Najlepsze spektakle sezonu. 1-5

Najlepsze spektakle sezonu. 1-5
Strach przed lataniem, reż. Weronika Szczawińska, / fot. Adrian Lach / TR Warszawa
Wskazujemy 25 najciekawszych zdaniem redakcji spektakli mijającego sezonu. Miejsca 6-25 zaprezentowaliśmy w poprzednich tygodniach. Poniżej pierwsza piątka.
5. Little, reż. Małgorzata Wdowik, Wrocławski Teatr Pantomimy
Little, reż. Gosia Wdowik / fot. Natalia Kabanow / Wrocławski Teatr Pantomimy

Gosia Wdowik wraca do Wrocławskiego Teatru Pantomimy po sukcesie przedstawienia Niepokój przychodzi o zmierzchu (2023). Tym razem rzecz dzieje się nie na holenderskiej wsi, ale w polskim miasteczku w środku najntisów; główną bohaterką nie jest dziewczynka, lecz chłopiec. W Niepokoju… scenę przykrywał śnieg, w Little centralnym punktem jest eliptyczny basen. Scenografia, podobnie jak światło (za obie sfery odpowiada Aleksandr Prowaliński) działają jak dramaturgiczny przester. Żywiołowa choreografia wykonywana w wodzie do kostek wygląda spektakularnie, a dominujący w obsadzie młodzi tancerze imponują sprawnością i różnorodnością stylów. Jest im o tyle łatwiej, że niesie ich wybitna muzyka.

Little jest w gruncie rzeczy adaptacją płyty Music for the Jilted Generation The Prodigy. Ten wydany w 1994 roku album łączący techno, rave i rock stał się manifestem pokoleniowym. Choć raczej nie dla generacji reżyserki, tylko dla pokolenia nieco starszego Roberta Bolesty, który odpowiada za scenariusz. Artyści wrocławskiej Pantomimy nie używają słów, tekst wyświetlany jest na ścianie w głębi sceny. To monolog wewnętrzny głównego bohatera, granego przez Mikołaja Ciapę i Jakuba Pewińskiego. Rozdwojenie „Małego” jest nawiązaniem do filmu Fight Club. Takich popkulturowych linków jest tu znacznie więcej.

Little to z jednej strony prosta historia o dojrzewaniu nastolatka, do której bardzo łatwo się podłączyć, bez względu na płeć. Pierwsze relacje romantyczne, problem z rodzicami (z dorosłymi), ot, uniwersalny pakiet biograficzny. Z drugiej strony wrocławskie przedstawienie to imponujące afektywne widowisko. I dowód na to, że w polskim teatrze to, co ciekawe, dzieje się często poza scenami dramatycznymi. [DG]

4. Strach przed lataniem, reż. Weronika Szczawińska, TR Warszawa
Strach przed lataniem, reż. Weronika Szczawińska, / fot. Adrian Lach / TR Warszawa

Polski teatr z dużym opóźnieniem wobec literatury i filmu odważył się afirmatywnie opowiedzieć o kobiecej seksualności. Nie zrobiły tego Heksy – ani te odwołane, ani te zrealizowane w Teatrze Polskim w Podziemiu. Tym mocniej wybrzmiała premiera Strachu przed lataniem Eriki Jong, książki, która pół wieku temu była światowym bestsellerem i obyczajowym skandalem.

Punkt wyjścia jest prosty: Isadora Wing (Marta Nieradkiewicz) leci z mężem Bennettem (Rafał Maćkowiak) na kongres psychoanalityków w Wiedniu, poznaje Adriana Goodlove’a (Filip Zaręba) i zamiast wrócić do domu, rusza z nim w podróż po Europie. Romans trwa krótko, a bohaterka ostatecznie odnajduje męża w londyńskim hotelu, ale ta eskapada staje się dla niej czymś więcej niż przygodą – doświadczeniem przesunięcia granic własnej wolności. Isadora w spektaklu Weroniki Szczawińskiej, starsza od powieściowej o dekadę, nie przechodzi przemiany, romans nie jest tu drogą do transgresji. Jest wynikiem kobiecego pożądania, witalnego, niepokornego, traktowanego autoironicznie. Możliwe wątki krytyczne – choćby męskocentryczność wyobraźni Isadory – nie zostają podjęte. Komentarzem jest forma, do której reżyserka ma zaufanie.

Choreografia Alicji Czyczel nadaje grze aktorskiej puls, komizm i podkreśla fizyczność, scenografia Marty Szypulskiej wprowadza styl retro, świetna adaptacja Piotra Wawra jr. pozwala zachować dosadność prozy Jong. Przedstawienie jest śmieszne, żywiołowe i świadomie przerysowane. A występująca gościnnie Nieradkiewicz w roli Isadory – znakomita. [KTS]

3. Muszenie, reżyseria Jagoda Szelc, Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka w Warszawie
Muszenie, reż. Jagoda Szelc / fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Dramatyczny w Warszawie

Spektakli o rodzinnych traumach mieliśmy w polskim teatrze w ostatnich sezonach aż nadto. Podobnie spektakli o problemie alkoholowym. Co sprawia, że Muszenie mocno i pozytywnie wyróżnia się na tym tle? Nieoczywisty podział ról między sprawcami i ofiarami.

To w zasadzie prosta historia rodzinna: młoda kobieta (Anna Szymańczyk) przygotowuje z partnerem (Waldemar Barwiński) wigilię. Nagle odnaleziona przypadkiem kaseta wideo przenosi ją – i nas – w przeszłość, na jakąś podmiejską działkę, gdzie pojawiają się brat (Maksymilian Piotrowski), matka (Anna Gajewska) i przede wszystkim ojciec (Robert T. Majewski). Ten ostatni – pijany, ale nie w wersji „pato”. To raczej rodzinny zgrywus, nieustannie gotowy na kolejne żarty. Taki, co lubi sobie chlapnąć, ale trudno dostrzec w nim przemocowca, łatwiej duszę towarzystwa.

Jagoda Szelc, doświadczona, choć wciąż nie do końca spełniona reżyserka filmowa, wraca tu do strategii, które zapewniły jej sukces lata temu, gdy kręciła swój debiut, Wieżę. Jasny dzień. Zaczyna od obyczajowego obrazka i powoli odsłania jego nieoczywiste tło: i już wiemy, że ojciec może jest zabawny, ale bywa również nieprzewidywalny czy zwyczajnie groźny. Np. kiedy krąży z dubeltówką i każe wąchać jej lufę domownikom.

Spektakl nie rozgrzesza córki, która dla swojego partnera potrafi być po latach równie trudna, jak ojciec był dla niej. Mimo to chcemy z nią empatyzować. Finałowa sekwencja, w której ojciec zostaje ostatecznie skonfrontowany z własnym nałogiem i jego konsekwencjami, ma wielką emocjonalną moc, wywołuje łzy na widowni. Mimo to chyba nikomu nie przynosi ukojenia. Szelc najwyraźniej wie (z własnego doświadczenia?), że podobnych historii nie da się domknąć ani melodramatyczną sceną pojednania, ani moralizującą sceną zemsty. [TP]

2. This resting, patience Ewy Dziarnowskiej
This resting, patience, chor. Ewa Dziarnowska / fot. Pietro Bertora

Ile razy z rzędu można odsłuchać What the World Needs Now w wykonaniu Dionne Warwick? Ile razy można zatańczyć do tej piosenki prawie identyczną choreografię, doświadczając przy każdym powtórzeniu innej wersji spotkania? Bohaterki, odpowiadając na swoje spojrzenia, czerpią przyjemność z bycia widzianymi i z tańca, ale pod każdym z wariantów kryją się dodatkowe sensy. Spektakl Ewy Dziarnowskiej, wykonywany w duecie z Leah Marojević, jest trzygodzinną praktyką uważności – dla performerek i dla widzów. W relacji z publicznością obecna jest ta sama energia, co między tancerkami. Tak samo karmi nasze i ich zmysły muzyka miksowana na żywo przez Krzysztofa Bagińskiego i światło Jacqueline Sobiszewski.

Prosty zabieg przestawiania krzeseł wydziela w początkowo pustej przestrzeni małe sceny, wybiegi i tymczasowe miejsca spotkań. Pozwala nam przemieszczać się w sposób bezpieczny, niekrępujący – jakbyśmy tańczyli razem w klubie, a zarazem wciąż pozostawali wojerystami śledzącymi zmieniającą się dynamikę w miłosnej relacji dwóch osób. Osób, które w trakcie spektaklu queerują swoją płeć i styl, synchronizują się i oddalają, by na koniec znów powrócić do Warwick i zapętlonego, zachwycającego solo w duecie. Jak dla mnie mogłoby ono trwać i trwać. [KTS]

1. Proces Pelicot, reżyseria, risercz, dramaturgia Milo Rau & Servane Dècle, TR Warszawa
Proces Pelicot, reż. Milo Rau i Servane Dècle / fot. Adrian Lach / TR Warszawa

Niby tylko czytanie performatywne, przygotowane niewielkim nakładem środków, pokazane w Warszawie raz dla kilkusetosobowej widowni. Ale w istocie – najbardziej wstrząsające wydarzenie sezonu. I dowód na to, że teatr wciąż może grać o stawki najwyższe: uruchamiać refleksję o procesach sprawiedliwości, inicjować poważny namysł etyczny.

Milo Rau, jeden z najważniejszych reżyserów współczesnego teatru, wspólnie z dramaturżką Servane Dècle zaproponowali coś, co mogło budzić obawy: wielogodzinne odczytywanie fragmentów akt i innych świadectw procesu w sprawie Gisèle Pelicot, przez wiele lat odurzanej, doprowadzanej do stanu nieświadomości, a następnie gwałconej przez męża i kilkudziesięciu innych, zaproszonych przez niego mężczyzn. Ci, którzy znali wcześniejsze projekty Raua, wiedzieli, że artysta ma skłonności do przesady oraz emocjonalnego szantażu. Że lubi rekonstruować w swych spektaklach głośne akty przemocy i w ten sposób koncentrować wokół własnych działań uwagę publiczności. Na pozór w Procesie Pelicot postąpił podobnie. Ale tym razem uniknął niebezpieczeństw. Być może dlatego, że pozostał wierny wyjściowym materiałom. Wspólnie z Dècle zmontował je, ale nie szukał skojarzeń z tradycją antyczną (co wcześniej było jego trademarkiem). Nie zobaczył w Gisèle Pelicot nowego wcielenia którejś z bohaterek klasycznych tragedii, szerszy kontekst wprowadził delikatnie – używając pieśni Henry’ego Purcella i krótkiego tekstu Francesca Petrarki.

Co otrzymaliśmy? Przerażający wgląd w realia kultury gwałtu. A zarazem sytuację, w której przedstawiane postaci – zarówno ofiary, jak i sprawcy – odsłaniały się przed nami w pełnym skomplikowaniu własnego doświadczenia. Owocowało to wrażeniem, że oglądamy ludzi bardzo podobnych do nas. Że przemoc, o której się tu opowiada, nie rozgrywa się gdzieś daleko, nie dotyczy jakichś „innych”, ale nas. Że jest naszą sprawą. Zrobił się z tego niezwykły teatr mieszczańskiej winy oraz mieszczańskiej sprawiedliwości.

Nie byłoby tego sukcesu bez fantastycznego zespołu TR Warszawa, zwłaszcza Magdaleny Kuty w roli Gisèle Pelicot i Lecha Łotockiego w roli jej męża. Szkoda tylko, że Procesu Pelicot nie udało się na stałe wprowadzić do repertuaru teatru. Wbrew swej potężnej i trudnej do zniesienia brutalności ta historia z pewnością znalazłaby publiczność – i to daleko poza granicami teatralnej bańki. Wszędzie tam, gdzie przemoc patriarchatu wciąż pozostaje realnym problemem. [TP]