądam spektakle moich kolegów, to zawsze wstaję do oklasków. Bez względu na to, czy coś jest fajne, czy niefajne”.

Każdy z naszych rozmówców potwierdził, że zauważył tendencję do regularnego wstawania. Niektórzy zwracali uwagę na znaczenie rozpoznawalności występujących w teatrze aktorów, inni na „efekt domina” – podniesienie się pojedynczych widzów skutkuje wstaniem całej sali. Niemalże wszyscy przyznali, że wstają podczas spektakli bliskich im osób. Bycie częścią środowiska teatralnego każe im płacić daninę w postaci owacji na stojąco. Michał Czachor, aktor Teatru Powszechnego: „Gdy oglądam spektakle moich kolegów, to zawsze wstaję do oklasków. Bez względu na to, czy coś jest fajne, czy niefajne. To w ogóle nie ma znaczenia. Trochę robię to, żeby nie mogli powiedzieć, że Czachor nie wstał”.

Podobną postawę przyjmuje aktor Damian Pelc: „Zazwyczaj wstaję do owacji po spektaklach moich przyjaciół. Nie miałem wielu sytuacji, w których byłoby to wbrew mojej ocenie spektaklu. Choć zdarzyło się, że odcinałem się od tego i przy oklaskach kierowałem się wyłącznie empatią wobec ich wysiłku i pracy. Kiedy kogoś znasz, często jesteś włączony w proces prób. Rozmawiając z taką osobą, wiesz, przez co przechodzi, ile czasu i energii wkłada w przygotowania. Wtedy taki gest staje się hołdem dla ich pracy”.

Inaczej sprawę widzi Szczawińska: „Staram się temu nie poddawać. Co oczywiście bywa trudne, bo istnieje obawa, że trzeba będzie się tłumaczyć. Jednak zakładam, że jesteśmy profesjonalistkami i zdajemy sobie sprawę z tego, co te znaki znaczą. Jeśli chodzi o znajome osoby twórcze, to mam też możliwość porozmawiania z nimi na żywo, wejścia w zniuansowaną dyskusję”. Często rozmowy po spektaklu są dla twórców ważniejsze niż same owacje. „Dużo bardziej znaczące są dla mnie inne sygnały: emocje wypisane na twarzach widzów albo to, co dzieje się po spektaklu – gdy ktoś coś powie, napisze, zaczepi, podzieli się wrażeniami” – mówi Pelc. Jednocześnie pozostaje pytanie, w jaki inny sposób ma „przemówić” widz, który spektakl oglądał z ostatniego rzędu i nie może porozmawiać z osobami twórczymi?

Klaskanie jest stresujące

Im więcej pytań zadawałyśmy o owacje na stojąco, tym mniej o nich wiedziałyśmy. Dowiedziałyśmy się za to dużo o ludziach, ich przyzwyczajeniach i oczekiwaniach.

„Z owacjami jest trochę tak jak ze śmiechem w teatrze. Często mamy wrażenie, że jeśli widzowie nie zanoszą się śmiechem, to znaczy, że coś nie jest śmieszne. A to wcale nie musi tak działać” – mówi Pelc. Nasza rozmowa przypada na chwilę po jego teatralnym debiucie. „Jako twórcy mamy własną opinię o tym, czy zrobiliśmy dobrą robotę. Brak owacji na stojąco tego nie podważy” – dodaje aktor.

Podobną opinią dzieli się Ewa Galica, reżyserka i animatorka kultury, obecnie pracująca w Teatrze Powszechnym w Warszawie nad spektaklem Adrenalina: „Uczę się, żeby odrzucać w sobie myśl, że jestem ciągle oceniana. I to, że reakcja widowni jest oceną albo weryfikacją moich umiejętności. Jeśli publiczności coś się nie spodoba, to dobrze, po to robi się sztukę”.

Europa, reż. Krzysztof Warlikowski / fot. Joanna Głodek / Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi

Czym owacje na stojąco są dla bardziej doświadczonych twórców? Michał Czachor mówi: „Te stojące oklaski, wychodzenie, kwiaty – one służą podkreśleniu pewnych statusów. Dzięki temu wszyscy możemy poczuć, że wydarzyło się coś ważnego. To jak rytuał. Wspólnie budujemy jego ramę. Rytuały mają prowadzić, porządkować, dawać poczucie sensu, ale jednocześnie zatrzymują cię na powierzchni”.

A mimo to oklaski są przyjemne. Zwłaszcza dla oklaskiwanych. „Z perspektywy aktorskiej to jest miłe uczucie, gdy widownia wstaje. Natomiast nie należy tego traktować jako wyrazu hołdu. Zdaję sobie sprawę, że często jest to reakcja taśmowa, a nie ogromne wyróżnienie” – mówi Monika Świtaj. I zaraz dodaje: „Jeżeli to zaczęło sprawiać ludziom przyjemność, to czemu mają tego nie robić? Może ta moda się kiedyś skończy”.

Zarazem moment braw bywa wciąż stresujący zarówno dla aktorów, reżyserów, jak i samych widzów. Hanna Wojtóściszyn, aktorka Teatr Narodowego, komentuje „Zwracam uwagę na owacje, czy tego chcę, czy nie. Wszyscy trochę czekają na to, aż publiczność wstanie na raz. Hip, hip, hura. Ale to nie wydarza się często. Widać, gdy widzowie wstają, bo ktoś inny wstał. Ja też chcę pozwolić im jak najszybciej już wyjść i zacząć rozmawiać o spektaklu, a nie, żeby musieli stać i klaskać. Bo nieważne, jaki spektakl gram, to klaskanie jest stresujące”.

Im mniej, tym lepiej?

W świadomości środowiska teatralnego funkcjonuje przeświadczenie, że to niewstawanie do oklasków staje się „gestem” i niesie ze sobą określone znaczenie. Wielu rozmówców zwracało uwagę na lęk przed demonstracyjnym pozostaniem na swoim miejscu. „Czasem wstaję za owczym pędem. Może mnie przedstawienie specjalnie nie rusza, ale pozostali widzowie wstają. Bycie pasywno-agresywnym pingwinem, który manifestacyjnie siedzi, wydaje mi się małostkowe i trochę dziecinne. Kosztuje mnie to niewiele, żeby wstać i zaklaskać, a komuś jest miło, więc czemu nie?” – mówi Godlewski.

Stanisław Godlewski: „Czasem wstaję za owczym pędem. Może mnie przedstawienie specjalnie nie rusza, ale pozostali widzowie wstają. Bycie pasywno-agresywnym pingwinem, który manifestacyjnie siedzi, wydaje mi się małostkowe”.

Podobnie komentuje to Pelc: „Są takie sytuacje, kiedy głupio jest nie wstać, gdy reszta sali już to zrobiła. Czuję, że byłoby to w jakimś stopniu podbudowywanie swojego ego. I to też mi nie odpowiada. Nie chcę demonstrować tego, że mnie jedynemu to się nie spodobało. Jakby to miało jakieś znaczenie”. Całkiem inaczej widzi to Weronika Szczawińska: „Jako widzka wstaję do braw naprawdę rzadko. Co czasami budzi we mnie napięcie, bo jestem w kontrze do reszty sali. I to jest trudne, ale ja nie chcę tym niczego manifestować, a jedynie uczciwie trzymać się swoich zwyczajów”.

A może powinniśmy docenić postawy widzów, które stoją w opozycji do ogólnej reakcji publiczności? Czy taka postawa jest bardziej autentyczna? Trudno to jednoznacznie stwierdzić. Na pewno takie zachowania nie przechodzą bez echa: „Kilka razy zdarzyło się, że ktoś z widowni stał sam jeden i to wywoływało w nas jakieś wzruszenie. Takie poczucie, że warto było to wszystko zrobić dla tego jednego człowieka” – mówi Wojtóściszyn.

Podobnie komentuje to Jan Karow: „Doceniam sytuacje, w których na widowni wstaje tylko kilka czy kilkanaście osób. I tak samo jest w drugą stronę – gdy widzę parę osób, które siedzą w sytuacji, gdy stoi niemal cała widownia. Postrzegam ich jako tych, którzy nie dali się uwieść mentalności tłumu”.

Gdy owacje na stojąco stają się regułą, jednostkowe reakcje zyskują na znaczeniu. Spośród publiczności wyłapujemy osoby, które wyłamują się ze schematu narzuconego przez resztę sali.

Teatr od święta

Niemal wszyscy nasi rozmówcy traktują wieczory premierowe jako swoiste święto. Obudowane licznymi rytuałami i konwenansami, stresujące i nastawione na bankietowy small talk, ale nadal święto. Michał Czachor na uwagę: „Brzmisz, jakbyś nie lubił premier” odpowiada: „Wiesz co, ja lubię premiery. Bo to jest jednak jakiś rodzaj święta. Tyle że z czasem zmieniłem swoje oczekiwania wobec nich”.

Weronika Szczawińska opisuje to bardziej dramatycznie: „Na początku mojej drogi jako twórczyni premiera kojarzyła mi się z ogromnym napięciem. Wydawało mi się, że to takie zło konieczne, okropny rytuał do przetrwania. I dopiero lata później zorientowałam się, że można coś z tym zrobić, przeżywać to świadomie, rozmawiać o tym z innymi twórczyniami. Rozwinęłam także praktykę przygotowywania zespół na to doświadczenie dużo wcześniej. Staram się nie robić materiału na ostatnią chwilę i zapraszać widzów na próby w formule feedbacku czy po prostu towarzyszenia. Żebyśmy do premiery mogli podejść jak do czwartej albo szóstej próby generalnej”.

Co z sytuacją, gdy świętem nie jest sama premiera, ale „zwyczajne” wyjście do teatru? Godlewski mówi: „Pamiętam, że podczas prowadzonych przeze mnie warsztatów z publicznością, gdzie zebrała się spora ekipa nauczycieli, grupa potrzebowała mówić o teatrze jako święcie. To znaczy: chodzimy do teatru, ubieramy się ładnie. To jest coś, co wyrywa nas z codzienności. Cały ten rytuał »wyjścia do teatru« jest ważny, a samo doświadczenie spektaklu staje się wyjątkowe i wspólnototwórcze. Ten świąteczny charakter teatru jest coraz bardziej widoczny. Myślę, że owacje na stojąco są tego częścią”.

Koriolan, reż. Jadwiga Klata / fot. Joanna Siwiec / Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Bo może to my, przedstawiciele środowiska teatralnego, zapomnieliśmy o tym, że chodzenie do teatru średnio dwa razy w tygodniu nie jest normalne? Oceniając innych widzów, bierzemy pod uwagę własne doświadczenia. A może obok nas siedzi ktoś, dla kogo widok Magdaleny Cieleckiej jest spełnieniem największych marzeń i kto potrzebuje wyrazić wdzięczność za to, że mógł na żywo doświadczyć jej umiejętności?

Pracując w teatrze, zdarza się nam zapominać, jak bardzo potrafi być on elitarny i niedostępny. Ewa Galica, opisując swoją pracę z grupami młodzieżowymi, mówi: „Wiele osób, szczególnie mieszkańców wiosek, nie ma realnego dostępu do teatru. »Wyjście« na spektakl to dla nich wyjazd do większego miasta – Wrocławia, Jeleniej Góry, Wałbrzycha – często przy okazji omawiania jakiejś lektury szkolnej”.

Od manifestu do rutyny

„Są jeszcze takie sytuacje, w których owacje stają się manifestem. W tym kontekście z pewnością dużo zmieniła sytuacja zaostrzenia wojny w Ukrainie” – mówi Jan Karow. Rzeczywiście, jeśli sięgniemy w naszej pamięci do roku 2022, przypomnimy sobie, że „wobec tego konkretnego symbolu głupio było nie wstać”. Podobnie wspomina to Monika Świtaj: „Myślę, że całe widownie zaczęły wstawać do oklasków na początku wojny w Ukrainie. Gdy aktorzy, jako gest solidarnościowy, wnosili flagę ukraińską na scenę przy ukłonach. To było oddanie hołdu narodowi ukraińskiemu”. Moment braw i przeżywania teatralnych wzruszeń został przyćmiony czymś znacznie ważniejszym. Każdy teatr chciał, choćby symbolicznie, okazać wsparcie Ukraińcom.

Podobnego mechanizmu, w którym owacje zyskały wymiar manifestacji, szukałyśmy głębiej w historii – w czasach PRL. O okresie, gdy wstawanie do oklasków miało znacznie większe znaczenie niż dzisiaj, mówi historyczka teatru Joanna Krakowska: „Dzisiaj publiczność bardzo chętnie zrywa się do oklasków. Mało tego, dla niektórych jest to zupełnie oczywisty odruch, wręcz kulturalna norma. Przed laty oklaski na stojąco były czymś naprawdę wyjątkowym. Zdarzały się wtedy, gdy spektakl naprawdę wywoływał zachwyt. Niekoniecznie estetyczny, czasem powodowany entuzjazmem dla wymowy przedstawienia. Szczególnie w okresach wzmożenia politycznego, gdy rozmaite treści odbierano aluzyjnie i odnoszono do aktualnej sytuacji”.

Krakowska opowiada dalej: „Kiedy przekaz przedstawienia miał charakter antyreżimowy, kiedy kontestował władzę, owacje na stojąco wybuchały szczególnie często. To był po części wentyl dla społecznych nastrojów, a po części akt wspólnototwórczy. Za to po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku, kiedy przez kilka lat aktorzy w proteście bojkotowali telewizję i oficjalne media, teatr był postrzegany jako miejsce oporu, a aktorzy i aktorki jako wyraziciele nastrojów społecznych. I wtedy pospektaklowe owacje na stojąco bywały też formą podziękowania za bojkot.”

Nie pamiętam, kiedy ostatnio wstałam

Jednak i dziś nie wszyscy i nie zawsze wstają. Podczas pracy nad tym tekstem jedna z nas widziała Rękopis znaleziony w Saragossie w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Spektakl grany był w środowe przedpołudnie, a widzami byli niemal wyłącznie uczniowie szkół średnich. Chociaż w swoich rozmowach docenili pomysł realizacyjny czy grę aktorską, to żaden z nich nie wstał do oklasków – choć wstawały nauczycielki. Może uczniowie nie chcieli uczestniczyć w teatralnym rytuale, bo już zdali sobie sprawę z tego, jak pusty jest to gest? A może przeciwnie – jako rzadcy goście w teatrze nie są do wstawania w ogóle przyzwyczajeni? Może zaś po prostu nie chcieli robić tego, co nauczyciele?

Nie nam wartościować doświadczenia widzów, dla których owacje na stojąco są ważnym elementem teatralnego rytuału. Przecież to dla nich grane są spektakle. Nie jesteśmy w stanie określić motywacji każdej z osób zebranych na widowni. Przyzwyczajenia i konwenanse się zmieniają. Może wróci czas, gdy owacje na stojąco były rzadkością?

Tymczasem – same nie wstajemy zbyt chętnie. Jako autorki tego tekstu zapytałyśmy się o to samo, co naszych rozmówców. W końcu punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Lidia, początkująca krytyczka teatralna: „Nie jestem chętna do wstawania. Lubię wygodę obitych pluszem siedzeń i wierzę, że jeśli wystarczająco głęboko w nich usiądę, to nikt nie zwróci na mnie uwagi. Na mnie i moje oklaski. A mimo to czasem i ja wstanę po spektaklu. Nie żeby wyjść z sali, ale żeby podziękować za to doświadczenie. Moje osobiste kryterium wymaga, żeby spektakl pozwolił się nie analizować. Żeby działał wystarczająco silnie na moje emocje, aż zapomnę o tym, że oglądanie teatru to moja praca”.

Marta, początkująca dramaturżka: „Gdy oglądam spektakl, wyczekuję emocjonalnej reakcji. Chciałabym, by coś mnie chwyciło za gardło, spowodowało, że poczuję ucisk w klatce piersiowej, może wywołało łzy. Wiem, że pod koniec spektaklu te emocje się uwolnią, gdy poderwę się do oklasków. Za każdym razem, gdy wchodzę na widownię teatralną, wyczekuję tego rodzaju przeżycia. Chciałabym, by zdarzało się to częściej, ale prawda jest taka, że zazwyczaj jestem jedną z niewielu osób, które siedzą w czasie owacji. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wstałam do oklasków”.

Lidia Kępczyńska

Studentka Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Współpracuje z „Dwutygodnikiem”. Entuzjastka wczesnych animacji Pixara.

Marta Lewandowska

Dramaturżka, studentka Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Pracowała przy spektaklu Mewa w reż. Katarzyny Minkowskiej.